Nie trzeba być specjalistą wojskowym, by wiedzieć, że każda wojna rodzi nowe środki walki, weryfikuje uzbrojenie używane przez walczących i zmienia sposoby prowadzenia działań zbrojnych. Zmiany wynikające z wojny w Ukrainie, wymuszane przez użycie coraz bardziej nowatorskich technologii, już są i jeszcze długo będą analizowane przez wojskowych z całego świata. Jednym z kontrowersyjnych tematów jest między innymi rola czołgów na współczesnym polu walki. Wojna w Ukrainie pokazuje, że zaawansowane systemy przeciwpancerne, wojna elektroniczna, miny przeciwczołgowe z penetratorom formowanym wybuchowo w jednolity pocisk-penetrator, pędzący do celu z prędkością rzędu 2–3 km/s (Explosively Formed Penetrator – EFP), a głównie drony powietrzne, z łatwością radzą sobie z niszczeniem drogiego sprzętu pancernego.
To te systemy uzbrojenia spowodowały, że sprzęt pancerny niszczono w ogromnych liczbach i to pomimo posiadania przez większość czołgów obu walczących stron pancerza reaktywnego. W mediach społecznościowych można zobaczyć, jak Ukraińcy niszczą jeden z najbardziej zaawansowanych technologicznie czołgów w arsenale rosyjskiej armii T-90M Proryw, nazywany „dumą Putina”, który był chroniony przez taki właśnie pancerz.
Skala zniszczeń broni pancernej jest tak duża, że trzeba było zmienić dotychczasowe zasady ich użycia w walce. Według danych ukraińskich w 2024 roku Rosjanie stracili ponad 3.700 czołgów oraz 9.000 wozów bojowych i transporterów opancerzonych. Od początku wybuchu wojny straty te wyniosły 9.714 czołgów oraz 20.205 transporterów. Tylko w ciągu trzech pierwszych miesięcy 2025 roku Rosjanie mieli stracić kolejne 800 czołgów i 9.971 pojazdów. Do tego, według brytyjskiego resortu obrony, rosyjskie czołgi to ruchome trumny, czołgi wybuchowe. Ale brak szacunku dla życia żołnierza, znany z historii, pozostaje do dziś niechlubną wizytówką Rosji.
Również Ukraińcy nie obyli się bez strat w broni pancernej. Christopher Kirchhoff, ekspert do spraw wojskowości, który pracował między innymi w administracji Baracka Obamy, udzielił wywiadu dla stacji CNN, w trakcie którego ujawnił, że ukraińska armia straciła niemal wszystkie czołgi Abrams, jakie otrzymała od Stanów Zjednoczonych. Oznaczałoby to, że naszemu sąsiadowi zostało już tylko kilka takich maszyn. Ukraińscy pancerniacy od dawna narzekali na te czołgi, głównie ze względu na ich wagomiar. Podkreślali, że te ciężkie kolosy – ważące, w zależności od wersji wyposażenia, od 62 do ponad 72 ton – nie sprawdzają się w grząskim, podmokłym terenie, ale opinie te negowali przedstawicieli amerykańskiego wojska. Jedno jest pewne. To lekcja dla Polski, która wkrótce będzie miała prawie 370 Abramsów i jednoznaczny przekaz, że bez aktywnych systemów obrony pancerza, żaden czołg nie jest obecnie bezpieczny na współczesnym polu walki.
Słabe punkty broni pancernej
Ukraińcy mają coraz lepsze uzbrojenie z Zachodu, które nie tylko zapewnia większą celność podczas prowadzenia ognia z dużego dystansu, ale również zapewnia znacznie lepszą ochronę niż sprzęt poradziecki, a dzięki odgrodzeniu pancerniaków od magazynu amunicji, zwiększa przeżywalność załogi. Jednak w 2024 roku Kreml pochwalił się, że Rosjanie zniszczyli ponad 58.000 jednostek różnego rodzaju broni i sprzętu wroga, z tego 18.000 produkcji zagranicznej.
Jeśli nawet, co pewne, dane obu stron są zawyżone, bo wojna prawdy nie kocha, to wydaje się, że bardziej prawdziwe są dane podawane przez Ukraińców, niż przez Rosjan. Część analityków uważa, że Rosja traci czołgi szybciej, niż jest w stanie zbudować nowe. W każdym razie rosyjskie straty okazały się na tyle dotkliwe, że obecnie sprzęt pancerny wykorzystywany jest przez Rosjan bardzo oszczędnie. Nie ma pancernych szarż ani ataków z wykorzystaniem większych ugrupowań broni pancernej. Częściej słyszy się w ostatnich tygodniach o szybkich wypadach rosyjskich żołnierzy na motocyklach, którzy atakują linie obronne Ukraińców i się wycofują, niż o natarciach z udziałem ciężkiego sprzętu pancernego.
Podobnie zresztą jest w armii ukraińskiej, która również poniosła znaczne straty w sprzęcie pancernym, głównie w czołgach. Także tych, które otrzymała od państw zachodnich, które jak mówiono, pozwolą zmienić Ukrainie sytuację na froncie. Tak się nie stało.
Z 31 czołgów Abrams już ponad 20 zostało zniszczonych, uszkodzonych lub przejętych przez Rosjan, w większość w 2025 roku przez zdalnie sterowane pociski oraz drony. Ukraińcy pozostawiali Abramsy na polu walki ze względów technicznych, nie mogli między innymi ich naprawić, ani wymienić turbin gazowych silników. Również spośród 21 dostarczonych Leopardów 2A6 zostało zniszczonych lub uszkodzonych 12, a z 40 otrzymanych Leopardów 2A4 Rosjanie wyeliminowali z walki ponad połowę wozów. Z 10 czołgów Stridsvagn 122 – szwedzkiej wersji Leopard 2 – zniszczono 7 maszyn. Rosjanie wyeliminowali też czołg Challenger 2, który przez długi czas, dzięki nowoczesnemu pancerzowi, uchodził za niezniszczalny. Ukraińcy wycofali te czołgi z działań na pierwszej linii frontu.

Abramsy. fot. US Army
Zachodnie czołgi, które miały być przełomem na polu walki nie okazały się jednak kluczowym uzbrojeniem zmieniającym losy walk. Do głównych problemów wskazywanych przez specjalistów, które ograniczają ich skuteczność, zaliczono logistykę i konserwację. Nowoczesne czołgi zachodnie wymagają skomplikowanej obsługi technicznej i zaawansowanej infrastruktury logistycznej. Ukraina, mimo wsparcia NATO, miała trudności z utrzymaniem ich sprawności bojowej. Awaria silnika w Abramsie wymagała z reguły wymiany całej turbiny. Decydującą jednak przyczyną ich ograniczonych możliwości jest wrażliwość na drony. Wojna w Ukrainie pokazała, że drony FPV oraz amunicja krążąca mogą skutecznie eliminować czołgi poprzez ataki na ich górne powierzchnie, które są najsłabiej opancerzone.
Zachodnie czołgi są cięższe od poradzieckich konstrukcji, co utrudnia ich operowanie w trudnym terenie, zwłaszcza w warunkach błotnistych i na słabo przygotowanych drogach. Do tego Ukraina otrzymała stosunkowo niewielką liczbę nowoczesnych czołgów, co nie pozwoliło na ich lepsze, przyjemniej taktyczne, użycie w większej liczbie.
Czy czołgi znajdą jeszcze miejsce na nowoczesnym polu walki?
Rosjanie, którzy dotychczas uważali czołgi za najważniejszy oręż, zaczęli mieć wątpliwości, czy na współczesnym polu walki będą one jeszcze przydatne. Amerykanie, którzy dokładnie śledzą przebieg działań w Ukrainie, również musieli odpowiedzieć na pytanie, jak to się stało, że pancerz Abramsa, co prawda ten zubożony, bo taki jest w czołgach dla Ukrainy, ale który i tak powinien wytrzymać bezpośredni ostrzał z innych wozów bojowych, okazał się nieskuteczny?
Nawet Amerykanie przyznali ostatecznie, że czołgi Abrams nie sprawdziły się w wojnie na Ukrainie. Jako zasadniczy powód wskazali przede wszystkim brak odpowiedniej ochrony przed atakami kierowanych pocisków przeciwpancernych lub amunicji krążącej i dronów. Także Rosjanie – którzy nie ujawniają swoich rzeczywistych strat i problemów na froncie – przyznali niedawno, że za ponad 80% strat w ludziach i sprzęcie odpowiadają drony. Kiedyś była to artyleria. Nic dziwnego, że pojawiły się opinie specjalistów i geopolityków obwieszczające koniec czołgu, jako podstawowego narzędzia podczas prowadzenia wojny lądowej. Ich teza jest jednoznaczna – czołgi nie są już potrzebne. Zastąpią je bezzałogowe pojazdy pancerne.

Leopard – prototyp 2P. fot. ZM Bumar Łabedy
Jeśli nie ciężki sprzęt pancerny, co w zamian?
Generał Geoffrey Norman, odpowiedzialny za program odnowy pojazdów pancernych armii USA, przyznał, że M1A1 Abrams nie nadaje się do ataków, z którymi obecnie spotykają się siły ukraińskie. Uważa, że pomimo zaawansowanego pancerza reaktywnego czołgi pozostają podatne na ataki z góry. Ta właśnie słabość, w jego ocenie, jest wykorzystywana przez siły rosyjskie. Najważniejsza jednak różnica między zachodnim, a rosyjskim sprzętem pancernym polega na tym, że trafione czołgi zachodnie, z silnym opancerzeniem i magazynem amunicji odseparowanym od przedziału bojowego, pomimo uszkodzeń i zniszczeń, wypełniły swoje podstawowe zadanie, czyli ochroniły załogę przed śmiercią. Niemniej jednak niespodziewana łatwość, z jaką drony niszczyły amerykański – i nie tylko – sprzęt, nie mogła zostać niezauważona.
Według cytowanego przez The New York Times Cana Kasapoglusa, analityka do spraw obronności w Hudson Institute w Waszyngtonie, konflikt w Ukrainie zmienia samą naturę współczesnych działań wojennych. W Stanach Zjednoczonych mówią o tym również wojskowi, którzy nie chcą już kolejnych wersji nieporęcznych i drogich w transporcie na duże odległości czołgów i cięższych modeli bojowych wozów piechoty. Zgodnie z najnowszą modą woleliby na przykład rozwój poręczniejszych samolotów bezzałogowych. To już się dzieje. Niedawno Departament Obrony anulował program wozu wsparcia ogniowego M10 Booker, co musiało być zaskoczeniem dla dowództwa amerykańskiej armii, która miała otrzymać ten lekki czołg, jak nazywano to działo, lada moment. Dodajmy, że także brytyjska armia chce po cichu pożegnać się ze swoimi samobieżnymi haubicami AS90, których 32 sztuki przekazała Ukrainie.
Także Rosjanie, którzy dotychczas uważali czołgi za kluczowy oręż sił lądowych i produkowali je w dziesiątkach tysięcy, po stratach, jakie ponieśli w sprzęcie pancernym na Ukrainie, również zaczęli mieć wątpliwości, czy na współczesnym polu walki będą one jeszcze w ogóle przydatne. Rosyjski analityk wojskowy Roman Skomorochow napisał na łamach Voennego Obozorienia, że dotychczasowe doświadczenia „specjalnej operacji wojskowej”, bo tak wciąż Rosjanie nazywają wojnę w Ukrainie, pokazały w całej okazałości, że czołg, jako narzędzie mobilnych operacji uderzeniowych nie ma przyszłości. Twierdzi on, że przyszłość należy do systemów bezzałogowych. Jak argumentuje rosyjski ekspert, uzyskanie w przyszłości zdolności sił lądowych użycia wielu lekkich, wyspecjalizowanych i niewielkich systemów – często przerzucanych drogą powietrzną na tyły wroga w ramach operacji desantowych – zmieni sposób walki. Jak zauważa – w tym wypadku, będziemy mieć do czynienia z nową koncepcją ataku na tyły wroga dużą liczbą małych pojazdów, różnie uzbrojonych, z których każdy ma własne zadanie. Ale wróg nadal będzie musiał rozproszyć swoją uwagę i broń, aby odeprzeć taki atak. Pytanie, co łatwiej zniszczyć, 4 czołgi czy 20 małych pojazdów, które szybko się poruszają i działają na linii frontu za pomocą swych dział i rakiet?
Pragmatyzm czy lobbing?
Z pomysłami żołnierzy nie zgadzają się politycy, którzy zdają sobie sprawę, że ograniczenie zakupów czołgów dla armii spowoduje opór wpływowego lobby zbrojeniowego. Gdyby trzeba było zamknąć fabryki, zwolnić pracowników, albo ograniczyć zatrudnienie, tak jak w zakładach produkujących czołgi Abrams, to dla rządzących oznaczałoby poważne kłopoty, a do tego tarapaty setek firm dostarczających podzespoły. Pomogli sojusznicy, między innymi Polska, która kupiła 116 Abramsów w starszej wersji M1A1, za około 1,4 mld dolarów netto, z czego blisko 200 mln dolarów pochodzi ze strony amerykańskiej w ramach przyznanych Polsce środków pomocowych. Te czołgi są już w naszym wojsku. Kupiliśmy też w 2022 roku 250 Abramsów w najnowszej wersji M1A2 SEPv3, za które wraz z 26. wozami zabezpieczenia technicznego M88A2 Hercules, 17 mostami towarzyszącymi M1074 Joint Assault Bridge oraz pakietem szkoleniowym i logistycznym oraz zapasem amunicji zapłaciliśmy około 4,75 mld dolarów netto (ponad 20 mld zł). Dostawy tych czołgów zaplanowano na lata 2025–2026. Pierwsza partia, licząca 28 czołgów, trafiła już do Polski w styczniu 2025 roku. Służą do szkolenia żołnierzy. W maju tego roku dostaliśmy kolejną partię 19 Abramsów M1A2 SEPv3.
Z drugiej strony, jak podaje portal Army Recognition, Amerykanie wyciągając wnioski z wojny w Ukrainie, planują modernizację czołgów Abrams M1A1. Pracują też nad wprowadzeniem nowej generacji Abramsów w wersji M1A3, które mają być bardziej wytrzymałe, lżejsze i oszczędniejsze. Nabierają też tempa prace nad opóźnionym czołgiem europejskim, nad którym od lat pracują Francuzi i Niemcy. Koncepcję budowy nowych czołgów ogłaszają też inne państwa europejskie, do których zapraszana jest również Polska.
To znaczy, że dyskusja na temat roli czołgów w przyszłych wojnach jeszcze się nie zakończyła. I najpewniej trwać będzie jeszcze długo. Nie tak dawno sekretarz armii USA Dan Driscoll potwierdził, że w zdominowanym przez drony polu bitwy czołgi nie będą już odgrywać tej samej roli, co kiedyś. Ale nawet specjaliści mówiący o końcu historii czołgu dodają asekuracyjnie, że nie zmienia to faktu, że czołg jest nadal bardzo potrzebnym środkiem walki, tylko sposób i skala jego użycia będzie podlegała ewolucji.
Brytyjski resort obrony przyznaje, że czołgi są śmiertelną pułapką, ale tylko w sytuacji, gdy nie są odpowiednio utrzymywane, ich załogi są słabo wyszkolone, a same czołgi operują na polu walki w oderwaniu od działań innych sił zbrojnych.
– Nie potrzebujesz opancerzenia, jeśli nie chcesz wygrać. Czołgi nie są przestarzałe – powiedział dziennikarzom podczas konferencji prasowej szef sztabu armii gen. James McConville. Jednak zdaniem gen. Geoffreya Normana, dyrektora zespołu pojazdów bojowych, armia przygląda się ich potencjalnie słabym punktom.
Generał Ben Hodges, były głównodowodzący armii USA w Europie przekonuje, że znaczenie czołgów w nowoczesnej wojnie i rola sił pancernych w konfliktach zbrojnych, które wciąż odgrywają kluczową rolę, jest nadal bardzo duża. Nie da się wygrać wojny bez czołgów i przestrzega przed błędami strategicznymi, jakim jego zdanie są próby marginalizowania roli czołgów na współczesnym polu walki.
Dodajmy, że umowy na zakup amerykańskich oraz południowokoreańskich czołgów wykorzystano do przepychanek politycznych, co przy obecnym sporze politycznym jest już tradycją. Rządząca obecnie koalicja miała pretensje, że czołgi te kupiono „z półki” bez przetargu, przeprowadzenia fazy analityczno-koncepcyjnej i offsetu, przez co do polskiego przemysłu obronnego nie trafiły żadne nowe technologie i kompetencje. PiS z kolei zarzuca nowemu MON, że nie chce wykonać umowy ramowej na dostawę czołgów K2 z Korei Południowej, w której minister Mariusz Błaszczak obiecał Koreańczykom zakup prawie tysiąca tych czołgów. Część z nich miałaby być spolonizowana przez polski przemysł, czyli modernizowalibyśmy głównie koreańskie czołgi za własne pieniądze.
Rząd i MON pokazują obecnie, że zagraniczne kontrakty zbrojeniowe mogą i muszą wiązać się w pozyskaniem nowoczesnych technologii umożliwiających produkcję zakupionego sprzętu czy broni w polskich zakładach, włącznie z możliwością jego samodzielnego eksportu i trudno to krytykować. Tylko czy w sytuacji, gdy słyszymy tak wiele opinii ogłaszających koniec historii czołgów, ich zakup ma jeszcze w ogóle sens.

K-2PL. fot. HCP
W polskich Siłach Zbrojnych w 2025 roku będzie około 500 czołgów
Jeżeli chodzi o wojnę w Ukrainie to faktem jest, że rola broni pancernej w walce znacząco się zmieniła. Obie strony wykorzystują czołgi przede wszystkim do wspierania walczących wojsk. W sytuacji, kiedy niebo nad walczącymi pełne jest dronów, każde działanie ofensywne broni pancernej skazane jest na porażkę. Czołgi, które przez lata były traktowane jako symbol potęgi militarnej, straciły swój status.
Kto zatem ma rację w dyskusji o roli czołgów na współczesnym polu walki? I czy obecnie jest możliwa jednoznaczna odpowiedź na to pytanie. Dla Polski to niezmiernie ważne.
W tym roku na uzbrojeniu naszych sił zbrojnych będzie około 500 czołgów. Oprócz 166 M1A1FEP i 47 Abramsów w nowej wersji, do Polski dotarło też 110 czołgów K2 ze 180 zamówionych w 2022 roku za prawie 3,4 mld dolarów w ramach pierwszej umowy wykonawczej. Do tego dochodzą 233 Leopardy 2 i kilkadziesiąt zmodyfikowanych czołgów T-72 oraz około 100 – PT-91, których wciąż jeszcze nie przekazaliśmy Ukrainie.
W 2026 roku otrzymamy pozostałe czołgi K2. Zgodnie z planami również w przyszłym roku powinny zakończyć się dostawy Abramsów M1A2 SEPv3, które mają kompozytowy pancerz z wkładami zubożonego uranu w kadłubie i wieży oraz ulepszony pancerz Chobham i zwiększony pancerz wieży. Będziemy wówczas mieli około 800 czołgów (jeśli jeszcze będą T-72 i PT-91). Więcej niż Niemcy (313 czołgów) i Francja (około 406 czołgów) razem wzięte.
Niestety będzie to sprzęt pochodzący od czterech różnych producentów, co znacznie utrudni logistykę. A jeszcze większym problemem byłoby to, gdyby okazało się, że wydaliśmy miliardy złotych na zakup sprzętu, który już w momencie podpisywania umowy był przestarzały i nie ma istotnego znaczenia we współczesnych działaniach bojowych na polu walki.
Czołgi przyszłości – wielozadaniowe platformy naszpikowane elektroniką
Wojskowi specjaliści i analitycy uspakajają, że choć trwa dyskusja czy rzeczywiście nastał już zmierzch ery czołgów i wozów bojowych na polu walki, wciąż nie ma jednoznacznej odpowiedzi na pytanie. Z kondycją czołgów we współczesnej wojnie nie jest wcale tak źle. Czołgi długo jeszcze będą stanowić najważniejszy oręż na polu walki. Bez nich nie da się wygrać wojny. To opinie, wynikające również z oceny działań broni pancernej w Ukrainie. Wynika z nich, że choć przewagi ilościowej rosyjskich czołgów Ukraińcy nigdy nie będą w stanie zniwelować, to mogą skutecznie obniżać skutki ich działania za pomocą przewagi jakościowej.
Według specjalistów wojna w Ukrainie pokazała również, że obecnie jeden nowoczesny czołg, wyposażony w nowoczesny system kierowania ogniem, dalmierz laserowy i kamery termowizyjne oraz sensory i systemy ochrony, może być w walce bardziej skuteczny niż dawniej pluton czołgów, a może nawet kompania. Wiele zależy od tego, jak czołgi są używane i w jakim terenie, a ten w Ukrainie okazał się akurat trudnodostępny dla ciężkich Abramsów. Czołgi też wciąż nie nadają się do walki w miastach, a jeżeli już są wprowadzone do walk ulicznych, to powinny mieć odpowiednią osłonę innych wozów bojowych i pododdziałów piechoty. Taką osłonę, różnego rodzaju – z ziemi, a zwłaszcza z powietrza – muszą mieć obecnie czołgi we wszystkich działaniach, zwłaszcza ofensywnych.
– Już wiele razy słyszałem zapowiedzi o zmierzchu ery czołgów i jak dotąd wszystkie okazały się przedwczesne. Tak będzie również tym razem – uważa generał broni Waldemar Skrzypczak, były dowódca wojsk lądowych, czołgista. Podkreśla, że nie ma czołgów niezwyciężonych. Także wśród tych nowoczesnych. Przypomina również, że Abramsy, które Ukraińcy stracili, a w efekcie musieli wycofać pozostałe maszyny z frontu, to wariant M1A1. Amerykanie wysłali na front czołgi ze zmodyfikowanymi modułami pancerza. Standardowe panele ze zubożonego uranu zastąpili wkładami wolframowymi. Stało się tak z uwagi na obawy związane z ewentualnym zdobyciem wrażliwych amerykańskich technologii przez Rosjan.
Polskie Abramsy w najnowszej wersji będą miały taki sam pancerz, jak amerykańskie. Oczywiście wojska pancerne, jak i zmechanizowane, potrzebują wyposażenia o możliwie najwyższym stopniu zaawansowania technicznego, by sprostać zagrożeniom współczesnego i przyszłego pola walki. Dlatego czołgi wciąż ewoluują, dostosowując się do coraz to nowych zagrożeń. I to się nie zmieni.

Abrams z systemem Trophy. fot. Rafael
Aktywne systemy ochrony – standardowe zabezpieczenie czołgu
Czołgi dostają różnego rodzaju systemy osłony pancerza przed pociskami przeciwpancernymi oraz dronami powietrznymi. Od kratek i daszków, często wyśmiewanych, ale jak się okazuje w walce skutecznych, osłaniających burty i górny pancerz czołgu, po aktywne systemy osłony pancerza, takie jak najbardziej znany obecnie i sprawdzony bojowo system APS (Active Protection System) Trophy, zintegrowany od 2009 roku z izraelskimi czołgami Merkawa oraz transporterami opancerzonymi Namer. Rafael, wspólnie z firmą Elta zbudowały też systemy Iron Fist (żelazna pięść). Siły Zbrojne Izraela wybrały APS Trophy, uznając go za system bardziej otwarty na dalszą modernizację.
Jak działa APS Trophy? Obejrzyj i posłuchaj Ehuda (Udiego) Nira, managera do spraw marketingu i rozwoju w firmie Rafael, który opowiedział portalowi SektorObronny.pl, jak działa ich system aktywnej ochrony czołgów i wozów bojowych.
Dodajmy, że prace nad aktywnymi systemami ochrony wozów bojowych prowadzone są przez kilka państw już od lat siedemdziesiątych XX wieku. Najogólniej są dwa typy tych systemów.
Pierwszy to soft-kill, utrudniający naprowadzanie pocisków przeciwpancernych, taki między innymi jak polski system WPL-1 Bobrawa i Obra-1.
Drugi to hard-kill, uszkadzający lub niszczący nadlatujące pociski wystrzeliwanymi przeciwpociskami. Te drugie są obecnie najbardziej skuteczne.
Warto również przypomnieć, że pierwszy system ochrony hard-kill opracował Związek Radziecki, wprowadzając w 1981 roku system KAZT Drozd, który w niewielkiej liczbie otrzymały zmodernizowane czołgi oznaczonego jako T-55AD. Pod koniec XX wieku powstał system KAZ Arena, ale nie wszedł do masowej produkcji. Prace nad kompleksem ochronnym hard-kill zakończyły się opracowaniem systemów obronnych AN/VLQ-6 lub AN/VLQ-8 MCD, będących odpowiednikami rosyjskiej Areny.
Powyższe systemy, ze względu na niezadawalające parametry, nie spełniały wówczas oczekiwań wojskowych decydentów. Ale oczywiście prace nad rozwojem tego rodzaju systemów trwają nadal. Obecnie na światowym rynku zbrojeniowym oprócz Trophy HV jest kilka innych tego rodzaju systemów, między innymi niemieckie ADS i SMART-PROTech firmy Rheinmetall Protection Systems, Abstandswirksames Schutzsystem (AwiSS) firmy Diehl Defence. Także amerykańska firma Lockheed Martin rozwija tego rodzaju system Modular Active Protection Systems (MAPS). Nad swoim systemy typu hard-kill pod nazwą Korean Active Protection System (KAPS) pracują również specjaliści w Korei Południowej.
Mimo to, po badaniach poligonowych – tu ciekawostka, bo przeprowadzonych na polskim poligonie w ramach ćwiczeń Saber Strike 18 – Amerykanie zdecydowali się wybrać izraelską konstrukcję Trophy, oferowaną na amerykańskim rynku przez firmę Leonardo DRS Inc., amerykańskiego partnera Rafaela. Kontrakt o wartości 193 mln dolarów podpisany w 2018 roku obejmował dostawę 350 zestawów systemu Trophy HV dla czterech pancernych brygadowych zespołów bojowych US Army.
Kolejnym państwem, które zdecydowało się kupić izraelski system aktywny obrony pojazdów pancernych są Niemcy, które same produkują podobne konstrukcje. Niedawno Niemcy pochwaliły się wprowadzeniem do służby w Bundeswehrze nowego czołgu Leopard 2A7A1, zintegrowanego również z Trophy Active Protection System Rafaela. Następne 17 egzemplarzy 2A6 ma zostać przebudowane do tego standardu jeszcze w tym roku. Niemcy zamówiły 23 komplety izraelskiego systemu za 120 mln euro, z czego jedną trzecią przeznaczono na zakup Trophy HV, pozostałą kwotę otrzymała firma Krauss-Maffei Wegmann (KMW) na integrację systemu.
Niewątpliwie zakup systemu Trophy HV przez USA i Niemcy są dużą reklamą dla izraelskiego przemysłu zbrojeniowego. Jego niekwestionowanym atutem jest to, że jest to jedyny na świecie system sprawdzony w boju. Kilka innych firm kończy opracowania podobnych systemów, których parametry, jak zapewniają, będą z czasem przewyższać Trophy HV. Ale izraelski system też cały czas ewoluuje i zmienia się pod naporem nowych doświadczeń zbieranych z pola walki. Na stole pojawiają się wciąż nowe warianty tego kompleksu klasy hard-kill. Ta najnowsza może niszczyć również drony i inne cele powietrzne atakujące wozy pancerne.
Czołgi nadal mogą więc odgrywać kluczową rolę w walce – muszą być jednak odpowiednio dostosowane do współczesnych realiów i wyzwań. Mimo wprowadzenia najnowszych technologii do zwalczania czołgów, nie ma obecnie państw, które chciałyby z czołgów definitywnie zrezygnować.
Amerykanie pospiesznie pracują nad nowym czołgiem, podobnym do Abramsa, ale lżejszym, bardzie mobilnym i mniej paliwożernym, a do tego jeszcze lepiej opancerzonym i wyposażonym w systemy antydronowe oraz własne drony.
Przyspieszyły też prace nad budową europejskiego czołgu francusko-niemieckiego w programie MGCS mającego zastąpić czołgi Leopard 2 i Leclerc.
Włochy i Hiszpania wyrażają zainteresowanie współpracą z Polską przy budowie czołgu nowej generacji. Włosi proponują wspólną realizację programu, aby stworzyć czołg konkurencyjny wobec opracowywanej konstrukcji niemiecko-francuskiej.
Także polska armia szuka cały czas rozwiązań, które pozwolą wzmocnić i osłonić działania czołgów na polu walki.
– Pierwsze śmigłowce AH-64D Apache, zaprojektowane do współdziałania z czołgami Abrams i zwalczania celów opancerzonych, trafiły właśnie do 1. Brygady Lotnictwa Wojsk Lądowych w Inowrocławiu – poinformowała 17 czerwca 2025 roku płk Joanna Klejszmit, rzecznik prasowy Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. – To ważny moment dla modernizacji polskich Sił Zbrojnych – pierwsze osiem amerykańskich śmigłowców szturmowych AH-64D Apache jest już w Polsce. Docelowo Polska pozyska 96 maszyn w wersji AH-64E wraz z pakietem logistycznym, szkoleniowym, kompleksowym zestawem środków bojowych i części zamiennych. Wcześniejsze dostarczenie wersji AH-64D umożliwia rozpoczęcie szkolenia załóg, techników i personelu zabezpieczającego – dodaje płk Joanna Klejszmit.
Przyspieszy to na pewno budowę zdolności operacyjnych nowego komponentu lotniczego, ale również wzmocni dodatkowo wartość bojową polskich czołgów Abrams. Tylko synergia i zgranie różnorodnego sprzętu i wielu rodzajów broni może bowiem zapewnić skuteczność działań na współczesnych polach walki.
Złota era czołgów być może jest jeszcze przed nami?
Czołgi, od początku ich użycia na większą skalę w I wojnie światowej pod Sommą, wciąż ewoluują wraz z rozwijającymi się technologiami ich zwalczania. Najpierw miały niszczyć umocnione drutem kolczastym pozycje wroga i osłaniać przed ogniem broni maszynowej oddziały własnej piechoty. Potem, przy wsparciu lotnictwa i artylerii, w szybkich rajdach wychodziły na tyły przeciwnika i dezintegrowały jego obronę. Tak narodził się blitzkrieg, czyli wojna błyskawiczna.
Jako pierwszy punk przełomowy wyścigu technologicznego w tym obszarze specjaliści wymieniają użycie przez oddziały piechoty Wehrmachtu na szerszą skalę 16 stycznia 1945 roku Pancerfaustów, ręcznych systemów do zwalczania czołgów z głowicą kumulacyjną. Tylko jednego dnia – 9 lutego 1945 roku – straty rosyjskiej II. Armii Pancernej w czołgach i działach samobieżnych wyniosły 48% stanu sprzętu pancernego. Ale mimo wszystko czołgi jednak przetrwały i ewoluowały przez kolejne dziesięciolecia.
Obecnie, gwoździem do trumny czołgów ma być amunicja krążąca i bezzałogowe drony uderzeniowe, które autonomicznie poszukują, wykrywają i niszczą cele pancerne. Wszystko wskazuje jednak na to, że wyścig nowych czołgów i ich zdolności do aktywnej obrony, w starciu z coraz nowszym arsenałem systemów do ich zwalczania, jeszcze się nie skończył i trwać będzie długo.
Współczesny czołg, używany jako uniwersalna platforma bojowa (według nomenklatury NATO Main Battle Tank), do każdego rodzaju działań, może zostać odesłany na emeryturę. Zastąpią go bardziej wyspecjalizowane maszyny. Co prawda, jak wskazują doświadczenia z wojny w Ukrainie, masowe użycie czołgów w sytuacji, gdy w powietrzu dominują drony, stało się bardzo trudne, wręcz niemożliwe. Wszystko wskazuje jednak na to, że mimo wielu poważnych wyzwań, jakie dla czołgów niesie adaptacja do nowych warunków walki, czołgi nadal odgrywają i mogą odgrywać w przyszłości istotną rolę na polu walki.
Od tego jak będzie przebiegać ta adaptacja zależy ich przyszłość. Kierunki zmian rysują się już teraz wyraźnie.
To na pewno nowoczesne, aktywne systemy obrony przed dronami, ale także integracja czołgów z dronami, które będą mogły je również bronić przed bezzałogowcami przeciwnika. Czołgi w swoich działaniach muszą być wspierane nie tylko przez piechotę i artylerię, ale również środki powierzane, w tym bezzałogowce i śmigłowce. Także na lądzie chronić je będą uzbrojone bezzałogowe platformy bojowe. Wszystko wskazuje zatem, że przyszłość tradycyjnej broni pancernej – mimo że napotyka poważne wyzwania, które wymagają adaptacji do nowych zagrożeń, zwłaszcza dronów i zaawansowanych systemów przeciwpancernych – nie oznacza ich całkowitego ich zmierzchu.
Czołgi mogą nadal odgrywać kluczową rolę, jeśli zostaną odpowiednio dostosowane do współczesnych realiów pola walki. To wyzwanie z pewnością zmobilizuje konstruktorów do budowy czołgów nowej generacji, a pracownikom fabryk sprzętu pancernego zapewni pracę na kolejne lata.
Mitem jest przekonanie, że drony mogłyby samodzielnie prowadzić działania zbrojne. Bezzałogowiec, podobnie jak samolot, sam nie zajmie terenu. Wciąż pozostaje jednym z narzędzi walki, choć coraz groźniejszym, bardziej autonomicznym i do tego coraz tańszym. Nie oznacza to również, że drony zakończyły wyścig pomiędzy czołgiem, a systemami jego niszczenia. Trwa on i będzie trwać w najlepsze i jak na razie, nie ma zdecydowanego lidera w tym wyścigu.
Pewne jest tylko to, że nowe czołgi, wyposażone są w coraz nowsze, zaawansowane systemy, pozwalające im lepiej radzić sobie z wyzwaniami współczesnego pola walki. Są podstawą nowoczesnych sił lądowych XX i XXI wieku i będą kluczowym elementem walki połączonych rodzajów broni.
Zapowiedzi o zmierzchu ery czołgów po raz kolejny wydają się zdecydowanie przedwczesne.


















