Polska i kraje nadbałtycki stały się niewątpliwie nowym poligonu Rosji, która bada granice odporności Zachodu na różne formy ataków hybrydowych. Obawy i poczucie zagrożenia nie zniknęły przecież zupełnie wraz z zestrzeleniem kilkunastu rosyjskich dronów nad Polską i znalezieniem szczątków bezzałogowców oraz wystrzelonych rakiet. Komunikat, że odparliśmy tę prowokację ramię w ramię z sojusznikami jest optymistyczny i prawdziwy. Jednak niepokój wzmacniają wciąż nowe przykłady wojny hybrydowej, jaką Moskwa wydała Europie zaraz po pojawieniu się „zielonych ludzików” na Krymie w 2014 roku i jego przyłączeniu do Rosji, a która teraz coraz bardziej eskaluje. Trzeba jak najszybciej stworzyć między innymi cały system walki z dezinformacją, budowaniem odporności społecznej, a także skuteczną obronę przed dronami, bo nie da się bez końca strzelać do nich rakietami z myśliwców.
Rosyjskie prowokacje i eskalacja zagrożeń w regionie
Po ataku rosyjskich dronów na Polskę we wrześniu 2025 roku, wojna hybrydowa wyraźnie się nasiliła. Tak jest zresztą nie tylko w Polsce. O dronach nad swoim terytorium informowali też Rumuni, a dwa dni po ich wtargnięciu nad Polskę odnotowano 12-minutowy przelot trzech MIG-ów 31 nad Estonią. Potem niemal każdego dnia nad Europą zaczęły się pojawiać tajemnicze drony zakłócające funkcjonowanie kluczowej infrastruktury, w tym dużych lotnisk i baz wojskowych. Tak było między innymi w przypadku lotnisk w Danii, Norwegii i Szwecji. Potem belgijskie ministerstwo poinformowało o incydencie z nieznanymi dronami w rejonie baz wojskowych w Danii, między innymi w Elsenborn. Wykryto tam 15 dronów nieznanego pochodzenia. Drony uważane za rosyjskie pojawiły się w rejonie obiektów infrastruktury krytycznej w Norwegii, a całkiem niedawno, z powodu niezidentyfikowanych w ciemności dronów, przez 3 dni nie działało lotnisko w Monachium. Także balony meteorologiczne wysyłane w ostatnich tygodniach z Białorusi na Litwę, wykorzystywane do tej pory głównie do przemytu papierosów, kilkakrotnie naruszyły litewską przestrzeń powietrzną, co doprowadziło do czasowego zamknięcia lotniska w Wilnie i utrudnień dla tysięcy pasażerów. Na początku listopada 2025 roku niezidentyfikowane drony sparaliżowały także ruch na lotnisku w sercu Unii Europejskiej – w Brukseli.
Nie ulega wątpliwości, że wojna hybrydowa eskaluje – wkracza w nową fazę, a my musimy być gotowi, by ją odeprzeć, ponieważ wszystko wskazuje na to, że pozostanie z nami na dłużej. Jak powiedział niedawno premier Donald Tusk, atak lub prowokacja z udziałem dronów była najbardziej spektakularna, jeśli chodzi o stronę polską. Ale tak naprawdę mamy podobne prowokacje każdego dnia. Na naszej granicy z Białorusią mamy ponad 100 podobnych prób dziennie. Nadal też słyszymy komunikaty o wzmożonej obecność białoruskich i rosyjskich dronów, które usiłują naruszyć polską przestrzeń powietrzną.
Na początku października 2025 roku poziom emocji podniosła też wypowiedź Dmitrija Miedwiediewa, byłego prezydenta Rosji, który w kontekście dronów nad Polską i nad europejskimi krajami wskazał jednoznacznie, że takie działania mają na celu zastraszenie i destabilizację Zachodu, wywołanie poczucia zagrożenia wojną wśród Europejczyków.
– Niech boją się i drżą jak głupie zwierzęta w stadzie pędzonym na rzeź. Niech kulą się ze strachu, przeczuwając swój nieuchronny i bolesny koniec – powiedział jak zwykle w swoim agresywnym tonie Miedwiediew.
Jednocześnie propaganda rosyjska ma w tej sprawie od początku jeden przekaz. Rosjanie zaprzeczają, że to były rosyjskie drony. Podkreślają, że nie ma na to żadnych dowodów. Mówią za to wprost o prowokacji ukraińskiej, która przy okazji pokazała słabość obrony powietrznej NATO.
Ten przekaz pojawił się natychmiast po incydencie z dronami, co może świadczyć, że Rosjanie już wcześniej przygotowali się propagandowo na tę sytuację, a to potwierdza, że atak dronów na Polskę nie był przypadkiem. Podobnie jak szczątki rosyjskich dronów Gerbera, znajdowanych w wielu miejscach na terenie kraju, wskazujące, że trudno posądzać o sprawstwo tego ataku kogoś innego niż Rosję. Brak jasności wydaje się obecnie jednym z ważnych symptomów tych ataków. Komentatorzy odnoszący się do rosyjskich deklaracji podkreślają, że anonimowego sprawcy nie da się, przynajmniej przez jakiś czas, zidentyfikować, a czekanie i niepewność z tym związane mogą być również motywem atakującego, który chce w ten sposób osłabić zaufanie do władz własnego kraju i sojuszników.
Dodajmy, że w Polsce po tym ataku część specjalistów od wojny elektronicznej także nie wykluczała całkowicie, iż te drony mogły zboczyć z kursu z powodu ukraińskiej interwencji lub z powodu błędu. Wystarczy odchylenie o 5 lub 10 stopni, aby zamiast uderzyć w cel w Ukrainie, przeleciały przez Białoruś i dotarły do Polski. To jednak byłaby najlepsza ilustracja do opinii wojskowych specjalistów i analityków, którzy nie wykluczają, że do konfliktu między Rosją a Polską czy Zachodem może dojść w wyniku przypadkowych zdarzeń.
Jednak po wypowiedzi prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego, że w stronę polskiego nieba zmierzały aż 92 drony, z których większość zestrzeliła ukraińska obrona powietrzna, dlatego tylko część z nich przekroczyło naszą powietrzną granicę, trudno uwierzyć, że aż tak duża liczba dronów uległa awarii lub kierowała się nad Polskę przez pomyłkę. Dlaczego zatem Rosjanie nas nie ostrzegli. Zostawili to Białorusi? To nie jedyna wątpliwość, która pozostaje bez odpowiedzi do dziś.
Podkreślmy, że komentarze naszych władz po ataku były jednobrzmiące. To nie był przypadek. To była celowa prowokacja. Drony zaatakowały w sposób zamierzony. To akt agresji, który stworzył realne zagrożenie dla bezpieczeństwa naszych obywateli. Wskazuje na to chociażby trajektoria ich lotu. Drony nie leciały chaotycznie, lecz według zaplanowanych wcześniej tras w ściśle określone miejsca. Niektóre przeleciały ponad 300 km nad polskim terytorium. To nie mógł być wynik błędu. W zdecydowanej większości były to bezzałogowce typu Gerbera, zbudowane ze styropianu i sklejki, które nie miały głowic bojowych ani aparatury rozpoznawczej. Według komunikatu MON cztery najgroźniejsze bezpilotowce zestrzelono. Możliwe wiec, że przenosiły jakieś uzbrojenie lub zmierzały w rejony ważnych obiektów wojskowych. Drony ze sklejki wskazywałyby na działanie prowokacyjne. W jakim celu to zrobiono? Na ten temat specjaliści, analitycy i komentatorzy wojskowi mają wiele najróżniejszych scenariuszy.
Rosjanie są mistrzami propagandy, która doskonale maskuje ich problemy i porażki. Trzy lata wojny w Ukrainie pokazały to dobitnie, obnażając sztukę kremlowskiej manipulacji. Moskwa ma jednak wiele powodów, by uznać swoją propagandę za skuteczną. Stąd trwanie przy twierdzeniu, że drony nad Polską to ukraińska prowokacja. Choć polska odpowiedź była jednoznaczna – to rosyjskie drony – to jednak państwa europejskie w sprawie ataku dronów na ich terytoria zachowały powściągliwość. Nie wykluczyły wprawdzie do końca (jak na przykład Norwegia), że mogły to być drony rosyjskie, ale oficjalnie uznano te obiekty za niezidentyfikowane.
Odpowiedź Polski i sojuszników NATO
Dziś, po dwóch miesiącach od pojawienia się dronów nad Polską, wiemy więcej o tym incydencie. Prawda niepodważalna jest taka, że pierwszy tak duży atak rosyjskich dronów na Polskę, kraj natowski (pamiętajmy przy tym, że Ukrainę codziennie atakuje kilkaset dronów) był czymś więcej, niż tylko technicznym błędem czy przypadkowym wtargnięciem. Cele, jakie Rosjanie wiązali z tym atakiem są z pewnością bardziej dalekosiężne niż tylko lokalne naruszenie granicy. Zobaczyliśmy przy tym, jak cienka jest granica między wojną a pokojem na wschodniej flance NATO.
Co ważne – reakcja na zagrożenie była szybka.
Po uzyskaniu informacji, że w powietrzu dzieje się coś niepokojącego (część powietrznych bezzałogowców kierowała się w stronę ważnych obiektów infrastruktury w Polsce w rejonach województwa lubelskiego, świętokrzyskiego i mazowieckiego), ogłoszono alarm, a na rozkaz Dowódcy Operacyjnego Rodzajów Sił Zbrojnych natychmiast uruchomiono procedury obronne, włączono stacje radarowe, włącznie z tymi, które mają niemieckie baterie Patriot chroniące rzeszowskie lotnisko.
W powietrze uniosła się sojusznicza maszyna wczesnego rozpoznania AWACS, która dołączyła do dyżurującego wówczas włoskiego samolotu rozpoznawczego Gulfstream z bazy w Estonii.
Dołączył do nich również polski samolot rozpoznawczy, jedna z dwóch zakupionych w Szwecji maszyn Saab 340 AEW, a w kierunku wykrytych celów wystartowały pary dyżurne polskich F-16 z Łasku i Krzesin oraz stacjonujące w Polsce holenderskie F-35, które w zestrzeleniu najgroźniejszych dronów odegrały ważną rolę, a także śmigłowce.
Sojusznicza sprawność i solidarność zdała egzamin. Cztery bezzałogowce uznane za niebezpieczne zostały zestrzelone. Po raz pierwszy w ataku na kraj NATO sojusznicy otworzyli ogień do obcych obiektów latających. To jasny sygnał dla Rosjan, że jest na to przyzwolenie i w przypadku ponownego ataku będzie podobnie. Nie ma co do tego wątpliwości gen. broni Maciej Klisz, Dowódca Operacyjny Rodzajów Sił Zbrojnych (DO RSZ), który wydał rozkaz do otwarcia ognia przez polskie i sojusznicze maszyny i, jak podkreślił, w przypadku podobnego ataku, jeśli będzie trzeba, wyda taki rozkaz ponownie. Jednocześnie wyjaśnił, że w przypadku naruszenia naszej przestrzeni powietrznej przez rosyjskie samoloty wciąż obowiązują procedury pokojowe, dlatego do ich zestrzelenia potrzebna by była zgoda NATO.
Okazuje się, że drony nad Polską to także ważna lekcja do odrobienia także dla Europy i NATO. Pierwszy egzamin zdaliśmy. Mimo, że NATO nie uznało incydentu za pełnoskalowy atak, reakcja sojuszników była natychmiastowa i jednoznaczna. Po raz pierwszy w sytuacji zagrożenia bezpieczeństwa jednego z partnerów na taka skalę zadziałała sojusznicza solidarność.
Holandia przebazowała dwie ze swoich trzech baterii Patriot, a także systemy przeciwlotnicze NASAMS wraz z 300 żołnierzami do Polski Wschodniej.
Francja i Szwecja wysłały myśliwce Rafal i Gripen do bazy w Łasku, a Czechy śmigłowce Mi-17.
Szwecja, która dopiero integruje się z NATO, zadeklarowała gotowość do wsparcia operacyjnego.
Czechy i Finlandia zaoferowały pomoc logistyczną, a Niemcy zadeklarowały zwiększenie obecności wojskowej w ramach misji Enhanced Forward Presence (EFP). To jedna z kluczowych inicjatyw NATO, uruchomiona w 2017 roku w odpowiedzi na agresję Rosji wobec Ukrainy oraz rosnące napięcia na wschodniej flance Sojuszu. Jej głównym celem jest wzmocnienie odstraszania i obrony poprzez stałą, rotacyjną obecność wojskową w państwach najbardziej narażonych na potencjalne działania ze strony Rosji.
Do tego w Brukseli rozpoczęto prace nad inicjatywą Wschodnia Straż – nowym pakietem działań mających na celu wzmocnienie obrony wschodniej flanki NATO, nie tylko w wymiarze militarnym, ale także cybernetycznym i informacyjnym.
Brytyjskie ministerstwo obrony poinformowało 14 września 2025 roku, że w ramach tej misji również myśliwce Królewskich Sił Powietrznych (RAF) Typhoon będą wykonywać misję obrony powietrznej nad Polską.
Ta sojusznicza solidarność to ważny przykład na to, że art. 5 Traktatu Północnoatlantyckiego NATO rzeczywiście respektuje i nie jest on tylko papierowym zapisem. Incydent ten przypomniał również, że wschodnia granica Polski to też granica NATO i że bezpieczeństwo wschodniej flanki wymaga nie tylko solidarności, ale także realnych działań.
Niejasności i wnioski po wrześniowym naruszeniu polskiej granicy przez drony
Czego nadal nie wiemy? Część dronów nadleciała ze strony Białorusi, która – jak twierdzi gen. Wiesław Kukuła, szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, ku jego zaskoczeniu – uprzedziła Polskę o bezzałogowych statkach powietrznych zmierzających w kierunku polskiej przestrzeni powietrznej. Generał przypomniał, że Polska i Białoruś mają obowiązujące cały czas porozumienie z 2019 roku o wymianie informacji o sytuacji lotniczej w pobliżu wspólnej granicy państwowej oraz o lotach wojskowych statków powietrznych w przestrzeni obu krajów, w szczególności w tak zwanej strefie ADIZ, obejmującej loty w strefie 15 kilometrów po stronie polskiej i 15 kilometrów po stronie białoruskiej. Jak podkreślił gen. Maciej Klisz informacje strony białoruskiej były dość rzetelne, wskazywały nawet ile obiektów może przekroczyć naszą granicę. Wciąż nie wiadomo do końca, czy obowiązująca umowa, to jedyny powód, dla którego Białoruś – której informacje wobec Polski trudno często uznać za rzetelne – poinformowała nas o nadlatujących dronach.
Nie dowiemy się też już pewnie, który z samolotów broniących naszego nieba – polski F-16 czy też holenderski F-35, wystrzelił rakietę, która w wyniku awarii trafiła w dom we wsi Wyryki-Wola. Na szczęście nie było poszkodowanych. Niemniej niezamierzony upadek rakiety na dom we Wyrykach i niejasności co do tego, kto, kiedy, co i komu powiedział, nadwyrężył trochę wizerunek sprawnego działania wojska i sojuszników w sytuacji zagrożenia.
Temu zresztą miała służyć narracja Kremla, który natychmiast po incydencie uruchomił szeroką kampanię dezinformacyjną. Jedna z rozpowszechnianych wersji sugerowała, że zdarzenie było jedynie „mistyfikacją”, a fotografie zniszczonego budynku w rzeczywistości przedstawiają skutki wcześniejszych burz. Tego typu przekaz miał podważać zaufanie do instytucji państwowych i mediów oraz budować przekonanie, że opinia publiczna jest celowo oszukiwana. Z analizy NASK wynika, że ta narracja mogła dotrzeć nawet do 1,7 mln odbiorców
Drony jako lekcja dla obronności i budowania odporności
Nie napawa też optymizmem wniosek, że rosyjskie drony ze styropianu dobitnie potwierdziły, że jesteśmy mocno opóźnieni w budowaniu naszych zdolności do zwalczania bezzałogowców, o czym specjaliści, emerytowani generałowie, mówili od dawna.
Ujawniły też inne nasze niedostatki, jak chociażby brak powietrznych tankowców. Antoni Macierewicz jako minister obrony narodowej wycofał Polskę z międzynarodowego programu NATO MMF (Multinational Multirole Tanker Transport Fleet) – zakupu samolotów do tankowania w powietrzu, znanych w Polsce jako Karkonosze. Dlatego nasze F-16 po przeleceniu połowy kraju nie miały już zbyt dużo paliwa na pozostawanie w strefie walki. Musiały wracać do bazy, a zastępowały je kolejne maszyny. Rosyjskie drony nie pojawiły się bowiem w jednym miejscu i o tym samym czasie. Nadlatywały z różną częstotliwością na odcinku około 200 km, co według gen. Klisza wymagało naprawdę dużych umiejętności, aby zarządzać czasem pracy, informowaniem załóg, zgrania z rozpoznaniem radarowym, pilnowaniem zasobów paliwa i tankowaniem.
To nie jedyny wniosek, jaki nasuwa się po wydarzeniach z nocy 9 na 10 września, wymagający przemyślenia, abyśmy mogli skuteczniej walczyć z dronami i załatać dziury w naszym systemie obrony powietrznej. Dotychczas miliardy złotych wydaliśmy głównie na zakupy czołgów, artylerii i innego uzbrojenia dla wojsk lądowych, jak byśmy nie zauważyli, że wojna wygląda obecnie inaczej. Rosjanie nie zaatakują nas armiami pancernymi.
Teraz wojna, na jaką powinniśmy się przygotować, to wojna hybrydowa. Jeśli ataki, to z powietrza, głównie drony, czasem, o czym już się przekonaliśmy, zabłąkane rakiety.
Do tego cyberataki, zwłaszcza na tak zwaną infrastrukturę krytyczną, które nasilają się tak w Polsce, jak i w Europie, gdzie tylko w ostatnim czasie doszło do 200 rosyjskich akcji. To też świadczy o tym, że Rosja wydaje się być całkiem pewna, iż Stany Zjednoczone pod rządami Donalda Trumpa nie zareagują w znaczący sposób na jej prowokacje. Do tego dochodzą nasze procedury, do niedawna bardzo rygorystyczne, nawet jeśli chodzi o zwalczanie dronów. Zwłaszcza wokół lotnisk i infrastruktury, gdzie zestrzelenie drona mogłoby się wiązać z niebezpieczeństwem dla ludzi czy samolotów.
Ochrona i obrona cywilna
– Uważam, że musimy być przygotowani na uderzenie rakietowe czy dronowe niszczące infrastrukturę – twierdzi w rozmowie z money.pl minister koordynator ds. służb specjalnych Tomasz Siemoniak. Takie ataki Rosji na infrastrukturę energetyczną widać choćby w Ukrainie. Wniosek – Polska musi nadrobić zaległości związane z zabezpieczeniem infrastruktury.
Problem znany od dawna, ale teraz jest nadzieja, że działania w tym obszarze znacznie przyśpieszą. Przykładem, który pozwala tak myśleć jest chociażby Program Ochrony Ludności i Obrony Cywilnej. W tym roku na realizację tego programu zaplanowano 2,3 mld zł, ale – jak informowały samorządy, nie wiadomo kiedy te pieniądze do nich trafią i czy zdążą z ich wydaniem, chociaż po ataku rosyjskich dronów proces podpisywania wniosków o pieniądze w tym programie ruszył z kopyta.
Komentatorzy twierdzą – choć brzmi to może nieco paradoksalnie – że tym atakiem Rosjanie strzelili sobie w kolano. Część analityków uważa nawet, że nic lepszego od ataku styropianowych dronów-wabików nie mogło nas spotkać. Spadające z nieba bezzałogowce zdynamizowały bowiem działania rządu i wojska w wielu ważnych obszarach dotyczących obronności.
Po 10 września zaczęto łatać dziury w obronie powietrznej, zmieniać prawo, dając więcej swobody w zakupach uzbrojenia do zwalczania bezzałogowców powietrznych. Między innymi wprowadzono procedury ułatwiające wyposażenie wojska w drony i systemy antydronowe.
Do tego wypowiedzi przedstawicieli rządu po tym ataku nie pozostawiły Rosjanom wątpliwości – kolejne drony nad Polską będą zestrzeliwane, co Rosja określiła jako histerię i retorykę wojenną, promowaną przez europejską partię wojny. A przecież podobno to nie ich drony, więc skąd ten ton oburzenia?
W Polsce i w Europie rozpoczęła się debata, czy jeśli zamiast dronów wtargną w naszą przestrzeń powietrzną samoloty, to należy je zestrzeliwać. Do tej dyskusji włączyły się państwa Unii Europejskiej, między innymi z inicjatywą European Sky Shield, w ramach której samoloty z krajów wspierających Ukrainę zapewniłyby bufor obronny w przestrzeni powietrznej zachodniej Ukrainy, tak aby zagrożenia powietrzne ze strony Rosji były zwalczane, zanim rakiety i drony dotrą do krajów takich jak Polska, a nie gdy już tam są.
Reakcja kremlowskich propagandystów na te zapowiedzi była do przewidzenia. Były rosyjski prezydent Miedwiediew powiedział wprost, że zestrzelenie rosyjskich dronów przez NATO nad Ukrainą lub w pobliżu granic Sojuszu Północnoatlantyckiego będzie oznaczać wojnę z Rosją. Również Siergiej Ławrow, szef MSZ Rosji, który zwykle formułuje swoje wypowiedzi bardziej dyplomatycznie, wielokrotnie oskarżał państwa NATO o prowokacje, naruszanie przestrzeni powietrznej i eskalowanie napięć. Jak dodał, natowskie samoloty bez przerwy naruszają granice powietrzną Rosji i nikt ich nie zestrzeliwuje.
Norwescy piloci F-35, którzy przylecieli do Polski by osłaniać wschodnią flankę NATO mówili, że przylecieli do nas, by w razie potrzeby zestrzeliwać cele powietrzne, które naruszą polską przestrzeń powietrzną, choć co do zestrzeliwania rosyjskich samolotów chcieliby mieć zgodę NATO. Podobnie, jak polscy dowódcy. W tym kontekście warto pamiętać, że – jak podkreślają wojskowi, jeśli chodzi o walkę w powietrzu, jesteś wiarygodny tylko wtedy, gdy na końcu jesteś gotowy zestrzelić wroga.
Pod koniec września 2025 roku, podczas wideokonferencji z udziałem 9 państw wschodniej flanki Unii Europejskiej, w którym udział wzięła również Polska, uzgodniono potrzebę stworzenia wspólnego systemu wykrywania i neutralizacji dronów w czasie rzeczywistym.
Wkrótce potem Ursula von der Leyen i Mark Rutte ogłosili wspólny projekt UE-NATO – „Mur dronowy”, jako część Straży Wschodniej Flanki. Komisja Europejska ogłosiła 16 października 2025 roku plan „Zachować pokój. Mapa drogowa gotowości obronnej do 2030 roku”. W dokumencie tym „Mur antydronowy” uznano za priorytetowy projekt obronny UE. System ma objąć wschodnią granicę Unii Europejskiej, ze szczególnym uwzględnieniem Polski, krajów bałtyckich i Finlandii.
Pierwsze przetargi na systemy antydronowe mają ruszyć na przełomie 2025–2026 roku, a już pod koniec 2026 roku planowana jest wstępna gotowość operacyjna. Pełną funkcjonalność system ma osiągnąć do 2027 roku. UE i NATO będą współdziałać w zakresie wykrywania dronów, neutralizacji zagrożeń i ochrony infrastruktury krytycznej oraz ludności. Unia Europejska po raz pierwszy tworzy wspólny system obrony powietrznej niezależny od tarczy antyrakietowej. Nasz kraj znajduje się w centrum tej inicjatywy zarówno geograficznie, jak i politycznie.
Wojna informacyjna i cyberataki – druga linia frontu
Oprócz problemów, bez rozwiązania których trudno mówić o przygotowaniu kraju i społeczeństwa do ewentualnego konfliktu, drony ujawniły też inny, równie ważny problem, którego nie sposób pominąć.
Wraz z rosyjskimi dronami doszło też do nalotu na wirtualną przestrzeń informacyjną w Polsce. Jednocześnie nastąpiło uderzenie informacyjne na nasz kraj i nie ma wątpliwości, że nie potrafiliśmy sobie z nim poradzić. Swoją pracę natychmiast rozpoczęły zastępy trolli, do których dołączyła grupa pożytecznych idiotów. To dlatego Rosjanom tak szybko udało się na przykład narzucić swoją narrację, że to nie były rosyjskie drony, tylko Ukraina próbuje nas wciągnąć w wojnę. Szybko narosło na ten temat sporo plotek, kłamstw, a nawet mitów. Przy czym okazało się, że rosyjska propaganda znajduje w Polsce odbiorców, którzy chętnie podchwytują propagandowe argumenty Kremla. Świadczą o tym dobitnie komentarze, nawet teorie spiskowe, które pojawiły się w przestrzeni publicznej – zwłaszcza w mediach społecznościowych i niektórych środowiskach komentatorskich – próbujące podważyć oficjalny przekaz lub sugerujące ukryte motywy rządzących.
Twierdzono między innymi, że drony te nie były rosyjskie, lecz zostały celowo „przepuszczone” przez MON, by przetestować reakcję systemów obrony powietrznej i społeczeństwa lub że atak był wykorzystany jako pretekst do przyspieszenia zakupów sprzętu wojskowego, zwłaszcza systemów antydronowych i radarowych. Były też komentarze, że atak ten był tylko „zasłoną dymną” dla innego zdarzenia, na przykład cyberataku, naruszenia infrastruktury krytycznej lub testu nowej broni.
Zresztą, akurat jeżeli chodzi o cyberataki, to jest w tym sporo prawdy, bo agresywne działania Rosji w tej domenie są również bardzo aktywne. Jak twierdzi generał dywizji Karol Molenda, dowódca Komponentu Wojsk Obrony Cyberprzestrzeni, nasza infrastruktura wojskowa jest pod ciągłą presją grup, które specjalizują się w dokonywaniu cyberataków. Według generała Molendy – odkąd zaczęła się wojna w Ukrainie – liczba ataków na naszą infrastrukturę w ciągu pierwszego roku wojny w Ukrainie wzrosła pięciokrotnie. Z raportu za 2024 rok wynika, że jeżeli chodzi o Polskę, to mieliśmy ponad 100.000 cyberataków, czyli 300 ataków dziennie.
– Jeżeli mówimy o infrastrukturze wojskowej, to w ostatnim czasie zaadresowaliśmy około 4.200 incydentów, co oznacza, że tak naprawdę co dwie godziny nasz zespół musiał się zaangażować bardzo aktywnie w ich obsługę – twierdzi generał Karol Molenda w TVN24.
Mamy też setki, a nawet tysiące ataków dziennie skierowanych na infrastrukturę i instytucje cywilne.
– Polska jest dziś najbardziej atakowanym krajem w Unii Europejskiej. W ciągu ostatniego miesiąca było ich 50.000. W zeszłym roku było 600.000 takich zgłoszeń – przekazał wicepremier i minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski w telewizji Polsat 4 listopada 2025 roku.
Nic więc dziwnego, że w sytuacji braku pełnego raportu ze strony MON, opóźnienia w publikacji danych interpretowano jako próbę ukrycia czegoś większego, a właśnie takie mechanizmy zapewniają najlepszą pożywkę do budowania narracji wprowadzającej chaos i zamęt wśród społeczeństwa. Najlepiej bowiem budować fake-newsy bazując na prawdziwych wydarzeniach, które są dodatkowo medialnie nośne.
Władze państwowe oraz Ministerstwo Obrony Narodowej stanowczo odrzuciły wszelkie insynuacje i teorie spiskowe, apelując jednocześnie o powściągliwość w komentowaniu zdarzeń bez pełnych danych, by nie wzmacniać dezinformacji. Bez większego chyba jednak efektu, mimo że na własnej skórze przekonaliśmy się o obliczach współczesnej wojny, w której między innymi plotka jest bronią, a dron jest żołnierzem. To też lekcja na przyszłość.
Zob. też: NIS 2, DORA, CER – nowe zasady bezpieczeństwa, których nie ma?
Biasy poznawcze, czyli biesy i czarty ludzkiego umysłu
Warto zawsze pamiętać o jednej z podstawowych zasad komunikacji kryzysowej i fact-checkingu, która odnosi się „zasady 1/10” – obalenie plotki lub fałszywej narracji wymaga dziesięciokrotnie większego wysiłku, niż jej wytworzenie.
Do tego należy dołożyć drugą przesłankę, że wielu odbiorców w ogóle nie zadaje sobie trudu weryfikacji rzetelności źródeł przeczytanych treści. Chce jedynie zabłysnąć w mediach społecznościowych, poznać, że widziała „newsa” jako pierwsza – w pewien sposób dowartościować się – przesyłając w ten sposób fake-newsa dalej. Tworzy się w ten sposób efekt „kuli śnieżnej”, który sprzyja temu, że wiarygodnie przygotowana dezinformacja rozchodzi się falami i ma siłę prawdziwego tsunami zalewającego internet.
A warto podkreślić, że zgodnie z zasadą biasów poznawczych (czyli zniekształceń poznawczych, uprzedzeń poznawczych), osoby, które jednak chcą sprawdzić prawdziwość otrzymanych informacji w 90% szuka ich potwierdzenia (w tym przypadku zazwyczaj również w internecie), a tylko 10% szuka dowodów falsyfikujących, czyli dowodzących, że to nie prowada.
Biasy poznawcze to prawdziwe biesy, czarty, diabły podszeptujące ludzkiemu umysłowi. To systematyczne błędy w naszym myśleniu. Nasz mózg skraca sobie drogę, żeby szybciej podejmować decyzje – ale przez to często myślimy nieprecyzyjnie i nieracjonalnie. To nie są pojedyncze błędy jednostki – to są typowe błędy całego gatunku ludzkiego, powtarzalne i przewidywalne.
Efekt potwierdzenia (confirmation bias) – to jeden z najważniejszych biasów poznawczych. Polega on na tym, że człowiek szuka i zauważa głównie takie informacje, które potwierdzają to, w co już wierzy. A informacje, które przeczą naszym przekonaniom – ignorujemy, umniejszamy, odrzucamy, interpretujemy jako niewiarygodne. To dlatego dezinformacja „klei się” tak mocno – jeśli nam pasuje do światopoglądu, to automatycznie ufamy jej bardziej.
W tym kontekście niebagatelne znaczenie ma też ograniczona racjonalność (bounded rationality) – pojęcie z ekonomii behawioralnej. Mówi ona, że ludzie nie mają pełnej informacji, pełnej wiedzy ani nieograniczonego czasu, więc podejmują decyzje „wystarczająco dobre”, ale nie idealne, nie maksymalnie racjonalne.
To wszystko pokazuje, jak łatwo możemy – nawet w sposób nieświadomy – ulegać manipulacji i dezinforamcji. Warto więc chociaż w sposób skrócony przenalizować przykładowe wpisy, pokazujące jak działają te mechanizmy, na co zwracać uwagę i poznać odpowiedź na pytanie, kto je rozprzestrzeniał i w jakim celu. To pozwoli nam w końcu dać im bardziej zdecydowany odpór w przyszłości.
Analitycy wojskowi i komentatorzy twierdzą, że nie tylko nie mamy nadal skutecznej tarczy antydronowej, ale – jako społeczeństwo – nie mamy też tarczy informacyjnej czy cyfrowej oraz procedur szybkiego reagowania na fake-newsy. Działania podejmujemy za późno, do tego z reguły defensywnie, zaprzeczając faktom, które już dawno temu rozniosły się po internecie i mediach społecznościowych w sposób niekontrolowany.
W przypadku ataku dronowego na Polskę ze strony Rosji dały znać o sobie nie tylko opisane wyżej biasy poznawcze, ale też długie lata rozmiękczania nam mózgów i podsycania wrogości wobec Ukraińców, Unii Europejskiej, a nawet NATO.
Res Futura Data House, polska grupa analityczna zajmująca się monitoringiem mediów społecznościowych, w tym badaniem zjawisk związanych z dezinformacją, zmierzyła wymowę komentarzy w sieci kilka godzin po nocnym ataku dronów. W polskim internecie przeważała narracja, że odpowiedzialność za to ponosi… Ukraina (taki charakter miało 38% komentarzy). Winy Rosjan dopatrywali się autorzy 34% wypowiedzi. O nieudolności rządu mówiono w aż 18% komentarzy. Do tego doszedł początkowy brak spójnych informacji, opóźnienia w publikacji raportów, brak szybkich decyzji oraz niejednoznaczne wypowiedzi przedstawicieli władz. To wszystko pogłębiło społeczne napięcie i otworzyło przestrzeń dla spekulacji.
Można się także niemal w ciemno zakładać, że jeżeli decyzje związane z odbudową zniszczonego w trakcie akcji przechwytywania dronów domu w Wyrykach Woli nie zapadną szybko i transparentnie – niebawem zaczną zalewać sieć komentarze na temat nieudolności władz i administracji, podkopujące we wszelki możliwy sposób nasze zaufanie do państwa.
To ważna lekcja, z której wnioski trzeba uwzględnić w działaniach w tym obszarze.
Ataki dywersyjne, działania sabotażowe i zatrzymania szpiegów
Kolejnym frontem walki hybrydowej na terenie Polski są niewątpliwie coraz liczniejsze działania dywersyjne i akcje sabotażowe, tak zwanych agentów proxy. Są to osoby werbowane przez wrogie agencje wywiadowcze za pomocą mediów społecznościowych i profili społecznościowych, do wykonania określonych zleceń, pozornie nawet błahych. To stosunkowo tani i mało niebezpieczny proces działania agentury, która za kilka tysięcy złotych czy euro opłaca najemników, którzy mają coś sfotografować, przewieźć, podpalić, zniszczyć – lub też jak to było widać w przypadku niezidentyfikowanych dronów – polatać dronami w okolicy pasów startowych i zakłócić ruch lotniczy. Wpadka takiego „agenta” to dla wywiadu żadna strata, a mocodawcy pozostają praktycznie nieuchwytni. Tylko wykonawca takiego zlecenia – w przypadku zatrzymania – ponosi niekiedy bardzo poważne konsekwencje.
Dlatego właśnie tak ważna jest edukacja i informacja. Trzeba uczulać i uwrażliwiać społeczeństwo, że nawet pozornie proste zlecenia (jak przejechanie obcym samochodem dostawczym przez Polskę lub przewiezienie nieznanego ładunku) czy głupie wyzwania (jak latanie dronem w trefach wyłączonych lub fotografowanie i filmowanie elementów infrastruktury krytycznej) mogą się w obecnej sytuacji kończyć oskarżeniem o szpiegostwo i karami od 8 do 30 lat lub dożywocia, w zależności od kwalifikacji popełnionego czynu. Czy jest to warte tych kilku tysięcy złotych czy euro proponowanych przez obcych agentów?
A że nie mówimy tu o teoretycznych i wydumanych kwestiach, potwierdzają to konkretne przykłady.
Jak informował Jacek Dobrzyński, rzecznik prasowy ministra koordynatora służb specjalnych, 27 października 2025 roku w Katowicach zostało zatrzymanych dwoje Ukraińców podejrzanych o działanie na rzecz obcego wywiadu. To efekt wspólnych działań Służby Kontrwywiadu Wojskowego, Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz Prokuratury Okręgowej w Lublinie. Zatrzymani to mężczyzna i kobieta w wieku 32 i 34 lat. Specjalizowali się w rozpoznawaniu polskiego potencjału militarnego i montażu urządzeń do skrytego monitoringu infrastruktury krytycznej – kamer i fotopułapek.
Niespełna tydzień wcześniej rzecznik prasowy ministra koordynatora informował też o zatrzymaniu dwóch Ukraińców działających na zlecenie rosyjskiego wywiadu. Jeden z nich miał w telefonie zdjęcia obiektów infrastruktury krytycznej znajdującej się w dyspozycji polskiej armii. Sprawa zaczęła się od kontroli dwóch 24-letnich Ukraińców, którą policjanci przeprowadzili na początku października w Białej Podlaskiej.
– Znaleziono przy nich narkotyki, a w telefonie jednego z nich korespondencję wysłaną rosyjskojęzycznemu odbiorcy. Były tam między innymi zdjęcia i koordynaty infrastruktury krytycznej znajdującej się w dyspozycji Wojska Polskiego – przekazał Jacek Dobrzyński. – Podejrzany prowadził też konwersację z rosyjskojęzycznym użytkownikiem w celu realizacji dalszych zaawansowanych działań dywersyjnych, wymierzonych w bezpieczeństwo Polski i Ukrainy.
Także premier Donald Tusk informował 21 października 2025 roku o zatrzymaniu ośmiu osób podejrzewanych o przygotowywanie akcji dywersyjnych. Ale to tylko kilka przykładów z wielu.
– W ostatnich miesiącach funkcjonariusze Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego zatrzymali łącznie 55 osób działających na szkodę Polski na zlecenie rosyjskiego wywiadu – przekazał podczas konferencji 21 października 2025 roku rzecznik – Jacek Dobrzyński.
Powyższe przykłady potwierdzają dobitnie, że w ostatnich kilkunastu miesiącach obserwujemy wyraźną intensyfikację działań dywersyjnych wymierzonych w infrastrukturę krytyczną Polski – z jednej strony w postaci planowania fizycznych aktów sabotażu, z drugiej w formie szeroko zakrojonego wywiadu i monitoringu obiektów strategicznych.
Działania te wpisują się w długofalową strategię presji i destabilizacji, której celem jest „podkopanie” pewności funkcjonowania państwa i sojuszniczych struktur oraz sianie niepewności, obaw i strachu w społeczeństwie. Musimy więc jak najszybciej zbudować odporność społeczną, uzupełnić wiedzę i poznać procedury reagowania na zagrożenia, bo jedno jest pewne – tego typu wrogie działania nie ustaną. Będą się one nasilać i towarzyszyć nam przez długie miesiące i lata.
Dla zarządców, dyrektorów i managerów obiektów infrastruktury krytycznej, inrastruktury wrażliwej, obiektów użyteczności publicznej czy oświatowych, istotne jest, by mieć świadomość, że zagrożenie – nawet jeżeli nie przyjmuje dziś jeszcze otwartej, militarnej formy – może przejawiać się także w postaci celowego sabotażu, monitoringu, penetracji i ekstremalnie precyzyjnie planowanych działań wywiadowczych. Przygotowanie i reagowanie na takie scenariusze wymaga koordynacji z instytucjami państwowymi, szybkiego wykrywania anomalii oraz integracji procedur zarządzania bezpieczeństwem fizycznym i informacyjnym.
Zobacz też: Bezpieczeństwo infrastruktury wrażliwej – procedury to za mało, ważna jest zmiana mentalności
Nowa rzeczywistość (nie)bezpieczeństwa
Ataki dronów na Polskę i inne kraje Unii Europejskiej i NATO to także przykład chaosu, jaki Rosja może wywołać nawet w krajach, z którymi teoretycznie pozostaje w stanie pokoju.
Rosyjskie cyberataki, aktywacja zasobów ludzkich w celu sabotażu fizycznego, zakłócanie sygnału GPS i innych systemów nawigacyjnych, w tym samolotów, ataki na podmorską infrastrukturę komunikacyjną i energetyczną oraz inne akty sabotażu – na takie zagrożenia ze strony Rosji wskazał Instytut Sztokholmski już podczas debaty w 2020 roku, ale wtedy nikt nie potraktował tych ostrzeżeń poważnie. Do rosyjskiej agresji na Ukrainę były jeszcze 2 lata i Europa wciąż wierzyła, że handlujący z nią Rosjanie nie stanowią zagrożenia. Teraz doszły do tego drony i inne środki powietrzne oraz dezinformacja i presja polityczna w znacznie silniejszym wydaniu.
Mimo, że od ataku rosyjskich dronów na polską przestrzeń powietrzną minęły już dwa miesiące, wiele jeszcze pozostało do zrobienia. Ważne, że wiemy, co trzeba robić i niezbędne decyzje w tym zakresie zaczynają wreszcie zapadają. Zarówno w Polsce, jak w krajach naszych zachodnich i północnych sojuszników.
To wszystko potwierdza tezę, że niebezpieczeństwo wynikające z pierwszego w historii ataku dronów na państwa NATO zostało dostrzeżone przez naszych sojuszników, a ujawnione problemy stały się punktem zwrotnym nie tylko dla polskiej polityki obronnej, lecz także dla wspólnoty europejskiej, która wzmacnia szybko swoje zdolności reagowania na zagrożenia hybrydowe. Koniecznie należy jednak zadbać o to, żeby chwile uspokojenia i wyciszenia ataków nie usypiały naszej czujności i determinacji w przygotowaniach do obrony na różnych polach i w różnych domenach.


















