Ekranoplan to hybryda samolotu, statku i poduszkowca, który porusza się tuż nad powierzchnią wody, wykorzystując tak zwany efekt przypowierzchniowy – poduszkę aerodynamiczną, która w locie nisko nad wodą tworzy się pod skrzydłami maszyny i zmniejsza opór – zwiększając tym samym jej nośność nawet do setek ton ładunku.
Nie jest to samolot, bo nie lata wysoko w powietrzu i nie potrafi nawet wznieść się w górę w razie potrzeby, ani zwyczajny statek czy okręt, bo nie pruje swoim kadłubem morskich fal. Porusza się tuż nad powierzchnią wody, jak wodolot, ale nie ma podwodnych płatów nośnych.
To raczej nie jest fanaberia chińskich władz czy ciekawostka dla mediów. Projekt chińskiego ekranoplanu idealnie wpisuje się w chińskie plany wobec Tajwanu, więc z pewnością jeszcze nie raz o nim usłyszymy. O nowym chińskim pojeździe morsko-powietrznym mówiono już przed rokiem jednak dopiero w maju i czerwcu 2026 roku w mediach społecznościowych pojawiły się fotografie tego eksperymentalnego pojazdu. Chińczycy wierzą, że wyciągając wnioski z przeszłości uda im się zbudować taką maszynę, mimo negatywnych doświadczeń, z jakimi do tej pory borykali się inżynierowie. Czym jest ekranoplan i dlaczego, jak uważa część specjalistów wojskowych, mógłby on zmienić na korzyść Chin sytuację wokół Tajwanu?
Latająca barka desantowa – doskonałe narzędzie w chińskiej strategii ataku na Tajwan?
Zdjęcia, zwłaszcza te ostatnio opublikowane w 2026 roku pokazują maszynę, której cechy jednoznacznie wskazują na wojskowe przeznaczenie. Ma ona kadłub „latającej łodzi” z podwójnym usterzeniem, napędzanej czterema silnikami turbośmigłowymi, ale pylony mogące służyć do podwieszenia uzbrojenia pod skrzydłami, kwadratowa osłona anteny, specyficzne oszklenie kokpitu czy skomplikowane pływaki i szary, militarny kamuflaż jasno wskazują, że nie będzie to cywilny transportowiec, jak sugerowano wcześniej. Na pewno będzie uzbrojony w rakiety i to prawdopodobnie o sporym zasięgu.
Jak każdy ekranoplan, mający być latającą barką desantową o kadłubie samolotu ze skrzydłami, będzie startował i lądował na wodzie. Do tego ma się poruszać z dużą prędkością, szacowaną na przynamniej 500 km/h. Jego zaletą jest też to, że lecąc bardzo nisko nad wodą jest trudno wykrywalny przez radary, natomiast nie grożą mu miny morskie oraz okręty podwodne przeciwnika. Jego przeznaczenie jest jasne – ma być szybkim transportowcem dla wojsk desantowych, a dzięki uzbrojeniu rakietowemu może być również doskonałym narzędziem walki na wodzie i wsparciem ogniowym dla wojsk walczących na lądzie. Wszystkie te „możliwości” ekranoplanu wpisują się w elementy układanki, nad którą Pekin pracuje od lat – przeprowadzenie błyskawicznej operacji desantowej na Tajwan i zajęcie kluczowych punktów na jego wybrzeżu, zanim Stany Zjednoczone zdążą zareagować.

Chiński ekranoplan. fot. Dan The Man/platforma X.jpg
Ekranoplan idealnie wpisuje się w tę logikę – jest szybki, trudny do wykrycia, nie wymaga portów ani lotnisk, można nim przerzucać ludzi i sprzęt na krótkich dystansach no i działa w strefie, gdzie Chiny mają przewagę A2/AD (Anti-Access/Area Denial), czyli działania wpisujące się w strategię antydostępową i blokowania obszaru. Jeśli chodzi o Chiny jest to wielowarstwowy system obronny stworzony dla uniemożliwienia siłom USA i ich sojusznikom swobodne operowanie, a także wejście na kluczowe akweny w regionie Pacyfiku.
Radzieckie ekranoplany –cudowna broń, która nie weszła do seryjnej produkcji?
Chiński latający okręt desantowy przypomina radzieckie gigantyczne ekranoplany, z którymi Rosjanie eksperymentowali w latach 60. do 80. XX wieku. Dodajmy, że Amerykanie również testowali tę koncepcję, ale nie byli zaawansowani w eksperymentach tak mocno, jak ZSRR, który był pierwszym państwem, które potraktowało ekranoplany jako realną broń i środek transportu o strategicznym znaczeniu, dającą przewagę w zbrojeniach czasu zimnej wojny. Jak skończyła się historia radzieckich ekranolotów? Warto ją przypomnieć.
Dowództwo Marynarki Wojennej ZSRR uznało, że ekranoloty mogą dać ZSRR ogromną przewagę nad NATO, zwłaszcza w użyciu na wodach przybrzeżnych i zamkniętych akwenach, takich jak Bałtyk czy Morze Kaspijskie. Zbudowanie pojazdu, który łączyłyby zalety samolotu i okrętu morskiego otrzymało Centralne Biuro Projektowe Hydrofoilów w dzisiejszym Niżnym Nowogrodzie. W efekcie zbudowano w 1966 roku największą i najbardziej znaną maszynę, łączącą zalety samolotu i okrętu, którą nazwano Korabl–Maket (KM) – Statek-Prototyp (statek-makieta). Był to ogromny obiekt o długości ponad 90 m długości i masie startowej około 540 ton, wcześniej niespotykany, dlatego na Zachodzie nazwano ten ekranoplan Potworem z Morza Kaspijskiego.
Tę największą wówczas konstrukcję na świecie unosiło na kilka metrów nad wodę i napędzało w locie osiem silników odrzutowych, co pozwalało poruszać się tej bestii z prędkością ponad 500 km/h. Wiadomo też, że mogła przewozić setki żołnierzy wraz ze sprzętem – w tym nawet kilka czołgów. Oczywiście przez długie lata testy te pozostawały tajemnicą, ale Amerykanie śledzili dokładnie próby tego programu zbrojeniowego z satelitów. Na tym jednak nie koniec. Doświadczenia zdobyte przy testach KM posłużyły do budowy kolejnych samoloto-statków, które miały powstać w projekcie pod nazwą Łuń. Były to mniejsze maszyny o długości 74 m, napędzane sześcioma silnikami odrzutowymi.

Ekranoplan Łuń w trakcie testu na Morzu Kaspijskim. fot. Soviet Navy/ Wikipedia
Największym atutem ekranoplanów było silne uzbrojenie. KM przenosił w wyrzutniach osiem pocisków przeciwokrętowych P-270 Moskit – w sygnaturze NATO –N‑22 Sunburn, jednych z najszybszych i najgroźniejszych radzieckich pocisków przeciwokrętowych. W zależności od wersji pociski te miały zasięg od 120 do 250 km i przenosiły głowice bojowe (także jądrowe) o wadze około 300 kg. To wystarczająca siła, by zatopić niszczyciel, a nawet większy okręt wojenny. Poruszał się z prędkością operacyjną około 500 km/h, a jego zasięg operacyjny określano na około 1.000 km.
Wyprodukowano dwa demonstratory technologiczne tych ekranolotów. Jeden, pod koniec lat 80 XX wieku wszedł nawet do służby we Flocie Czarnomorskiej i był używany do końca lat 90 XX wieku. Drugi, nazwany Spasatel, wyposażono w sprzęt medyczny i ratowniczy – miał pomagać w ewakuacji rozbitków z zatopionych okrętów. Projekt został jednak zakończony z braku środków. Okazało się, że entuzjazm związany ze znalezieniem nowej „cudownej” wręcz broni przez ZSRR w rejonie Bałtyku, był przedwczesny. Maszyny te nigdy nie weszły do masowej produkcji, a oprócz braku środków finansowych i zmieniającej się sytuacji polityczno-gospodarczej, przyczyniły się do tego również problemy technologiczne.
Czy ekranoplany miały tylko wady?
Paradoks ekranoplanów polega na tym, że przez dekady postrzegano je jako rozwiązanie zbyt niszowe, aby konkurować zarówno z samolotami, jak i okrętami. W rzeczywistości nigdy nie miały ich zastąpić. Są konstrukcjami przeznaczonymi do wykonywania zadań, w których tradycyjne środki transportu nie są optymalne. Dzięki wykorzystaniu efektu przypowierzchniowego mogą przewozić wielotonowe ładunki z prędkościami rzędu 300–500 km/h, czyli kilkukrotnie większymi niż klasyczne jednostki pływające. Jednocześnie zużywają znacznie mniej energii niż samoloty transportowe o porównywalnej masie startowej, ponieważ nie muszą utrzymywać pełnego lotu aerodynamicznego na dużej wysokości. Oznacza to niższe koszty eksploatacji, mniejsze zużycie paliwa oraz możliwość transportu ciężkich ładunków bez konieczności budowy kosztownej infrastruktury lotniskowej.
W zastosowaniach wojskowych ich potencjał wydaje się jeszcze większy. Ekranoplan może błyskawicznie przerzucić ludzi, pojazdy, uzbrojenie lub zaopatrzenie pomiędzy wybrzeżami, wyspami czy bazami morskimi, pozostając przez większość lotu zaledwie kilka metrów nad powierzchnią wody. Tak niski profil lotu utrudnia wykrycie przez klasyczne radary dalekiego zasięgu, a wysoka prędkość znacząco skraca czas reakcji przeciwnika. Dla państw dysponujących rozbudowaną linią brzegową lub licznymi archipelagami – takich jak Chiny, Stany Zjednoczone, Japonia czy Indonezja – może to oznaczać zupełnie nową jakość w logistyce wojskowej i działaniach ekspedycyjnych. Nie bez znaczenia pozostaje również możliwość wykorzystania ekranoplanów podczas misji ratowniczych, ewakuacyjnych oraz dostarczania pomocy humanitarnej tam, gdzie infrastruktura portowa lub lotnicza została zniszczona.
Jednocześnie ekranoplany nie są konstrukcjami pozbawionymi wad. Ich największym ograniczeniem pozostaje uzależnienie od warunków hydrometeorologicznych. Wysoka fala, sztorm czy silny wiatr mogą uniemożliwić bezpieczną eksploatację, podczas gdy samoloty i duże okręty są w stanie działać w znacznie trudniejszych warunkach. Zasięg ekranoplanów jest również mniejszy niż klasycznych samolotów transportowych, a ich wykorzystanie ogranicza się przede wszystkim do akwenów morskich i dużych jezior. W praktyce oznacza to, że nie stanowią one konkurencji ani dla lotnictwa transportowego, ani dla marynarki wojennej. Mogą jednak wypełnić lukę pomiędzy tymi dwoma rodzajami środków transportu, oferując unikalne połączenie dużej ładowności, wysokiej prędkości i relatywnie niskich kosztów eksploatacji. To właśnie dlatego, mimo niepowodzeń programów z czasów zimnej wojny, ekranoplany ponownie przyciągają uwagę największych światowych mocarstw. Ich renesans wynika nie z sentymentu do dawnych konstrukcji, lecz z realnych potrzeb współczesnej logistyki wojskowej i cywilnej oraz postępu technologicznego, który pozwala wyeliminować wiele problemów, z jakimi borykali się konstruktorzy pół wieku temu.
Amerykański kierunek rozwoju ekranoplanów – REGENT Craft
Jak się zresztą okazuje, rosnące zainteresowanie ekranoplanami nie jest wyłącznie domeną Chin. Potencjał tej technologii dostrzegły również Stany Zjednoczone, gdzie rozwijane są zupełnie nowe konstrukcje, wykorzystujące współczesne materiały, napęd elektryczny i zaawansowane systemy sterowania.
Amerykańskie podejście do rozwoju ekranoplanów znacząco różni się od historycznych konstrukcji radzieckich. Zamiast ciężkich, wojskowych maszyn napędzanych silnikami odrzutowymi firma REGENT Craft rozwija nową klasę pojazdów określanych jako „seaglidery”. Ich sztandarowym projektem jest Viceroy Seaglider – jednostka wykorzystująca efekt przypowierzchniowy (ground effect), dzięki któremu podczas lotu kilka metrów nad powierzchnią wody powstaje dodatkowa siła nośna, zmniejsza się opór aerodynamiczny i rośnie efektywność energetyczna. Konstrukcja została zaprojektowana przede wszystkim z myślą o szybkich połączeniach przybrzeżnych, ale od początku uwzględnia również zastosowania wojskowe.
Pod względem technicznym Viceroy Seaglider łączy oczywiście także cechy łodzi, wodolotu i ekranoplanu. Po wypłynięciu z portu jednostka porusza się jak klasyczna łódź, następnie unosi kadłub na hydroskrzydłach (hydrofoils), co ogranicza opory ruchu, a po osiągnięciu odpowiedniej prędkości przechodzi do lotu w efekcie przypowierzchniowym. Napęd zapewniają silniki elektryczne zasilane akumulatorami, co pozwala znacząco ograniczyć hałas, emisję spalin i koszty eksploatacji. Według producenta pojazd ma przewozić do 12 pasażerów lub około 1,6 tony ładunku, osiągać prędkość przelotową około 180 węzłów (około 300 km/h), a zasięg ma wynosić około 180 mil morskich (około 300 km).
Rozwój projektu wspierają także amerykańskie instytucje wojskowe. Firma REGENT Craft współpracuje z United States Marine Corps oraz rozwija wojskowe odmiany przeznaczone do transportu ludzi i zaopatrzenia, misji ratowniczych, ewakuacji medycznej oraz działań logistycznych pomiędzy wyspami i bazami położonymi na wybrzeżu. Powstaje również mniejszy, bezzałogowy model Squire Seaglider. Oznacza to, że podobnie jak w Chinach, również w Stanach Zjednoczonych ekranoplany wracają do łask, jednak ich rozwój opiera się na nowoczesnych technologiach: napędzie elektrycznym, lekkich materiałach kompozytowych, zaawansowanej awionice i systemach autonomicznego sterowania.

W USA firma Regent Craft stała się jednym z najważniejszych komercyjnych twórców ekranoplanów. fot. Regent Craft
Czy chińskie ekranoplany zmienią równowagę sił – Tajwan ma się czego obawiać?
Największym problemem dla ekranoplanów okazał się pogoda. Nawet niewielkie fale stawały się dla lecącego kilka metrów nad wodą pojazdu przeszkodą nie do pokonania. Przy złej pogodnie maszyna nie mogła wykorzystać w pełni efektu przypowierzchniowego, czyli poduszki aerodynamicznej zwiększającej nośność i zmniejszającej opór. Pilot nie miał bowiem możliwości podniesienia maszyny na wyższy pułap, a uderzenie skrzydłem, a nawet kadłubem w wodę – groziło katastrofą. Wykorzystanie maszyny na ocenie czy morzu w sztormową pogodę nie wchodziło w grę.
Czy to znaczy, że chińskie próby skończą się podobnie? Chiński Smok z Morza Bohaj to właśnie taki współczesny ekranoplan. Pekin najwyraźniej uznał, że uda mu wykorzystać wszystkie zalet ekranoplanu, minimalizując przy okazji wady, przy wykorzystaniu najnowszych rozwiązań technologicznych. Fakt, że Chiny inwestują w projekty, które inni uznali za nieopłacalne, może wydawać się śmieszny, ale należy pamiętać, że w taki właśnie sposób zdobywa się nowe doświadczenia i przewagę innowacyjną. Tak było z rojami dronów, bronią hipersoniczną, autonomicznymi okrętami czy laserami bojowymi.
Ekranoplan wpisuje się w strategiczną niszę narzędzi do szybkiego desantu, której tak bardzo potrzebuje chińska armia. Ekranoplan może być jednym z tych brakujących elementów. Udanej budowie tego nawodnego potwora sprzyja chińska strategia wobec Tajwanu, której filarami są między innymi szybkość i zaskoczenie. Jeśli jego budowa stanie się priorytetem, to można spodziewać się wprowadzania do służby dziesiątek takich maszyn rocznie.
Inna sprawa, czy flota ekranoplanów zmieniłaby równowagę sił w tamtym regionie? Gdyby ekranoplany były zdolne do działania na Pacyfiku, mogłyby mieć istotne znaczenie w ewentualnym konflikcie. Ale czy tak będzie? Jeśli nawet, to na pewno nie od razu. Zapowiadano już wiele cudownych broni, które miały być przełomem w działaniach wojennych, ale efekty – nie licząc broni jądrowej i ostatnio dronów – były, mówiąc oględnie, nie do końca takie, jak zakładano. Ekranoplan nie zastąpi okrętów, samolotów ani rakiet, ale może stać się nowym narzędziem asymetrycznym, które dość znacznie skróci czas reakcji Tajwanu na ewentualny atak, utrudni planowanie obrony, zwiększy presję na USA, da Chinom przewagę w pierwszych godzinach konfliktu. A w potencjalnej wojnie o wyspę pierwsze godziny mogą być decydujące.
W każdym razie – choć to zapewne dopiero prototyp – nie należy traktować chińskiego ekranoplanu jak egzotycznego projektu, bo takim z pewnością nie jest. To też jasny sygnał, że Pekin szuka przewagi tam, gdzie inni jej nie widzą, inwestując w technologie, które mogą zmienić dynamikę konfliktu. To też sygnał, że wyścig innowacji wojskowych między USA a Chinami wszedł w nową fazę, w której liczy się nie tylko siła, ale też pomysłowość i innowacyjność.






















