Zakończyło się tegoroczne 56. Światowe Forum Ekonomiczne w szwajcarskim Davos, które trwało od 19 do 23 stycznia 2026 roku. Na Davos świat zawsze patrzył z zainteresowaniem, ale chyba nigdy wcześniej z takimi emocjami i niepokojem. Tak jak przewidywano, to nie inflacja, ekologia, klimat czy sztuczna inteligencja rozpalały dyskusje 60 przywódców państw, których strzegła służba bezpieczeństwa oraz 5.000 żołnierzy. Największym zarzewiem sporów i tematem, który wciąż wywołuje emocje, była i jest Grenlandia, choć już nie w takim stopniu, jak przed Davos. Prezydent USA Donald Trumf przyleciał na to forum z konkretnymi celami. Te zasadnicze to forsowanie swoich planów dotyczących przejęcia Grenlandii, wzmocnienie presji na Europie i presja związana z cłami oraz budowanie poparcia dla nowej architektury handlowej opartej na zasadzie America First.
Dla Europy, także Polski, ale i sporej części świata, spór toczył się nie tylko o Grenlandię, ale o przyszłość. Możliwe, że to jeden z elementów większej układanki, od której może zależeć to, czy świat będzie toczył się według zasad obowiązującego prawa międzynarodowego i państw demokratycznych, czy też bez nich, ale z nowymi zasadami, dyktowanymi przez supermocarstwa. To dlatego działania Trumpa wobec Grenlandii budzą niepokój, który rośnie wraz z nowymi deklaracjami i działaniami prezydenta USA, mającymi zastraszyć Europę (zob. więcej na ten temat w artykule Grenlandzki gambit – Europa kontra ambicje Waszyngtonu, czyli Grenlandia w centrum globalnego napięcia).
– Prosimy o kawałek lodu… To bardzo mała prośba w porównaniu z tym co dawaliśmy im przez wiele dekad – powiedział w Davos Tramp.
Forum w Davos pokazało jednak, że cierpliwość państw Starego Kontynentu się wyczerpuje. Mimo świadomości, że relacje z Ameryką rzutują na bezpieczeństwo i przyszłość NATO i Europy, wiele państw stanęło na drodze, zapowiadanego przez Trumpa przed szczytem, siłowego zajęcia Grenlandii.
Forum w Davos rozpoczęło się wkrótce po kolejnych groźbach Trumpa wobec europejskich krajów, związanych z ich udziałem w ćwiczeniach w Grenlandii. Część europejskich państw NATO – w dowód wsparcia Danii, której Grenlandia, mimo znacznej samodzielności i suwerenności, pozostaje terytorium zależnym – zaproponowało zwiększenie swojej obecności militarnej, by w razie konieczności bronić tej strategicznej wyspy przed ewentualnymi zakusami Chin i Rosji. Na dowód tych deklaracji zorganizowano na Grenlandii największe z dotychczasowych na tej wyspie ćwiczenia pod kryptonimem Operation Arctic Endurance. Tak naprawdę, oprócz Duńczyków, którzy przerzucali na wyspę około 250–300 żołnierzy, wsparcie europejskie ograniczało się do niewielkiego, symbolicznego kontyngentu wojskowego z kilku innych państw, liczącego od kilku do kilkunastu żołnierzy. Przykładowo Francja wysłała 15 żołnierzy z 27. Brygady Strzelców Alpejskich, Niemcy 13 żołnierzy, Norwegia, Holandia i Finlandia po 2 żołnierzy, a Szwecja drony i zwiad.
Nie było wśród nich żołnierzy z Polski, co spotkało się z krytyką i zarzutem o rozbijanie jedności sojuszu. Generał dr Roman Polko nazwał to zwykłym tchórzostwem, wielkim błędem, chowaniem głowy w piasek, wręcz rozbijaniem Europejskiej jedności, wzmacniającym naszych wrogów.
W Davos nasi europejscy sojusznicy podkreślali jednak, że wszyscy tracą, gdy przyjaciele zrywają umowy. Wyrażali jednak nadzieję, że wszystko wkrótce wróci do normy.
Europa starała się manewrować między obroną suwerenności Ukrainy a suwerennością Grenlandii. Tyle że w pierwszym przypadku Europa jest sojusznikiem Ameryki, a w drugim staje się zagrożeniem dla interesów USA.
The Guardian nazwał to ostatnim spotkaniem w sprawie starego porządku i dyskusji we wspólnym gronie o tym, czy przestaną decydować sojusze i wartości, a zaczną interesy i pieniądze. Unia Europejska starała się tak dobrać argumenty, by pogodzić te, zdaje się jednak, coraz bardziej sprzeczne kierunki.
Polecamy rozmowę z dr Jarosławem Suchoplesem, byłym ambasadorem Polski w Finlandii i wykładowcą Centrum Europejskiego Uniwersytetu Warszawskiego, który opowiada między innymi o tym, jak Polska i Europa musi się zachować w chwili upadku starego porządku świata i odnaleźć w rzeczywistości, w której geopolityka i wielkie, dominujące mocarstwa nie podlegają już żadnym ograniczeniom ani regułom:
The Guardian podsumował, że to „ostatni salon starego porządku” – dalej będą tylko stosunki bilateralne i dyktat silniejszych.
Retorykę podobną do tej stosowanej przez Donalda Trumpa przejął również na szczycie w Davos prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski, który wyraźnie chwalił administrację USA i Donalda Trumpa za jego działania na rzecz pokoju w Ukrainie i skrytykował Europę za brak zdecydowanego i spójnego działania obronnego oraz politycznego.
– Rok temu tutaj w Davos mówiłem, że Europa musi wiedzieć, jak się bronić. Minął rok. Nic się nie zmieniło – mówił Wołodymyr Zełenski. – Europa uwielbia rozmawiać o przyszłości, ale unika teraźniejszych działań, które pomogłyby zdefiniować przyszłość, a to jest problem. (…) Dlaczego Donald Trump może zatrzymywać tankowce z floty cieni i zajmować ich ropę, a Europa nie? Rosyjska ropa jest transportowana pod samym brzegiem Europy i ta ropa finansuje wojnę przeciwko Ukrainie. Jeżeli Putin nie będzie miał pieniędzy, to nie będzie wojny. Jeżeli Europa będzie miała pieniądze, to będzie mogła chronić swoich ludzi – argumentował.
Zełeski odniósł się też do działań, które podjęli w sprawie Grenlandii sojusznicy z NATO po groźbach Trumpa o możliwości siłowego przejęcia wyspy, wskazując, że w jego ocenie Europa sprawia wrażenie zagubionej, a źródłem problemu jest przede wszystkim sposób myślenia i brak strategicznej konsekwencji po stronie europejskich partnerów. Podkreślił, że wysyłanie na Grenlandię kilkunastu czy kilkudziesięciu żołnierzy nie ma realnego znaczenia obronnego, a takie działania są uważnie obserwowane przez Rosję i Chiny. W jego ocenie brak jasnej deklaracji woli obrony regionu oraz niewystarczające środki wojskowe podważają wiarygodność Europy jako podmiotu zdolnego do reagowania na zagrożenia. Zaznaczał, że sojusznicy powinni albo jednoznacznie zadeklarować obronę regionu i stworzyć realne zaplecze militarne, albo liczyć się z tym, że nie będą traktowani poważnie przez potencjalnych przeciwników.
– My wiemy, co zrobić. Jeżeli rosyjskie okręty pływają wokół Grenlandii, to Ukraina może wam pomóc. Mamy ekspertyzy i broń, aby zagwarantować, że żaden z tych okrętów tam nie pozostanie. Mogą sobie tonąć przy Grenlandii, tak jak toną przy Krymie. Mamy narzędzia, mamy ludzi. Moglibyśmy podjąć działania i wiemy, jak z nimi walczyć, gdyby Ukraina była w NATO, ale nie jesteśmy – skonstatował.
W podobnym alarmistycznym tonie dla Europy wypowiadał się w trakcie szczytu w Davos Mark Carney, premier Kanady, który stwierdził, że dawny porządek świata się załamuje – czym po raz kolejny próbował otwierać oczy europejskim przywódcom i czym wyprowadził Donalda Trumpa z równowagi – a jego wystąpienie już jest nazywane doktryną Carneya, który dla średnich i mniejszych państw zaproponował drogę „realizmu opartego na wartościach”.
– Chce dziś mówić o pęknięciu w porządku światowym – o końcu przyjemnej fikcji i początku surowej rzeczywistości, w której geopolityka i wielkie, dominujące mocarstwa nie podlegają już żadnym ograniczeniom ani regułom. Chciałbym jednak podkreślić coś jeszcze: inne państwa – zwłaszcza mocarstwa średniej wielkości, takie jak Kanada – nie są bezsilne. Mają zdolność współtworzenia nowego ładu, który obejmie nasze wartości: poszanowanie praw człowieka, zrównoważony rozwój, solidarność, suwerenność oraz integralność terytorialną państw. Bowiem siła tych, którzy nie są najsilniejsi, zaczyna się od uczciwości – mówił Mark Carney. – Każdego dnia przypomina nam się, że żyjemy w epoce rywalizacji wielkich mocarstw; że porządek oparty na zasadach słabnie; że silni robią to, co chcą i mogą, a słabi muszą znosić to, co im narzucono. Dylemat Tukidydesa przedstawiany jest dziś jako rzecz nieunikniona – jako naturalna logika stosunków międzynarodowych, która po prostu powraca. W obliczu tej logiki wiele państw ulega pokusie, by „iść z prądem”: dostosować się, unikać konfliktów, mając nadzieję, że posłuszeństwo kupi bezpieczeństwo. Otóż – nie kupi. (całe przemówienie Marka Carneya można przeczytać w polskiej wersji językowej na stronie internetowej miesięcznika Wszystko Co Najważniejsze, skąd pochodzi też cytowany wyżej fragment wypowiedzi premiera Kanady.
Po zakończeniu tegorocznego Światowego Forum Ekonomicznego w Davos wydaje się, że jednak mimo wszystko można dyskutować na temat wartości demokracji, niepodległości i granic suwerenności. Zwyciężyło – przynajmniej tak się teraz wydaje – przekonanie byłego premiera Danii, obecnie ministra spraw zagranicznych, Larsa Løkke Rasmussena, będące syntezą wszystkich obaw przywódców europejskich.
– W XXI wieku można handlować między ludźmi, ale nie można handlować ludźmi – powiedział Lars Løkke Rasmussen.
Problem w tym, że w rok po przeprowadzce Donalda Trumpa do Białego Domu, udało mu się wywrócić dotychczasowy porządek światowy do góry nogami oraz powrócić do dziewiętnastowiecznej doktryny Monroe’a – nazywając ją zresztą doktryną Donroe (od połączenia słów Donald + Monroe) – według której zachodnia półkula to amerykańska strefa wpływów. W myśl tej filozofii to Waszyngton decyduje o tym, co dzieje się w Wenezueli, Panamie czy Grenlandii, która geograficznie jest częścią Ameryki Północnej. Siłowe zajęcie terytorium autonomicznego Grenlandii, wchodzącej w skład Królestwa Danii, byłoby końcem jedności sojuszu NATO. Nie wiadomo też, kiedy znów powróci temat Kanady jako 51. Stanu USA, o czym od czasu do czasu Tramp nieustannie przypomina.
W Davos udało się pohamować wizje prezydenta Trumpa o przyłączeniu Grenlandii do USA. Udało się znaleźć inne, mniej zagrażające jedności sojuszu rozwiązania. Trump zrezygnował z inwazji na Grenlandię, co uczyniłoby Putina najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.
– Ludzie myśleli, że użyję siły, ale nie muszę i nie chcę używać siły. Wszystkie cele USA na forum zostały osiągnięte. Presja militarna nie jest potrzebna, bo Stany Zjednoczone uzyskały to, czego chciały poprzez rozmowy i ustalenia polityczne – powiedział na zakończenie forum Donald Trump.
W Davos padło też zdanie, które dobrze podsumowuje klimat rozmów – kto chce jedności NATO, musi zacząć od Arktyki. Liderzy państw sojuszu zgodzili się, że Arktyka nie może być „białą plamą” w planowaniu obronnym. Konieczne jest zintegrowanie Grenlandii, Islandii i Norwegii w jeden spójny system bezpieczeństwa. USA, Dania i Islandia mają przygotować wspólny plan obecności wojskowej w regionie. USA utrzymają i rozbudują infrastrukturę w bazie w Thule, powstanie system monitoringu arktycznego obejmujący satelity, drony i sensory oceaniczne, a NATO ma stworzyć centrum analityczne do spraw Arktyki. Europejscy sojusznicy mają też zwiększyć udział w ćwiczeniach arktycznych. Ma powstać stały mechanizm konsultacji dotyczący bezpieczeństwa Arktyki. Żadne państwo NATO nie będzie prowadzić samodzielnych działań w Arktyce bez konsultacji z sojusznikami.
Analitycy podkreślają, że Davos 2026 nie rozwiązało do końca problemu, ale wyznaczyło uspokajający Europę kierunek – Grenlandia ma być miejscem współpracy, a nie konkurencji. Ten uspokajający Europę kierunek nie może być jednak kierunkiem usypiającym. Najważniejsze teraz dla Europy jest to, co mówi już nie tylko Donald Trump, ale także Wołodymyr Zełenski czy Mark Carney – czas się po raz kolejny przebudzić, bo wielu europejskich przywódców zachowuje się tak, jakby nie wiedziało, co zrobić, i wygląda na to, że wszyscy czekają aż „Ameryka ochłonie”. A należy zakładać, że Ameryka dalej będzie kreować zmiany w geopolitycznym porządku świata i burzyć stary ład, do którego wszyscy przywykliśmy przez ostatnie kilka pokoleń.


















