Gry wojenne – analiza zysków i strat z prowadzonych współcześnie wojen

fot. pixabay_soldier-2667656
W artykule "Gry wojenne – teoria strategii i prognozowania" – wychodząc od prostej, obecnej w każdym podręczniku do teorii gier, gry w jastrzębia i gołębia – wyprowadziłem dwuwymiarową grę o sumie zerowej, zwaną macierzą Hammersteina. W niniejszej analizie przejdę od teorii do praktyki i w oparciu o wspomniany model opiszę największe obecnie konflikty zbrojne. Te, które już się toczą i te, których wybuch w najbliższej przyszłości jest bardzo prawdopodobny. Wskażę przesłanki, które przyświecały ich wybuchowi, a także możliwe rachunki zysków i strat, do których mogą one doprowadzić.

Poziomy wymiar macierzy Hammersteina, parametr oznaczony jako S, jest stosunkiem strat W, jakie podczas wojny można ponieść, do zysków V, jakie na wojnie można zdobyć.  Wymiarem pionowym jest zaś prawdopodobieństwo wygrania tego konfliktu X. Przy czym, o ile X z oczywistych matematycznych względów nie może przekroczyć 100%, o tyle wysokość S jest niczym nieograniczona, bo potencjalne straty wojenne W mogą rosnąć teoretycznie nawet do nieskończoności.

Żeby jednak łatwiej zrozumieć poruszaną poniżej tematykę oraz założenia związane z macierzą Hammersteina warto zapoznać się najpierw z artykułem stanowiącym podwaliny teoretyczne do niniejszej analizy Gry wojenne – teoria strategii i prognozowania. Jego lektura pozwoli na pewno na łatwiejsze przyswojenie prezentowanych poniżej rozważań.

Wykres 1. Macierz Hammersteina – strefy

Wykres 1. Macierz Hammersteina – strefy

 

Każdemu sporowi o sumie zerowej, o jakieś dobro o stałej, niemożliwej do powiększenia wartości, na przykład o terytorium lub prestiż, można przypisać na macierzy Hammersteina odpowiednie współrzędne (S i X). W każdym takim punkcie istnieją też tak zwane strategie ewolucyjnie stabilne, czyli takie, które swoim użytkownikom długofalowo dają najwyższe wypłaty. Cały obszar macierzy Hammersteina, zwany też mapą albo krajobrazem Hammersteina, można z grubsza podzielić na obszary pokojowe, gdzie stabilne strategie pozwalają rozwiązywać spory bez wojny, oraz obszary agresywne, gdzie wybuch przemocy jest bardzo prawdopodobny, o ile wręcz nie matematycznie pewny.

W szczególności, najbardziej pod tym względem niebezpieczne są obszary nazwane Ziemią Agresorów, obejmujące przestrzeń fazową o wysokim X lub niskim S, oraz Grzbiet Pragmatyzmu rozciągający się od punktu (S=3 i X=0,5) w kierunku na naszej mapie północno-wschodnim. Ów Grzbiet jest tym bardziej perfidny, że sąsiaduje ze wszystkich stron z obszarami pokojowymi, tak zwaną Mściwą Zatoką na zachodzie, oraz Morzem Legalizmu na wschodzie. W okolicach Grzbietu Pragmatyzmu, konflikty zbrojne mogą więc wybuchać w sposób kompletnie niespodziewany.

O tym, co konkretnie powyższe nazwy oznaczają, a także jakie dokładnie strategie są w poszczególnych obszarach krajobrazu Hammersteina optymalne, można przeczytać w pierwszym artykule zatytułowanym Gry wojenne – teoria strategii i prognozowania. Wiedza ta jest zresztą niezbędna do zrozumienia dalszej części prezentowanego wywodu, w którym przejdziemy od teorii do praktyki i w oparciu o wspomniany model opiszemy współczesne konflikty zbrojne. Zarówno te, które już się toczą, jak i te, których wybuch w najbliższej przyszłości jest bardzo prawdopodobny.

Wykres 2. Krajobraz Hammersteina

Wykres 2. Krajobraz Hammersteina

 

Ponieważ obecnie większość krajów na świecie, poza Afryką, znajduje się w strefie legalistycznej, oczekiwalibyśmy, że konflikty międzypaństwowe, jeżeli nawet nie zanikną zupełnie, to przynajmniej coraz rzadziej będą przyjmować formę „gorącą”, a będą rozwiązywane w drodze legalistycznej – przez dociekanie, która ze stron ma większe prawa do zasobu będącego przedmiotem sporu. Ogólnie, statystycznie – jak dowiódł Steven Pinker w książce „Zmierzch przemocy. Lepsza strona naszej natury” – tak właśnie jest. Istnieją jednak wyjątki.

W dzisiejszym świecie mamy dwa obszary, na których toczą się działania zbrojne na szeroką skalę i trzeci, gdzie wybuch takiego konfliktu jest uważany za bardzo prawdopodobny. Zaczniemy od tego najbliższego Polsce.

Wojna w Ukrainie

We wszystkich możliwych zestawieniach ekonomicznych Rosja i Ukraina przez dekady były krajami bliźniaczymi. Długo ścigały się ze sobą o miano najbardziej skorumpowanego kraju w Europie. Miały jednakowo niskie składniki wskaźnika Index of economic freedom, o którym opowiemy w dalszej części, i były tak samo biedne.

Można by więc oczekiwać, że – będąc na takim samym poziomie cywilizacyjnym – w sporach terytorialnych, najbardziej typowych przypadkach gry o sumie zerowej, będą te kraje stosować takie same strategie.

Od 1991 roku Ukraina toczyła dwa takie spory.

Pierwszy z nich z Rumunią, o słynną obecnie Wyspę Węży i otaczające ją wody terytorialne. Strony oddały w końcu sprawę pod osąd Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości w Hadze, który samą wyspę i 1/5 spornych wód przyznał Ukrainie, a 4/5 Rumunii. Wyrok został obustronnie zaakceptowany, Nie ulega chyba wątpliwości, że oba przedmiotowe kraje w sporze tym zastosowały strategie legalistyczne.

Inaczej było jednak w drugim ukraińskim sporze. Z Rosją właśnie.

Rosja ma zresztą roszczenia terytorialne nie tylko wobec Ukrainy. O różne tereny spiera się ona z co najmniej kilkunastoma krajami – od Japonii, po Łotwę. Czasami roszczenia Moskwy obejmują wręcz w ogóle całość terytorium danego kraju.

Kreml nie ogranicza się bynajmniej do samej werbalizacji tych roszczeń, ale aktywnie usiłuje je wyegzekwować. Ofiarami rosyjskiej agresji padły już Mołdawia i Gruzja, a później Ukraina. Początkowo, niezbyt zresztą udolnie, rosyjskie zabory były maskowane pozorami „ruchów separatystycznych”, które same z siebie, miały tworzyć przeróżne „republiki ludowe”, które później Moskwa, wyłącznie z szacunku dla woli i dążeń miejscowych obywateli, wspierała w różny sposób, także zbrojnie, jak w Gruzji w 2008 roku. Dla postronnego obserwatora miało to wyglądać jak konflikt dwóch racji legalistycznych – prawa państw do swojego terytorium i prawa mieszkańców do samostanowienia, wymyślonego na przyszłe utrapienie świata podczas kończącej I wojnę światową konferencji w Wersalu. Mało kto jednak się na tę mistyfikację nabierał, zwłaszcza że inspirując i kreując ruchy separatystyczne u sąsiadów, owe „samostanowienie”, na swoim terytorium Rosja zawsze brutalnie zwalczała.

Ostatnie pozory porzucił Kreml w 2014 roku, gdy na terenie Ukrainy nie tylko utworzył w Donbasie kolejne „niezależne” republiki, ale, także ukraiński Krym, siłą wcielił do Rosji. Warto zauważyć, że aneksję półwyspu uznaje do dzisiaj zaledwie kilku sojuszników Rosji, tych najbardziej zacofanych i prymitywnych, jak Kuba czy Korea Północna. Ale już na przykład Białoruś nie.

Wreszcie w roku 2022 Moskwa postanowiła zająć zbrojnie resztę Ukrainy, tym razem nie siląc się już nawet na wymyślanie choćby w przybliżeniu wiarygodnie brzmiących pretekstów legalistycznych. Nie ulega zatem wątpliwości, że – inaczej niż Ukraina i Rumunia – Rosja nie stosuje w swojej polityce strategii legalistycznych. Nie znajduje się też Rosja w Mściwej Zatoce, bo atakuje swoich sąsiadów bez żadnych prowokacji z ich strony. Nie jest to też Ziemia Agresorów, bo Rosja jednak czasem z napaści rezygnuje.

Kreml gra – co jest zresztą ewidentnie widoczne dla każdego, kto choćby z grubsza zapoznał się z moskiewską propagandą – strategiami pragmatycznymi. Nie uznaje siły prawa, ale prawo siły. Władze Rosji mentalnie tkwią zatem na Grzbiecie Pragmatyzmu, w pierwszej połowie XX wieku. Niezłomnie przekonane o swojej rzekomej sile i potędze, usiłują nią zastraszać inne kraje. Wycofują się jedynie wtedy, kiedy w grę wchodzi inna, uznana przez nie za co najmniej równorzędną, siła – USA lub Chiny. Dlatego też Rosja napadła na Gruzję i Ukrainę, ale nie napadła na Estonię czy Łotwę, członków NATO, czyli dla Moskwy krajów chronionych przez USA.

Ukraina, jak już wyżej wspomniano, w odpowiedzi na roszczenia rosyjskie nie ustąpiła, co – jako strona bez wątpienia słabsza – zgodnie z pragmatyczną logiką, powinna była uczynić. Zastosowała natomiast taktykę legalistyczną i w obronie swoich słusznych praw stanęła do walki. I od razu wszystkie błędy rosyjskiej strategii stały się oczywiste.

Strategie pragmatyczne i ich podatność na błędy

Strategie pragmatyczne były ewolucyjnie stabilne prawie stulecie temu, ale nawet wtedy nie dawały swoim użytkownikom dużych korzyści. Ze wszystkich możliwych, są bowiem owe strategie najbardziej podatne na błędy. Aby je skutecznie stosować należy mieć dokładne dane o sile własnej i przeciwnika. Te dane są bardzo trudne do uzyskania. Nie tylko obiektywnie, ale także przez fakt, że pragmatycy usiłują się zawsze przedstawić jako silniejsi niż są naprawdę.

W 1939 roku II Rzeczpospolita Polska próbowała powstrzymać niemiecką III Rzeszę przed agresją pragmatycznie nadymając się niczym ryba najeżka, opiewając w propagandzie swoją siłę, zwartość i gotowość oraz potęgę swoich zachodnich sojuszników. W rezultacie Niemcy, zdając sobie sprawę z istnienia tego zjawiska, skorygowali w swoich kalkulacjach polskie siły „w dół” o przesadnie duży współczynnik, i faktycznie Polski nie docenili. W końcu zwyciężyli, ale trwało to dłużej i kosztowało ich znacznie więcej, niż zakładał pierwotny „Fall Weiss”, czyli „Wariant Biały” strategicznego planu niemieckiego ataku na Polskę w 1939 roku, który zakładał błyskawiczną wojnę, bez wcześniejszego jej wypowiedzenia.

W 2022 roku efekt ten był znacznie potężniejszy, ponieważ Ukraina nie była pragmatyczna i nie usiłowała nikogo epatować swoją rzekomą siłą. W rezultacie Rosja dramatycznie nie doszacowała sił przeciwnika. Co więcej, nie skorygowała również własnej pragmatycznej, „mocarstwowej” propagandy, według której armia rosyjska miała być drugą na świecie. Okazało się, że realnie Ukraina jest dużo silniejsza – również dzięki pomocy państw zachodnich, co było zmienną nieuwzględnioną zapewne przez Rosję – a Rosja, przeciwnie, słabsza, niż to na Kremlu zakładano.

Jednak ten błąd, nazwijmy go X-błędem, który zresztą popełniły również mocarstwa w 1914 roku, to i tak w sumie niewiele warty drobiazg w porównaniu z błędem znacznie poważniejszym – S-błędem, czyli źle dobranej samej strategii, błędnego oszacowania nie tylko parametru X, ale i S.

Ledwie padły pierwsze salwy tej wojny, z Rosji gremialnie uciekł kapitał, a jej rankingi finansowe spadły poniżej zera. Stało się to jeszcze zanim nałożono na Moskwę jakiekolwiek sankcje. Same te sankcje można oczywiście w różny sposób obchodzić, co Moskwa usilnie próbuje robić, ale to generuje dla kraju dodatkowe koszty. Rentowność rosyjskich obligacji 10-letnich dochodzi już do poziomu 17%, takiego, jaki cechuje kraje afrykańskie. Dolar kosztuje obecnie grubo ponad 100 rubli, podczas gdy przed wojną kosztował 70 rubli, przed pierwszą inwazją w 2014 roku 30 rubli, a przed najazdem na Gruzję w 2008 roku tylko 23 ruble. Obecnie wszystkie kluczowe dane gospodarcze w Rosji są utajnione, czego by przecież nie było, gdyby były one dla Rosji korzystne.

Z Rosji wycieka zresztą nie tylko kapitał, ale i coś znacznie od kapitału w gospodarce postindustrialnej cenniejszego. Ludzie. Nie tylko ci, którzy setkami tysięcy zasłali swoimi ciałami ukraińskie pola bitew, choć i tych już bardzo zaczyna brakować, ale przede wszystkim wysoko wykwalifikowani, obeznani z nowoczesną gospodarką, znający języki, specjaliści, którzy gremialnie z Rosji uciekli.

Oba te zjawiska praktycznie przekreślają całkowicie jakiekolwiek perspektywy przyszłego rozwoju gospodarczego w Rosji na pokolenia. Niezależnie od ściśle militarnego wyniku toczącej się wojny, Rosja całkowicie przegrała szansę na pozostanie w grupie krajów przynajmniej rozwijających się i już stoczyła się do poziomu Kuby, Wenezueli czy Korei Północnej. W perspektywie majaczy też bardzo możliwy los Somalii.

Skutki zastosowania przez Rosję strategii pragmatycznej w Ukrainie

Koszt W tej wojny jest więc dla Rosji zabójczy i realnie zagraża samemu jej istnieniu jako całości politycznej i geograficznej. A jakie są korzyści V? Kilkadziesiąt doszczętnie zrujnowanych i zniszczonych miast i miasteczek, z których uciekli wszyscy mający głowę na karku i dwie ręce, choćby i lewe? Zrównane z ziemią, zresztą zacofane technologicznie i odcięte od ewentualnych rynków zbytu huty Donbasu? Może złoża pierwiastków ziem rzadkich, których los nie jest jednak przesądzony patrząc na układy Ukrainy ze Stanami Zjednoczonymi i wypracowywane porozumienie w tej sprawie?

Zauważyć należy, że stan Ukrainy, mimo że jest ona stroną słabszą, nie jest nawet w przybliżeniu tak tragiczny, jak Rosji. Przestała ona w końcu być nawet jednym z dwóch najbardziej skorumpowanych krajów w Europie, spadając w tym niechlubnym rankingu na piąte miejsce.

Patrząc na ten bilans, nie można mieć najmniejszych wątpliwości, że Rosja, podobnie jak Ukraina, wobec bardzo wysokiego współczynnika S powinna była zastosować strategie legalistyczne. Dlaczego tego nie zrobiła? Dlaczego jej elity władzy – inaczej niż właściwie tak samo skorumpowane i nieudolne elity ukraińskie – podjęły tak tragicznie nietrafioną decyzję?

Wynikło to z tego, że, oprócz licznych podobieństw, pomiędzy Rosją a Ukrainą istniały też pewne różnice. Rosja jest krajem surowcowym. Ukraina, przemysłowym.

Przemysł ukraiński był prymitywny i zacofany. Dostarczał na światowe rynki towary raczej niskoprzetworzone, jak gwoździe, łopaty i stal zbrojeniową, ale i tak wymagał do swojego funkcjonowania pracowników, jako tako przynajmniej, wykwalifikowanych. Zatem państwo ukraińskie, chociaż nieudolne i skorumpowane, musiało jednak jakoś o nich dbać i zapewniać pewien minimalny poziom usług publicznych, takich jak utwardzone drogi, oświetlenie uliczne, czy wywóz śmieci. Elity ukraińskie nauczyły się w jakimś stopniu doceniać znaczenie zarówno wykwalifikowanych, przynajmniej lepiej niż wcale, pracowników, jak i kapitału niezbędnego do funkcjonowania ich przemysłu.

Natomiast rosyjski kompleks surowcowy, z którego żyją tamtejsze elity, wymaga bardzo niewielu pracowników do swojej obsługi, a tych nielicznych fachowców, których jednak potrzebuje, bez trudu może zwerbować na rynkach światowych. Zdecydowana większość obywateli nie jest zatem rządzącym do niczego potrzebna i konsekwentnie nie inwestuje się w nich praktycznie wcale.

Gospodarka surowcowa to także gospodarka oparta na – jak to się w ekonomii klasyfikuje – „ziemi” jako głównym środku produkcji. Jest to więc strukturalnie gospodarka właściwie preindustrialna, maltuzjańska. Nie uważając więc kapitału i „pracy” za szczególnie istotne, nie widzi też Kreml w ich ucieczce żadnego problemu.  Inaczej też niż rządy krajów bardziej cywilizowanych, patrzy na łupy zdobyte na wojnie.

Rosyjska propaganda wojenna głoszona wszędzie na świecie, w tym w Polsce, powtarzana także bezmyślnie w dobrej wierze nawet przez publicystów, których nikt o świadomą sympatię do Kremla by nie podejrzewał, nie zawsze wychwala Rosję wprost i czasami bardzo dogłębnie się maskuje. Zawsze jednak można ją rozpoznać, niczym diabła po zapachu siarki, po jednej kluczowej cesze. Omawiając wojnę ukraińską, czasami nawet w sposób dla Rosji bardzo krytyczny, nigdy nie omieszka zaznaczyć, jakie to złoża surowców, węgla, soli, litu, czy innej rudy, akurat wojska rosyjskie zdobyły. Jaką – nieważne, że nieczynną od wielu lat – kopalnię czegoś przejęły i jak fatalna jest to strata dla Ukrainy, która po tym ciosie już się nie ma szans podnieść.

Z tej perspektywy, każdy zdobyty przez Rosję kilometr kwadratowy ukraińskiego terytorium, nawet kompletnie spustoszony i bezludny – a jeżeli występują tam jakiekolwiek surowce, choćby glinka ceramiczna – wart jest więcej niż wszystkie poniesione na jego przejęcie straty ludzkie i materialne. Straty ludzkie zresztą zawsze w Rosji były lekceważone, a w cywilizacji preindustrialnej, w kategoriach której Moskwa widzi rzeczywistość, w ogóle nie były specjalnie dotkliwe. Rosyjskie władze hołdowały tu zawsze frazie wygłoszonej podobno przez Napoleona przy okazji którejś z trudnych bitew, że „jedna noc paryska to wyrówna”, co miało znaczyć, że wszelkie trudy wojny, poświęcenia i cierpienia, jakich doświadczali jego żołnierze, mogą zostać zrekompensowane jedną nocą rozkoszy, radości i życia towarzyskiego w Paryżu – mieście uważanym za stolicę kultury, luksusu i przyjemności.

Jednak, pomimo że gospodarka rosyjska pozostaje preindustrialna, to społeczeństwo jest już jednak postindustrialne i o żadnym takim „wyrównywaniu” mowy nie ma. Każdy poległy, choćby tylko z wykształceniem niepełnym podstawowym, to wymierna i trwała strata dla narodu, państwa i jego gospodarki. Każdy utracony wskutek emigracji specjalista tym bardziej.

Tak więc z punktu widzenia Rosji, jako kraju i jego mieszkańców, ta wojna jest wojną wysokiego S i sprowadziła na kraj kompletną katastrofę, to jednak z punktu widzenia rządzących Rosją elit, jest to wojna niskiego S, która przynosi wartościowe zdobycze przy umiarkowanych i akceptowalnych kosztach. Interesy kraju i jego władzy są zatem w Rosji, odwrotnie niż na Ukrainie, wzajemnie sprzeczne. Jest to też powód, dla którego Ukraina, mimo że zacofana i skorumpowana, jest krajem demokratycznym, w którym rządziło już wielu prezydentów, w przeciwieństwie do panującej w Rosji bezwzględnej dyktatury.

Chociaż Kreml teoretycznie mógłby zdobyć się na refleksję i przyznać do X-błędu, to na pewno nigdy nie dopuści do siebie świadomości wystąpienia – znacznie w swoich konsekwencjach poważniejszego – S-błędu. Dlatego wojna na Ukrainie trwa i trwać będzie, aż do kompletnego wyczerpania i rozpadu jednej ze stron. Stroną tą nie będzie, pozornie słabsza, ale grająca znacznie lepszymi strategiami, Ukraina, chyba że pojawią się nowe nieprzewidziane zmienne, którymi mogą być na przykład wsparcie ekonomiczne lub polityczne dla Rosji mogące się teoretycznie pojawić, i to – patrząc na obecną sytuację geopolityczną na świecie – z całkiem nieoczywistej strony, na przykład Stanów Zjednoczonych.

Wojna na Bliskim Wschodzie

Wojny na świecie nie toczą się dzisiaj jednak wyłącznie na rosyjskim pograniczu. Drugim zapalnym miejsce na ziemskim globie jest Bliski Wschód. O ile w poprzednim przypadku prymitywna, zacofana Rosja wojuje z niewiele mniej prymitywnymi i zacofanymi krajami, o tyle sytuacja na Bliskim Wschodzie jest całkowicie odmienna. Mamy tu do czynienia z krajem wysokorozwiniętym i cywilizowanym – Izraelem, oraz otaczającymi go krajami muzułmańskimi, w porównaniu z nim, skrajnie zacofanymi i prymitywnymi, ale za to dużo większymi i ludniejszymi (zob. więcej na ten temat w artykule Armie Bliskiego Wschodu – rzeczywisty potencjał militarny poszczególnych armii region.

W tym miejscu potrzebna jest jednak dygresja, czym mianowicie ów, często przywoływany, poziom cywilizacyjny jest i jak się go mierzy.

Coruption Perception Index (CPI)

W sensie, w jakim to wyrażenie jest przywoływane, cywilizacja jest zdolnością danego społeczeństwa do trwałego i permanentnego wzrostu dobrobytu, mierzonego najczęściej przez wskaźnik PKB per capita. Wzrostu opartego na innych czynnikach niż tylko prosta, rabunkowa eksploatacja nieodnawialnych zasobów mineralnych, jak w Rosji. Zdolność do wytwarzania takiego bogactwa, od kiedy rozpoczęła się rewolucja przemysłowa, zależy od jakości prawa, instytucji i ogólnie rządów w danym kraju, czyli od jakości dostarczanych przez owe instytucje – w skrócie, rząd – tzw. usług publicznych. Od bezpieczeństwa poczynając, na szkolnictwie kończąc.

Czasami różnice cywilizacyjne w jakości usług publicznych są widoczne gołym okiem. Ktokolwiek miał okazję oglądać na własne oczy Rosję i Szwajcarię, bez żadnych wątpliwości stwierdzi, który z tych krajów jest cywilizowany, a który nie. Świadczy o tym na przykład jakość dróg, wygląd toalet publicznych i ogólnie stan higieniczny, czy poziom bezpieczeństwa publicznego. Nie zawsze jednak, zwłaszcza kiedy ta różnica jest mniejsza niż między Rosją a Szwajcarią, widać to na pierwszy rzut oka. W takim przypadku potrzebujemy bardziej precyzyjnego wskaźnika ilościowego.

Najprostszy taki wskaźnik to poziom korupcji – Coruption Perception Index (CPI). Klasyfikacje krajów rejonu według wielkości tego wskaźnika przedstawia wykres 3

Kraje, które są mniej skorumpowane od najbardziej skorumpowanego kraju UE – Węgier (42 pkt), od Bahrajnu w górę, można uznać za z grubsza cywilizowane. Poniżej 40 pkt zaczynają się kraje zdecydowanie niecywilizowane. W państwach tak skorumpowanych instytucje w ogóle już nie wspomagają rozwoju gospodarczego, a jedynie pasożytują na ludności.

Wykres 3. Kraje Bliskiego Wschodu – Coruption Perception Index

Wykres 3. Kraje Bliskiego Wschodu – Coruption Perception Index

 

Index of Economic Freedom (IEF)

Do celów analizy samego potencjału militarnego indeks CPI w zupełności wystarcza, ale do oceny całego państwa i jego gospodarki jest jednak zbyt prosty. Wskaźnikiem bardziej precyzyjnym i złożonym jest z kolei tak zwany Index of Economic Freedom (IEF), który, wbrew swojej nazwie, odzwierciedla właśnie jakość rządów, prawa i instytucji w danym kraju, bardziej niż wolność gospodarczą, chociaż oczywiście wolność gospodarcza wynika z jakości prawa i stanu instytucji zarządzających państwem.

Wskaźnik IEF składa się z dwunastu części składowych, jednak trzy z nich nie mają – jak wykazuje nieco subtelniejsza analiza – wpływu na wzrost gospodarczy, czyli – zgodnie z naszą definicją – na poziom cywilizacyjny. Zostaje zatem 9 parametrów, dających w sumie zredukowany wskaźnik IEF 9D. Oprócz korupcji, parametry te mierzą też między innymi jakość sądownictwa, ochronę własności prywatnej, wolność handlu, łatwość otwierania i zamykania biznesu, płynność kursów walutowych. Na wykresie 4 pokazano te dziewięć składników dla Izraela i jego muzułmańskiego otoczenia.

Wykres 4. Dziewięć parametrów Index of Economic Freedom dla Bliskiego Wschodu

Wykres 4. Dziewięć parametrów Index of Economic Freedom dla Bliskiego Wschodu

 

Jak widać na wykresie 4, Izrael góruje nad swoim muzułmańskim sąsiedztwem w zdecydowanej większości parametrów, ale w trzech kategoriach różnica ta jest szczególnie wyraźna – właśnie cywilizacyjna. To „Judical effectivness”, „Goverment Integrity” oraz „Property Rights”, czyli odpowiednio sprawność sądownictwa, poziom korupcji – odpowiednik CPI – oraz ochrona praw własności. Jedynym krajem muzułmańskim, który może być – choćby tylko w przybliżeniu, i tylko w niektórych kategoriach – porównywany pod tym względem z Izraelem, są Zjednoczone Emiraty Arabskie.

Dalej, na tle średniego poziomu islamskiego, wyróżniają się jeszcze na plus Jordania i Arabia Saudyjska. Reszta bliższych i dalszych muzułmańskich sąsiadów Izraela to kraje znacznie bardziej zacofane, a także zwykle na wskroś skorumpowane. Dotyczy to nawet Turcji, która kiedyś była w miarę cywilizowana, ale było to jeszcze w XX wieku. Jej upadek jest bardzo przygnębiający. Jeszcze w roku 2013 CPI Turcji wynosił 50 pkt – więcej niż w niektórych krajach Unii Europejskiej. Dzisiaj to 34 pkt. W Europie tylko Rosja jest jeszcze bardziej skorumpowana.  W przypadku IEF jest jeszcze gorzej. Składnik „Property right” w roku 2000 wynosił w Turcji 70 pkt. Dzisiaj już tylko 40,6 pkt. Z innymi wskaźnikami w Turcji jest podobnie. „Judical effectivness” to całkowita tragedia. 24,4 pkt. Angola z Afryki ma lepszy wynik.

Listę krajów bliskowschodnich według poziomu IEF 9D (skala od 0 do 100 pkt) przedstawia wykres 5. Dla porównania Polska – 68,1 pkt, najgorszy kraj UE Bułgaria – 64,6 pkt. Granicą przyzwoitości jest mniej więcej 55 pkt. Irak i Syria nie są nawet w ogóle klasyfikowane.

Wykres 5. Kraje Bliskiego Wschodu według Index of Economic Freedom

Wykres 5. Kraje Bliskiego Wschodu według Index of Economic Freedom

 

Oczywiście to, że Izrael jest najbardziej cywilizowanym i najmniej skorumpowanym krajem w regionie, nie oznacza, że w ogóle korupcji w nim nie ma. W szczególności premier tego kraju jest obecnie przez swoich politycznych oponentów oskarżany o korupcję, nie wiadomo jednak na ile te zarzuty są uzasadnione. Jednak, jeżeli Izraelczycy dojdą do przekonania, że ich premier źle sprawuje swoją funkcje, to natychmiast go wymienią na kogoś innego, a jego samego, o ile jest winny, niezawisły sąd (Judical effectivness = 84,4 pkt) wsadzi do więzienia. Analogiczny proces nie mógłby się odbyć w żadnym z sąsiednich krajów muzułmańskich. Premier Izraela może więc nawet być skorumpowany, ale Izrael, jak widać po powyższych wskaźnikach, skorumpowany nie jest, a przecież dłużej klasztora niż przeora.

Strategie stosowane na Bliskim Wschodzie

Wiemy już, że im bardziej cywilizowany jest dany kraj, im wyższe ma współczynniki CPI, czy IEF, tym więcej ma do stracenia w przypadku konfliktu zbrojnego i znajduje się tym bardziej „na prawo” w krajobrazie Hammersteina, czyli tym wyższy ma współczynnik stosunku strat do zysków w ewentualnej wojnie i tym bardziej pokojowe strategie w grach o sumie zerowej, czyli także w sporach terytorialnych, powinien prowadzić. Na pozór jednak Izrael do tego wzorca nie pasuje. Wojny toczy znacznie częściej i intensywniej, niżby to z jego poziomu S wynikało. Jednak właśnie to tylko pozór. Wystarczy zobaczyć, z kim mianowicie Izrael te wojny prowadzi.

Przez pierwsze trzydzieści lat istnienia państwa Izrael odpierał inwazje potężnych, przynajmniej na mapie, koalicji sąsiednich państw arabskich, których oficjalnym celem wojennym było „zmiecenie syjonistycznego tworu do morza” i eksterminacja wszystkich jego mieszkańców. W skład tych koalicji wchodziły kraje wielkie i ludne, ale i prymitywne, zacofane i skorumpowane, zatem także ich siła militarna nie była tak duża, jak to się na podstawie zestawiania liczby żołnierzy, czołgów czy samolotów, mogło wydawać. Panujący tam dyktatorzy, tak samo jak obecny władca Kremla, popełniali zatem ten sam X-błąd. W połączeniu z niskim, typowym dla krajów prymitywnych, współczynnikiem S, to przekonanie o rzekomo niezwykle wysokim poziomie X sprawiało, że na macierzy Hammersteina lądowali na Ziemi Agresorów. Tymczasem stosujący, typowe dla kraju rozwiniętego, cywilizowanego, praworządnego i wolnorynkowego, strategie legalistyczne, Izrael, mimo pozornie olbrzymiej dysproporcji sił na swoją niekorzyść, odnosił nad nimi efektowne zwycięstwa.

Gdzieś w połowie lat 70. XX wieku niektórzy islamscy dyktatorzy zaczęli stopniowo używać rozumu i dotarło do nich, że Izrael jest zwyczajnie za silny, żeby się go dało „zepchnąć do morza”.  Zmniejszyli rozmiar swojego X-błędu i przesunęli się na mapie Hammersteina na „południe”, lądując w Mściwej Zatoce. Zaczęli też nawiązywać z Izraelem porozumienia, nie to, że przyjacielskie, ale przynajmniej sąsiedzkie.

Dzisiaj stosunki państw muzułmańskich z Izraelem są tym lepsze, im wyższy poziom cywilizacyjny te kraje reprezentują. Z najbardziej cywilizowaną Jordanią, Izrael jest nawet w nieformalnym, ale faktycznie działającym, sojuszu. Mimo retorycznych fajerwerków i rytualnych, werbalnych pogróżek, rozwija się też współpraca Izraela z Arabią Saudyjską, czy Emiratami Arabskimi. Natomiast stosunki z Turcją, kiedyś zupełnie poprawne, popsuły się gwałtownie wraz z osuwaniem się państwa tureckiego w cywilizacyjne bagno.

Istnienie tej zależności statystycznej świadczy o tym, że od lat 70. XX wieku, przynajmniej niektóre kraje muzułmańskie, jak właśnie Jordania, ucywilizowały się na tyle, że coraz mniej na wojnie z Izraelem mogą zyskać, a coraz więcej – stracić. Przesunęły się na macierzy Hammersteina „w prawo” i weszły w strefę legalizmu. Te państwa, które nadal pozostają prymitywne, jak Egipt, zachowują pokój z Izraelem „po mścicielsku” – w rozsądnej obawie przed jego siłą. Do Egiptu – jak się wydaje – dołączyła po zakończeniu w tym kraju wojny domowej również Syria.

Izrael nie toczy już więc dzisiaj zasadniczo wojen z państwami, tylko z… gangsterami. Organizacjami, takimi jak Hamas, czy Hezbollah, zbyt pochlebnie nazywanych „terrorystycznymi”, a naprawdę będącymi zwykłymi, opartymi na wzajemnej lojalności wyznaniowej, mafiami, co do zasady nie różniącymi się od archetypicznych rozbójników Ali-Baby, czy pierwszych towarzyszy Mahometa trudniących się napadami na kupieckie karawany.

Oczywiście marna polityczna ranga tych wrogów nie powinna skłaniać do ich lekceważenia. Owe gangi są dość potężne, aby zbrojnie okupować całkiem spore terytoria strefy Gazy czy południowego Libanu, których słabe, nieudolne i skorumpowane władze krajów muzułmańskich nie są w stanie realnie kontrolować. Islamscy mafiozi mają też pokaźny potencjał militarny, który, choć nie może się w żaden sposób równać z wojskami Izraela, to z nawiązką wystarcza do siania terroru wśród ludności cywilnej, czasami izraelskiej, znacznie częściej „własnej”, muzułmańskiej.

Mamy tu zatem do czynienia z podobnym zjawiskiem, co w Rosji, czyli zupełnie innej wartości S, stosunku strat do zysków z konfliktu dla owych mafii, dla których jest ona bardzo niska. Dla mieszkających w ociekających złotem pałacach i mających miliardowe fortuny bossów tych organizacji, zniszczenia Gazy i śmierć jej mieszkańców nie zalicza się bowiem w żaden sposób do kosztów W. Zatem nawet niewielkie zyski V wystarczają, aby sprowadzić dla nich S w okolice zera i kontynuować z zapałem swoją zbrodniczą działalność.

Świadom tej zależności Izrael nie ogranicza się też do klasycznej wojny na dobrze zdefiniowanym polu walki, czego rezultatem są ogromne straty i zniszczenia dla ludności mającej pecha tam bytować, obiektywnie mniejsze – ale też bardzo dotkliwe starty – dla kraju wysokorozwiniętego – Izraela, oraz niestety stosunkowo najmniejsze dla islamsko-mafijnych bossów tego kryminalnego interesu.

W sposób niesłychanie pomysłowy strategia Izraela, znana jako „wybuchające pagery”, dobrała się jednak w końcu do tych, bezkarnych dotąd, kreatur. I nagle okazało się, że gdy zostali w ciągu godziny – prawie wszyscy! – skutecznie wyeliminowani, ich współczynnik S wystrzelił do góry w ekspresowym tempie. Pozbawiony literalnie wszystkich swoich głów wąż Hezbollahu poniósł spektakularną klęskę, południowy Liban został wyzwolony spod jego okupacji i władze w Bejrucie mogły odzyskać nad nim, przynajmniej jako-taką, kontrolę.

Niestety nie widać na horyzoncie jakiegokolwiek rządu arabskiego, który mógłby wziąć odpowiedzialność za strefę Gazy i Izrael będzie chyba musiał zrobić to sam, okupując ją, tak samo jak Zachodni Brzeg, dopóki takie władze się nie wyłonią i nie okrzepną przynajmniej na tyle, że nie dadzą się obalić jakiemuś kolejnemu Hamasowi.

Oczywiście owe islamistyczne gangi, chociaż nie są organizmami państwowymi, to jednak w całkowitej politycznej próżni nie działają. Korzystają ze wsparcia niektórych islamistycznych dyktatur, które ciągle jeszcze nie do końca zarzuciły program „zmiecenia” Izraela. Dyktatury te do niedawna formowały tak zwaną „oś oporu” (wobec Izraela), złożoną z jemeńskich rebeliantów, Huttich, Hamasu, Hezbollahu, Syrii, i przede wszystkim sponsorującego tę całą „oś” Iranu. Oś ta odebrała jednak właśnie serię ciężkich klęsk i właściwie się rozpadła. Izrael wyeliminował zarówno Hamas, jak i Hezbollah, a reżim syryjski został obalony w błyskawicznej, tygodniowej kampanii, przez zbrojną opozycję. Nowy reżim w Damaszku zadeklarował zaś swoje pokojowe intencje wobec wszystkich swoich – bez różnicy wyznania i języka – obywateli, oraz sąsiadów, także Izraela.

Pozostał jednak twórca, inspirator i sponsor całej tej osi – Iran. Jest to obecnie ostatni reżim muzułmański, który nadal oficjalnie deklaruje chęć „zmiecenia” Izraela. Jeżeli jednak przyjrzeć się bliżej owym deklaracjom, to okazują się one właśnie tylko pustym rytuałem. Iran jest za słaby militarnie, zbyt prymitywny i za bardzo geograficznie oddalony, żeby być dla Izraela realnym zagrożeniem. Może, bez zadania zresztą zauważalnych szkód, ostrzelać, co kilkakrotnie czynił, terytorium Izraela rakietami i nic więcej. Jednak nawet taki mało skuteczny ostrzał jest przecież aktem agresji strzelającego wobec ostrzelanego.

Strategia Iranu wobec Izraela nie jest zatem strategią legalistyczną, jak ta stosowana przez Jordanię, czy Arabię Saudyjską. Nie jest też strategią mścicielską, taką, jaką stosuje na przykład Egipt. Najbardziej pasuje tu strategia rodem z Grzbietu Pragmatyzmu, pragmatycznego chojraka – AP, albo po prostu chojraka AU. Iran jest wobec Izraela agresywny, ale tylko dopóki ten nie zademonstruje swojej przytłaczającej przewagi nad Iranem, jeżeli jest to strategia AP, lub po prostu równie agresywnie nie odpowie, jeżeli mamy do czynienia z AU.

Wnioskując tylko z obecnych wydarzeń nie da się w tej chwili rozstrzygnąć, z którym konkretnie przypadkiem mamy do czynienia. Obie te możliwości nie są jednak dla Iranu pochlebne. Nawet jeżeli założymy, że pod względem wartości S Iran znajduje się na grzbiecie pragmatyzmu, to stosowanie strategii pragmatycznych nawet wtedy jest, jak już wiemy, niesłychanie ryzykowne. Tym bardziej, jeżeli Iran, tak samo jak Rosja, na Grzbiecie Pragmatyzmu jednak się nie znajduje.

Jeszcze gorzej dla Iranu sprawa wygląda, jeżeli mamy do czynienia z chojrakiem AU. Ta strategia jest bowiem strategią przegrywającą w każdym punkcie macierzy Hammersteina. Jej używanie nie może świadczyć o niczym więcej niż o zwyczajnej głupocie warstwy rządzącej, co zresztą po obecnej międzynarodowej sytuacji i gospodarczym stanie Iranu widać. Zwłaszcza jeżeli się go porówna z równie muzułmańskim i równie zacofanym Egiptem, pozbawionym tak bogatych złóż surowcowych jak Iran, ale za to mającym znacznie mądrzejsze przywództwo.

Czy strategia legalistyczna Izraela może ulec zmianie?

Na koniec został nam Izrael. Jako kraj wysokorozwinięty i cywilizowany jest niejako skazany na strategie legalistyczne. Każda wojna jest dla niego wyłącznie kosztem, ale legalizm pozwala przynajmniej te koszty minimalizować. Tym bardziej dziwne wydaje się, że strategie Izraela, owszem, są legalistyczne, ale, tak jakby… nie do końca.

Izraelscy decydenci oczywiście doskonale zdają sobie sprawę, że chowanie się za plecami żywych tarcz muzułmańskich cywilów, maksymalizacja ofiar wśród nich, a następnie oskarżanie Izrael o ich zabijanie, jest stałą taktyką przeróżnych organizacji terrorystycznych.

Islamiści zawsze starają się, żeby liczba ofiar konfliktu wśród osób postronnych była jak najwyższa, a wojska izraelskie, przeciwnie. Nie sposób jednak nie odnieść wrażenia, że Izraelczycy nie starają się w tej materii wystarczająco, i o ile oczywiście – o co nieustannie oskarżają ich wszyscy światowi antysemici – nie zabijają cywilów celowo, to nie dbają o ich bezpieczeństwo tak, jak mogliby i powinni.

W Izraelu, także na szczeblu rządowym, głośne są też postulaty daleko posuniętych, a nie dających się uzasadnić legalistycznie, aneksji terytorialnych wobec sąsiadów, Syrii i Libanu, chociaż nie są one wysuwane oficjalnie.

Te pokusy pojawiają się w Jerozolimie dlatego, że Izrael jest w stosunku do krajów upadłych – jakimi są Syria i Liban, czy wręcz w ogóle realnie nieistniejących, jak Palestyna – zbyt silny. Jeżeli przyjrzymy się uważnie krajobrazowi Hammersteina dla wysokich S, to odkryjemy, że nie cały ten obszar zajmują legaliści. Na bardzo dalekiej północy, dla X bliskich jedności, nadal rozpościera się Ziemia Agresorów, i przy tak gigantycznej przewadze jak izraelska, jego położenie w tej przestrzeni fazowej niebezpiecznie się do tego obszaru zbliża.

Pokusy agresywne Izraela znikną jednak wtedy, gdy Liban, Syria i Gaza zdołają zbudować choćby minimalnie sprawne instytucje rządowe, takie jak choćby w Egipcie, a jeszcze lepiej takie jak w Jordanii. To pozwoli na obniżenie parametru X i oddalenie się od tej groźnej strefy.

Bliski Wschód – eskalacja czy deeskalacja konfliktu?

Sytuacja na Bliskim Wschodzie, wbrew powszechnie w mediach głoszonym opiniom, zmierza teraz raczej w stronę uspokojenia niż eskalacji. Nie musi tak być jednak w innym regionie świata na przeciwległym, w stosunku do Bliskiego Wschodu, krańcu Azji.

O możliwej inwazji Chin na Tajwan pisze się od wielu lat, chociaż wybuch tego konfliktu wydaje się jednak skrajnie mało prawdopodobny. Naturalnie nie ma takiej pewności nigdy, bo otwartą inwazję Rosji na Ukrainę też uważano za nieprawdopodobną, a jednak nastąpiła. Skoro jednak nastąpiła, to znacznie zmodyfikowała też strategie dalekowschodnie.

Nie jest bowiem wcale nieprawdopodobne, że ewentualna decyzja Chin o inwazji na Tajwan była jakoś skoordynowana z rosyjską inwazją na Ukrainę. Gdyby kremlowska trzydniowa operacja specjalna na Ukrainie odbyła się zgodnie z planem, to Chiny zapewne zaatakowałoby Tajwan. Jednak rosyjska klęska zmusiła Pekin do, co najmniej, odłożenia tych planów.

Zarówno Chińska Republika Ludowa, jak i Tajwan, z kulturowego punktu widzenia, są państwami chińskimi. Radykalnie różnią się jednak ustrojem społeczno-gospodarczym. Chińska Republika Ludowa jest krajem zacofanym, skorumpowanym i prymitywnym Najbardziej przypomina Rosję. Tajwan jest bardziej jak Izrael. Kraj wolnorynkowy, praworządny i cywilizowany. Naturalnie analogie te nie są doskonałe. Chiny, chociaż ustrojowo bardzo do Rosji zbliżone, są jednak nie krajem surowcowym, ale przemysłowym i to z przemysłem bardziej od ukraińskiego zaawansowanym technologicznie. Jednak, inaczej niż Ukraina, Chiny bynajmniej nie próbują się zmodernizować politycznie i, tak jak Rosja, pozostają brutalną dyktaturą. Ta rozbieżność pomiędzy ustrojem gospodarczym, a ustrojem politycznym, musi generować w chińskich strukturach władzy duże napięcia, które w sprzyjających okolicznościach wydostaną się na powierzchnię i oba te ustroje, w którąś stronę, zostaną zmodyfikowane.

Tajwan nie jest też przez Chińską Republikę Ludową traktowany tak samo jak Ukraina przez Rosję, czyli jako potencjalne źródło nowych surowców, które będzie można eksploatować, sprzedawać za granicę, a pieniądze lokować na szwajcarskich kontach. Tajwan jest bowiem od Ukrainy znacznie mniejszy i nie posiada żadnych zauważalnych złóż surowcowych. Tajwan, jest co prawda bardzo bogaty, ale to bogactwo nie ma fizycznej postaci surowców, ziem uprawnych, czy choćby sztab złota, tylko tkwi w głowach Tajwańczyków i w złożonych i zaawansowanych procesach technologicznych przez nich obsługiwanych. Ostatecznie można je siłowo zniszczyć, ale nie da się ich siłowo zawłaszczyć. Materialnie władze Chin na podboju Tajwanu na pewno nic nie zyskają. A koszty oczywiście poniosą.

Potencjalne zagrożenia konfliktem na Dalekim Wschodzie

Tajwan różni się jednak od Ukrainy także tym, że już jest krajem, którym Ukraina dopiero chciałaby być. I tak jak elity rosyjskie obawiają się fatalnego przykładu dla własnego społeczeństwa ze strony dążącej do zachodu Ukrainy, będącej w Unii Europejskiej i w NATO (co może nastąpić jednak dopiero w dalszej przyszłości), o tyle cywilizowany Tajwan jest bardzo złym przykładem dla władz Chińskiej Republiki Ludowej już teraz. Dopóki istniało wrażenie, że poziom rozwoju ekonomicznego i dobrobytu w Chinach, wcześniej czy później zrówna się z tajwańskim, nie stanowiło to jeszcze zagrożenia. Można było ukuć nawet przy okazji aneksji przez Chiny wolnorynkowego i praworządnego Hong Kongu hasło „jeden kraj, dwa systemy”. Jednak, gdy powoli staje się jasne, że Chiny coraz bardziej obsuwają się w pułapkę średniego rozwoju i pod względem poziomu życia nie tylko Tajwanu, ale także i na przykład Polski, nigdy nie dogonią, niezależny Tajwan staje się coraz groźniejszy. Zwłaszcza, że tamtejszy rząd, tak samo jak rząd Chińskiej Republiki Ludowej, uznaje się za legalny rząd chiński, co w momencie jakiegoś ostrego kryzysu w Chinach może mieć bardzo doniosłe, a skrajnie niekorzystne dla obecnie tam rządzących, konsekwencje polityczne. Właśnie w obawie przed nimi jeden kraj już nie może w Chinach obejmować dwóch systemów i autonomia Hong Kongu została brutalnie stłumiona, co na pewno Tajwańczyków do „zjednoczenia” nie zachęciło.

Ewentualny konflikt dalekowschodni nie będzie więc – tak jak ma to miejsce w Ukrainie i na Bliskim Wschodzie – konfliktem o ziemię, ale o prestiż, czyli o dobro o stałej podaży, zatem również będące stawką gry o sumie zerowej. Zyski ze „zjednoczenia Chin” i „przyłączenia zbuntowanej prowincji” miały być dla komunistycznych elit tak duże, że z nawiązką pokryłyby wszystkie koszty wojny. Z tego punktu widzenia współczynnik S był bardzo niski, niższy od jedności. A współczynnik X, nierównowagi sił wydawał się dostatecznie wysoki, aby znaleźć się na Ziemi Agresorów.

W opublikowanym w portalu SektorObronny.pl artykule na temat armii krajów dalekowschodnich, Armie Dalekiego Wschodu – rzeczywisty potencjał militarny krajów Azji Wschodniej i Pacyfiku wykazano jednak, że realnie do takiej wojny nie przygotowuje się żadna z potencjalnych jej stron, co powinno wskazywać, iż jej one nie planują. Niemniej jednak przygotowania Rosji do inwazji na Ukrainę – a docelowo nawet, na całą, będącą niegdyś w radzieckiej strefie wpływów, wschodnią Europę – chociaż były już w danych widoczne, to nie były też bynajmniej prowadzone z jakimś przesadnym rozmachem. Właściwie Rosja zaatakowała bez przygotowania. To samo mogły planować i Chiny. Nawet jednak, jeżeli taki scenariusz planowały, to wstrzymały się na razie przed jego realizacją. Komunistyczne elity władzy musiały zrozumieć, że ich pozornie gigantyczna przewaga militarna nad Tajwanem może być w rzeczywistości równie iluzoryczna jak rosyjska przewaga nad Ukrainą. A skoro USA i inne kraje cywilizowane zdecydowanie pomogły biednej i zacofanej Ukrainie, to tym bardziej pomogą bogatemu i rozwiniętemu Tajwanowi. Tajwańczycy zaś legalistycznie będą się przed najazdem bronić. Wojenka taka nie będzie więc ani krótka, ani zwycięska. Chińscy komuniści zauważyli zatem swój potencjalny X-błąd i ich położenie w krajobrazie Hammersteina przesunęło się gwałtownie „w dół”, „na południe”, do Mściwej Zatoki. Wojna nie wybuchła.

Nie oznacza to jednak, że zagrożenie oddaliło się w sposób trwały lub wygasło. Mimo urealnienia wielkości X, w miarę pogarszania się sytuacji gospodarczej w Chinach, rosnąć będą potencjalne prestiżowe zyski V, zatem maleć będzie współczynnik S, a układ zacznie przesuwać się „w lewo” i ponownie może się znaleźć się na Ziemi Agresorów.

W najbliższym czasie należy uważnie śledzić poziom zbrojeń Chin i obserwować, czy komuniści nie starają się podnieść swojego poziomu X, bo to by demaskowało ich intencje.

Marcin Adamczyk

publicysta, analityk, reasercher, inżynier
Data publikacji:
czerwiec 2025
Udostepnij:
Rosja buduje już armię na kolejne wojny – ich strategia jest długofalowa a Europy reaktywna i spóźniona

Rosja buduje już armię na kolejne wojny – ich strategia jest długofalowa a Europy reaktywna i spóźniona

Ameryka jest daleko od wojny w Ukrainie. Czy Europa, która sama ma kłopoty, jest w stanie pomóc Ukrainie w jej dalszej obronie przed rosyjskim najeźdźcą? To jedno z pytań, z którym portal Sektor Obronny zwrócił się do generała dywizji w stanie spoczynku Leona Komornickiego, byłego zastępcy szefa sztabu generalnego Wojska Polskiego, prezesa Fundacji Poległym i Pomordowanym na Wschodzie i członka Stowarzyszenia Euro-Atlantyckiego. Niestety w odpowiedziach generała niewiele jest optymizmu. Zwraca on też uwagę na wyzwania, jakie w obecnej sytuacji stoją przed Polską.

Drony, cyberataki, dezinformacja, propaganda – nowe fronty walki i zagrożenia, których musimy być świadomi

Drony, cyberataki, dezinformacja, propaganda – nowe fronty walki i zagrożenia, których musimy być świadomi

Wojna nie toczy się wcale tuż za naszą wschodnią granicą. Dotarła już do Polski. Na razie to wojna hybrydowa, od niedawna także z udziałem dronów przekraczających naszą granicę. I choć emocje związane z nalotem rosyjskich dronów na Polskę w nocy z 9 na 10 września 2025 roku nieco opadły, to echo tamtych wydarzeń wciąż powraca i wszystko wskazuje na to, że takie zagrożenia jak testowanie naszej odporności i reakcji obrony przeciwlotniczej, akcje sabotażowe, cyberataki i nasilająca się dezinformacja – coraz powszechniej wykorzystywane w tak zwanej wojnie pod progiem realnego konfliktu zbrojnego – pozostaną z nami na znacznie dłużej.

Kwalifikacja wojskowa 2026 – ponad 235.000 osób od 18. do 60. roku życia stawi się obowiązkowo w komisjach

Kwalifikacja wojskowa 2026 – ponad 235.000 osób od 18. do 60. roku życia stawi się obowiązkowo w komisjach

Już wiadomo, że kwalifikacja wojskowa w 2026 roku będzie jedną z największych w ostatnich dekadach – obejmie nie tylko młodych mężczyzn wchodzących w dorosłość, ale również osoby do 60. roku życia, a nawet Polaków przebywających za granicą. Określa to rozporządzenie, które porządkuje kwestie obronności, ale także na nowo definiuje relacje obywateli z państwem w kontekście bezpieczeństwa narodowego. Jakie znaczenie ma ten obowiązek i dlaczego władze zdecydowały się na tak szeroki zakres?

Sektor Obronny
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.