Nuclear sharing z USA, parasol nuklearny z Francji czy może własny atom – jak budować odstraszanie jądrowe?

Parasol nuklearny NATO. fot. IFF
Propozycja prezydenta Francji, Emmanuela Macrona, by objąć europejskich sojuszników – w tym Polskę – francuskim parasolem nuklearnym, otworzyła jedną z najpoważniejszych debat strategicznych ostatnich lat. W tle są obawy o przyszłość amerykańskiego nuclear sharing, napięcia w relacjach Europa – Paryż – Waszyngton oraz pytanie, czy Polska powinna budować własny program nuklearny – rzecz wątpliwa, niepewna, kontrowersyjna i długotrwała – ale może konieczna?

Francja zaprosiła Polskę do rozmów o europejskim parasolu nuklearnym, ale nie złożyła formalnej oferty. Emmanuel Macron zapowiedział gotowość rozszerzenia francuskiego odstraszania nuklearnego na inne państwa europejskie. Gotowość uczestnictwa w programie i współpracy z Francją w programie „advanced nuclear deterrence”, wyraziło osiem państw europejskich: Belgia, Dania, Grecja, Holandia, Niemcy, Polska, Szwecja, Wielka Brytania. W praktyce oznaczałoby to, że francuski arsenał jądrowy – około 290 głowic – stałby się częścią wspólnej architektury bezpieczeństwa Europy.

Premier Donald Tusk potwierdził, że Polska została zaproszona do rozmów o europejskim parasolu nuklearnym, ale Francja nie złożyła formalnej oferty. Część wojskowych i polityków uważa, że Polska powinna wejść w program jak najszybciej, inni ostrzegają przed osłabieniem więzi z USA.

– Ciekawa perspektywa i ciekawy pomysł, długofalowy. Trudno dzisiaj mówić o konkretach. Pozostaję realistą i w pełni jestem świadom, że potrzebujemy adekwatnych środków reakcji na możliwą agresję ze strony naszych wrogów. Nie chciałbym jednak rozpoczynać publicznej debaty, zanim nie otrzymam konkretnych informacji na temat tego, co jest możliwe. Wymaga to dyskrecji – zauważył Donald Tusk, pytany o udział Polski w francuskiej propozycji, podczas spotkania z premierem Norwegii Jonasem Gahrem Storem.

Również minister Radosław Sikorski, który wielokrotnie podkreślał, że bezpieczeństwo Polski będziemy opierać się na dwóch filarach – Unii Europejskiej i NATO przypomina, że nie jest to oferta, lecz zaproszenie do debaty.

– Będziemy o tym rozmawiać, ale proponuję nie wybiegać zbyt daleko w przyszłość – podkreślił szef Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

Część komentatorów i polityków obawia się o relacje z USA i ostrzega, że wejście pod francuski parasol mogłoby zostać odebrane jako sygnał dystansowania się od Waszyngtonu – kluczowego gwaranta bezpieczeństwa Polski.

W Warszawie propozycja wywołała kolejny spór między rządem a prezydentem i przedstawicielami jego administracji. Pałac Prezydencki, który preferuje amerykański nuclear sharing, jest „oburzony” działaniami rządu i uważa, że Polska powinna trzymać się amerykańskiego nuclear sharing, a zapowiedź premiera ma być kolejną próbą poróżnienia nas z amerykańskim sojusznikiem.

– Polska powinna zabiegać o dołączenie do amerykańskiego programu nuklearnego – uważa prezydent Karol Nawrocki. Podobnie jak Marcin Przydacz, szef Biura Polityki Międzynarodowej Prezydenta.

Opinie są podzielone także w polskim środowisku wojskowym.

Generał dywizji Leon Komornicki, były zastępca szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego wyraźnie studzi entuzjazm wobec francuskiej propozycji. Uważa, że to działania pozorowane, a sytuacja przypomina mu PRL, gdzie padało dużo deklaracji, mało realnych gwarancji.

– Francuska oferta jest bardziej politycznym sygnałem niż realnym planem operacyjnym. Francja nie ma ani politycznej, ani militarnej gotowości, by realnie bronić Polski bronią atomową, a francuski parasol nuklearny to na razie gest, nie gwarancja – twierdzi gen. Leon Komornicki.

Pozytywnie, ale realistycznie – jako szansę, a nie zagrożenie – ocenia francuską propozycję generał dywizji Roman Polko, były dowódca jednostki specjalnej GROM.

– Polska może korzystać i z amerykańskiego i z francuskiego parasola nuklearnego. Nie ma powodu, by w propozycji Macrona doszukiwać się drugiego dna. Każde wzmocnienie odstraszania – czy to amerykańskie czy francuskie – działa na korzyść Polski, a współpraca z Francją nie musi oznaczać osłabienia relacji z USA. To dodatkowa warstwa bezpieczeństwa, którą warto rozważyć – uważa gen. Roman Polko.

Podobnie uważa generał brygady, profesor Stanisław Koziej, były szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego.

– Skoro otrzymaliśmy propozycję skorzystania z ochrony parasola nuklearnego Francji, to powinniśmy tę propozycję przyjąć, aby zorientować się na ile jest ona realna, co nam obiecuje i czy wpisuje się w nasze potrzeby i możliwości. Nie będzie to bowiem projekt do szybkiej realizacji, a do tego kosztowny – podkreśla gen. Stanisław Koziej. – Dla NATO byłby to dobry sygnał, że Europa Zachodnia zaczyna myśleć o wojnie tak, jak Polska i państwa bałtyckie od 2014 roku. Dla Polski, że Francja nie chce już być tylko politycznym komentatorem, ale realnym graczem militarnym. Można przecież pić kawę, ale i herbatę. Nie ma powodu, by Polska nie grała na dwóch fortepianach jednocześnie. Zwłaszcza, że możliwość rozszerzenia nuclear shering na kolejne kraje jest obecnie zerowa.

Przypomnijmy, że już w kwietniu 2024 roku ówczesny prezydent Andrzej Duda stwierdził, że jest zwolennikiem tego, aby Polska uczestniczyła w programie nuclear sharing.

– Rozmawiamy z amerykańskimi partnerami o możliwości udziału Polski w programie nuclear sharing – zapowiadał prezydent Andrzej Duda. Wprost zasugerował, że Polska mogłaby wejść do amerykańskiego systemu współdzielenia broni jądrowej, w którym USA rozmieszczają bomby atomowe B61 w wybranych państwach NATO.

USA odcięły się jednak od sugestii prezydenta Dudy. Waszyngton jasno powiedział, że Polska nie zostanie uczestnikiem nuclear sharing, a wypowiedź Dudy została odebrana jako inicjatywa jednostronna, nieuzgodniona z USA. W NATO wywołało to konsternację, bo nuclear sharing to najbardziej wrażliwy element odstraszania.

Nie inaczej było po wypowiedzi prezydenta Karola Nawrockiego i przedstawicieli jego administracji o potrzebie starań o rozszerzenie nuclear shering. Z biura Tommy’ego Pigotta, rzecznika Departamentu Stanu USA, przyszła szybka i jednoznaczna odpowiedź.

– Stany Zjednoczone nie rozważają rozszerzenia programu nuclear sharing na kolejne państwa. Obecna struktura odstraszania nuklearnego NATO jest wystarczająca – stwierdził Pigott.

To nie znaczy, że powinniśmy zrezygnować całkowicie z prób rozszerzenia tego programu przez Polskę, mimo że w obecnej sytuacji wojny za naszą wschodnią granicą jest to niemożliwe. Ze względu na rosnące cały czas zagrożenie temat nuclear sharing wraca i powinien wracać w polskiej debacie eksperckiej i publicznej. To jedyny mechanizm NATO, w którym broń jądrowa USA jest fizycznie rozmieszczona w Europie.

Nuclear sharing w Europie

Obecnie w ramach programu nuclear sharing Stany Zjednoczone zlokalizowały w Europie 100 głowic. To wystarczająco dużo, by odstraszać potencjalnego agresora, a jednocześnie to na tyle mało, by nie eskalować napięć i nie prowokować wyścigu zbrojeń. I tak się dzieje.

Amerykańskie głowice jądrowe w ramach nuclear sharing są rozmieszczone w pięciu państwach NATO: Niemczech (Büchel Air Base), Belgii (Kleine Brogel Air Base), Holandii (Volkel Air Base), w dwóch bazach we Włoszech (amerykańskiej – Aviano Air Base oraz włoskiej – Ghedi Air Base), a także w Turcji – w Incirlik Air Base. Broń ta pozostaje pod pełną kontrolą USA, ale turecką lokalizację uważa się za najbardziej politycznie wrażliwą.

Amerykanie nie chcą, by jakiekolwiek państwo więcej weszło w posiadanie broni jądrowej. Właśnie w obawie przed uzyskaniem nuklearnego potencjału wojskowego Izrael i USA rozpoczęły 28 lutego 2026 roku wojnę z Iranem. Nie chcą również rozszerzać programu współdzielenia się bronią jądrową z innymi dodatkowymi państwami, mimo że Rosjanie nie mają z tym problemów. Rozmieścili swoją taktyczną broń jądrową w obwodzie królewieckim oraz na Białorusi.

Jeśli chodzi o Amerykę, to obecny rozkład ich bomb atomowych nie jest przypadkowy. To kontrolowany pas odstraszania, ale bez wchodzenia z bronią jądrową na terytorium państw frontowych NATO (Polska, Rumunia, kraje bałtyckie). Niemcy, Belgia, Holandia to „stara” część NATO i klasyczny „środek” Europy. Bazy te są dobrze osadzone w strukturach, USA wiedzą, jak działają tamte systemy, bo od dekad funkcjonują w reżimie bezpieczeństwa nuklearnego. Kraje te mają samoloty zdolne do przenoszenia broni jądrowej (Tornado, F‑16, F‑35) oraz infrastrukturę WS3, czyli podziemne schrono-hangary i ukrycia. Broń ta jest na tyle blisko, by mieć znaczenie operacyjne, ale na tyle daleko, by nie wyglądało to jak „atom” na linii frontu i jest przechowywana w trybie „dual‑key” – to znaczy, że USA kontrolują głowice, a państwa gospodarze – samoloty zdolne do ich przenoszenia.

Realne możliwości udziału Polski w nuclear sharing?

Polska ma samoloty F‑16, wkrótce będzie miała F‑35, które można certyfikować jako samoloty dual capable – zdolne do przenoszenia broni jądrowej. Mamy też możliwość zbudowania odpowiedniej infrastruktury. Brak jednak politycznej zgody. Stany Zjednoczone mówią dziś jasno, że nie planują rozszerzenia nuclear sharing na nowe państwa. Uważają, że atom w Polsce byłby dla Rosji sygnałem, że NATO przenosi broń jądrową na front, a to podniosłoby ryzyko eskalacji. Przy sympatii prezydenta Donalda Trumpa do prezydenta Władimira Putina i przy staraniach o przerwanie wojny w Ukrainie takie posunięcie jest nierealne. Do tego otworzyłoby puszkę Pandory – jeśli broń może być w Polsce, to czemu nie w Rumunii czy w krajach bałtyckich.

Realistyczny wniosek jest taki, że najpewniej za kadencji prezydenta Trumpa, a więc do 2029 roku, szanse dla wejście polski do nuclear shering są praktycznie zerowe. Waszyngton nie ma takiej woli politycznej. Byłoby to możliwe tylko w scenariuszu bardzo ostrego kryzysu bezpieczeństwa, otwartych gróźb nuklearne wobec Polski i głębokiej zmianie doktryny NATO. To znaczy, że świat musiałby się stać jeszcze bardziej niebezpieczny, niż jest obecnie.

Dla Polski zatem, wszystko na to wskazuje, jest to moment, w którym nie opłaca się odrzucać francuskiego zaproszenia do poważnej rozmowy o tym, jak ma wyglądać europejska obrona w erze po New START, przy niepewności co do USA i rosnącym zagrożeniu ze strony Rosji. Ta debata nie może i nie powinna odbywać się bez udziału Polski. Dla nas każda korzyść w zakresie odstraszania nuklearnego jest ważna. Jesteśmy przecież państwem przyfrontowym i taka gwarancja ma zupełnie inny charakter, niż w przypadku dalekiej Hiszpanii czy nawet Niemiec.

Polska nie może budować własnej broni jądrowej, ponieważ jest stroną Układu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej (NPT – Treaty on the Non‑Proliferation of Nuclear Weapons). To właśnie ten dokument prawnie zakazuje Polsce wejścia w posiadanie broni atomowej. Zabrania bowiem państwom posiadającym technologię budowy broni jądrowej przekazywania jej do państw, które tej technologii nie posiadają i jednocześnie zobowiązuje państwa, które jej nie posiadają do zaprzestania prób jej uzyskania. Jesteśmy sygnatariuszem tego traktatu.

Dotąd tylko Korea Północna wystąpiła z Układu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej. Wystąpieniem z NPT groził też Iran. Wyjście z NPT oznacza natychmiastową izolację międzynarodową, sankcje gospodarcze, utratę dostępu do technologii cywilnej energetyki jądrowej, ryzyko uznania za zagrożenie globalne. Dlatego nawet państwa, które łamią zasady (na przykład Iran), wolą jednak jeszcze nadal pozostawać w układzie, bo daje im to pewną ochronę polityczną.

Wizje współpracy w programach nuklearnego odstraszania

Jak podkreślają socjologowie oraz eksperci z dziedziny stosunków międzynarodowych, nie można być naiwnym i należy jednak brać pod uwagę realia zmieniającego się świata – niepewność polityczną i relatywizm, który zapanował teraz w interpretacji międzynarodowych traktatów i praw. Wydaje się bowiem, że coraz częściej największe mocarstwa – zarówno globalnie, jak i regionalnie – interpretują normy prawa międzynarodowego w sposób wybiórczy, podporządkowując je własnym interesom strategicznym. Zasady, które przez dekady stanowiły fundament ładu międzynarodowego – nienaruszalność granic, poszanowanie suwerenności państw czy obowiązywanie traktatów – bywają ignorowane lub podważane, jeśli kolidują z bieżącą kalkulacją polityczną lub militarną.

Taka praktyka prowadzi do niebezpiecznego precedensu. Jeśli największe i najsilniejsze państwa świata wysyłają sygnał, że prawo międzynarodowe nie jest już bezwzględnym ograniczeniem ich działań, lecz raczej narzędziem, które można interpretować elastycznie, to w naturalny sposób zachęca to inne państwa do podobnego sposobu myślenia. W konsekwencji pojawia się pytanie o realną wartość wielu zobowiązań traktatowych, deklaracji politycznych czy międzynarodowych gwarancji bezpieczeństwa.

W tej sytuacji coraz więcej państw zaczyna zastanawiać się nad różnicą między bezpieczeństwem deklaratywnym a bezpieczeństwem realnym. To pierwsze opiera się na dokumentach, oświadczeniach i formalnych zobowiązaniach, które – choć ważne – mogą w sytuacji kryzysowej okazać się niewystarczające. To drugie wynika z faktycznych zdolności odstraszania, realnych sojuszy wojskowych, infrastruktury obronnej oraz zdolności do szybkiej i zdecydowanej reakcji.

Dlatego właśnie w debacie strategicznej coraz częściej powraca pytanie, czy bezpieczeństwo państwa powinno opierać się wyłącznie na normach prawnych i politycznych deklaracjach, czy też musi być wzmocnione przez konkretne instrumenty siły – militarnej, technologicznej i gospodarczej. Historia wielokrotnie pokazywała bowiem, że w momentach największych napięć międzynarodowych papierowe gwarancje bezpieczeństwa potrafią okazać się niewystarczające, jeśli nie stoją za nimi realne zdolności i determinacja do ich egzekwowania. Właśnie w tym kontekście należy rozumieć rosnące zainteresowanie państw Europy różnymi formami wzmocnienia odstraszania – od pogłębiania współpracy wojskowej, przez budowę wspólnych zdolności obronnych, aż po dyskusję o rozszerzeniu parasola nuklearnego. Nie jest to wyłącznie przejaw militarnej rywalizacji, lecz także reakcja na erozję zaufania do stabilności międzynarodowych reguł, które jeszcze niedawno wydawały się trwałym fundamentem globalnego bezpieczeństwa (zob. więcej na temat broni atomowej: Sto sekund dzieli nas od atomowej apokalipsy).

Światowy potencjał nuklearny

Na początku 2026 roku dziewięć państw na świecie dysponuje bronią jądrową, jednak ich status w systemie prawa międzynarodowego wcale nie jest jednolity. Kluczowym dokumentem regulującym tę kwestię pozostaje wspomniany Układ o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej (NPT) z 1968 roku, który rozróżnia państwa oficjalnie uznane za jądrowe oraz te, które posiadają broń atomową poza systemem traktatowym.

Do państw uznanych przez NPT za legalnych posiadaczy broni jądrowej należy pięć krajów:

  • – Stany Zjednoczone (około 5.177 głowic),
  • – Rosja (około 5.459 głowic),
  • Wielka Brytania (około 260 głowic),
  • – Francja (około 290 głowic),
  • – Chiny (około 600 głowic).

 

Są to państwa, które przeprowadziły próby nuklearne przed 1 stycznia 1967 roku. Największe arsenały posiadają Stany Zjednoczone (ok. 5.177 głowic) oraz Rosja (ok. 5.459 głowic), które łącznie dysponują niemal 90% całej światowej broni jądrowej. Znacznie mniejsze zasoby mają pozostałe trzy państwa – Chiny (przy czym ich arsenał dynamicznie rośnie), Francja oraz Wielka Brytania.

Poza systemem traktatowym funkcjonują cztery państwa posiadające broń jądrową, które nie są uznawane przez NPT. Są to Indie (posiadające broń od 1974 roku), Pakistan (od 1998 roku), Korea Północna, która wycofała się z traktatu w 2003 roku, oraz Izrael, który oficjalnie nie potwierdza ani nie zaprzecza posiadaniu arsenału nuklearnego, choć jest powszechnie uznawany za państwo jądrowe.

Warto również przypomnieć dwa wyjątkowe przypadki w historii zbrojeń nuklearnych.

Pierwszym przypadkiem jest Republika Południowej Afryki pozostaje jedynym państwem w historii, które samodzielnie opracowało broń jądrową, a następnie całkowicie z niej zrezygnowało i zlikwidowało swój arsenał na początku lat 90. XX wieku.

Drugim przypadkiem jest Ukraina, która po rozpadzie ZSRR w 1991 roku odziedziczyła trzeci co do wielkości arsenał nuklearny na świecie, obejmujący około 1.900 strategicznych głowic jądrowych. W 1994 roku, na mocy Memorandum Budapeszteńskiego, zgodziła się przekazać broń Rosji i przystąpić do Układu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej w zamian za gwarancje bezpieczeństwa ze strony Rosji, Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Do 1996 roku cały arsenał został zlikwidowany lub wywieziony z terytorium Ukrainy. Niespełna 20 lat później, w 2014 roku Rosja zdecydowała się zaatakować Ukrainę, a w 2022 roku rozpocząć pełnoskalową wojnę w Ukrainie. Czy decyzje Kremla byłyby takie same, gdyby Ukraina nadal posiadała broń atomową? Tego nigdy się nie dowiemy.

Polska racja stanu

Z punktu widzenia polskiej racji stanu, udział w amerykańskim nuclear sharing wcale nie koliduje z możliwością zwiększenia bezpieczeństwa ze strony europejskiej ochrony. Wszak strategiczny kierunek polskiej polityki bezpieczeństwa nie zmienia się od dekad. USA są naszym strategicznym partnerem, a nuclear shering wciąż jest bardzo ważny i nie chcemy z niego rezygnować, bo jest możliwy do szybkiego wprowadzenia. Ponieważ broń rozmieszczona w Europie jest amerykańska i pozostaje nadal pod ich nadzorem, nie narusza to traktatu NPT. Najprawdopodobniej, tak też byłoby w przypadku francuskiego parasola nuklearnego.

Prawda gorzka, ale szczera, jest taka, że nie ma co obecnie budować strategii na marzeniu o nuclear sharing. Realne filary bezpieczeństwa na dziś to jak największa obecność wojsk USA, rozwijanie własnych zdolności konwencjonalnych, takich jak armia, obrona powietrzna czy, rozpoznanie. To też udział w planowaniu nuklearnym NATO, mimo że takiej broni nie ma na naszym terytorium, jak również rozmowy z Francją o europejskim odstraszaniu – jako uzupełnienie, a nie zamiennik nuclear shering USA.

Generał Stanisław Koziej dostrzega w propozycji francuskiej argument, który mógłby nam nawet pomóc w staraniach o nuclear shering.

– Współpraca z Francją może stanowić dla nas dodatkową kartę w staraniach o to, aby Amerykanie ostatecznie zgodzili się na przyjęcie nas do programu nuclear sharing. Powinniśmy umiejętnie rozgrywać te dwie opcje, pamiętając, że naszym priorytetem, takim najbliższym i realnym jest włączenie się do nuclear sharing – uważa generał Koziej. – Polska powinna grać na dwóch fortepianach jednocześnie: nie podważać roli USA, a równocześnie nie oddawać pola Francji i Niemcom w debacie o przyszłej architekturze bezpieczeństwa.

Między innymi o tym, jak powinna wyglądać polska polityka nuklearna oraz o tym, jak powinna wyglądać przyszłość atomowa Polski i Europy opowiada gen. Stanisław Koziej w wywiadzie: Między szantażem Rosji a chaosem w NATO – czas na strategiczne decyzje Polski

 

Co na to NATO?

Musimy stawiać na Europę także dlatego, że wszystko wskazuje na to, że dla prezydenta Donalda Trumpa nie jest ona priorytetem, jeśli chodzi o zainteresowanie. Z USA płyną głosy, że nawet NATO może odczuć zawirowania amerykańskiej polityki. Według specjalistów NATO przetrwa, choć zmiany w sojuszu są nieuniknione. Głównie jednak będą one związane z innym podziałem zadań i obciążeniem kosztami.

Według Radosława Sikorskiego, sami Amerykanie nie wiedzą jeszcze, jak będzie wyglądało NATO 3.0. Jedno, jak na razie, wydaje się pewne. Amerykanie nie zgodzą się na włączenie Polski do swojego programu.

Podobnego zdania jest także dr hab. Kamil Zajączkowski, dyrektor Centrum Europejskiego Uniwersytetu Warszawskiego, który podkreśla, że Strategia Bezpieczeństwa Narodowego Stanów Zjednoczonych opublikowana w grudniu 2025 roku jest pewnym zbiorem myśli tego, co chce uczynić Donald Trump i jego administracja w kontekście porządku międzynarodowego.

– W dokumencie jasno jest napisane, że Stany Zjednoczone nie chcą być już globalnym policjantem. Chcą realizować przede wszystkim własne interesy, rozumiane w klasycznym, realistycznym ujęciu – czyli to, co jest istotne dla państwa amerykańskiego, będzie realizowane w pierwszej kolejności. Oznacza to prowadzenie polityki międzynarodowej w sposób selektywny – uważa profesor Kamil Zajączkowski. – Europa jest dobrym przykładem takiego podejścia. Stany Zjednoczone dają do zrozumienia, że tam, gdzie trzeba, mogą poprzeć politycznie różne działania, ale ktoś za to musi zapłacić i ktoś musi wziąć na siebie ciężar działania. W tym sensie jest to powrót do bardziej klasycznego podejścia w polityce amerykańskiej – do twardej gry interesów. W strategii pojawia się także ambiwalentny stosunek do Europy. Z jednej strony podkreśla się, że Europa jest ważnym partnerem w relacjach transatlantyckich, z drugiej strony wymieniane są liczne słabości Unii Europejskiej. W dokumencie pojawia się także przekonanie, że łatwiej jest prowadzić rozmowy z poszczególnymi państwami niż z całą Unią Europejską jako podmiotem zbiorowym.

– Jeżeli chodzi o NATO, to nie sądzę, aby Stany Zjednoczone wyszły z Sojuszu Północnoatlantyckiego. To jest zbyt skomplikowane, a Amerykanie – mimo że mówią o obciążeniach – lubią kontrolować sytuację. Natomiast mogą mieć wobec NATO stosunek ambiwalentny i działać w sposób bardziej selektywny. Dlatego użyłem kilka miesięcy temu określenia „NATO minus jeden” i nadal je podtrzymuję. Musimy przyzwyczaić się do takiego Sojuszu Północnoatlantyckiego, który w znacznie większym stopniu będzie oparty na sile Europy. Oznacza to większą odpowiedzialność państw europejskich za bezpieczeństwo w ramach NATO, przy jednoczesnym utrzymaniu Stanów Zjednoczonych w strukturach sojuszu – podkreśla profesor Zajączkowski.

Dowiedz się więcej na temat Strategii Bezpieczeństwa USA oraz koncepcji „NATO minus jeden” z wywiadu z prof. Kamilem Zajączkowskim, dyrektorem Centrum Europejskiego UW: Świat nie jest wspólnotą wartości, jest rynkiem interesów – o relacjach transatlantyckich

 

 

– Część polityków, szczególnie na prawicy, lubi się prężyć, głosić szumne obietnice, zamiast podchodzić do sprawy profesjonalnie. Uważam, że broń atomowa to sprawa tych najtajniejszych kwestii, o których nie należy rozprawiać publicznie. Ewentualne decyzje politycy i eksperci będą podejmować za zamkniętymi drzwiami, a nie w blasku fleszy reporterów – twierdzi gen. Stanisław Koziej.

Generał Koziej dodaje, że jest coś jeszcze. Świat znalazł się w samym środku potężnego kryzysu wokół Iranu. Dlaczego? Bo rządy tego kraju poświęciły dekady dobrobytu swych obywateli, wybierając sankcje międzynarodowe, by wzbogacać uran rzekomo w ramach cywilnego programu nuklearnego. Przykład Iranu pokazuje, że dochodzenie do nuklearnych aspiracji może być bardzo bolesne, że nie musi wcale skończyć się sukcesem, ba, może być wręcz kontrproduktywne. Z kolei przykład Korei Północnej pokazuje, że jak już się taką broń ma, to można zabetonować reżim.

Władimir Putin może uzyskać przewagę w negocjacjach i to, czego nie udaje się Rosji zdobyć wojskowo, może uzyskać politycznie, na przykład doprowadzając do powstania prorosyjskiego rządu w Ukrainie, tak jak to stało się w Gruzji. Rosja wciąż szantażuje Zachód użyciem broni jądrowej i jak dotąd widać, że jest to szantaż skuteczny. Dlatego Polska musi mieć również swoją politykę nuklearną. Według gen. Kozieja powinna ona obejmować w praktyce trzy oczywiste obecnie elementy.

– Pierwszy to starania o włączenie nas do programu amerykańskiego w ramach NATO, czyli nuclear shering. To zadanie priorytetowe. Zadanie drugie to jest właśnie korzystanie z oferty francuskiej, badanie jej, analizowanie, studiowanie na ile jest realna, jakie możliwości oferuje. Trzecim wyzwaniem dla naszej polityki nuklearnej powinno być zabieganie o własną broń nuklearną, na wypadek gdyby świat poszedł w dramatycznie trudnym kierunku. To myślenie przyszłościowe, na wypadek naprawdę najczarniejszych scenariuszy – uważa gen. Koziej.

Do tej poru broń atomowa, w rękach mocarstw atomowych, wbrew pozorom, była zasadniczym gwarantem pokoju na świecie. Zgromadzono już jej tyle, że można by uśmiercić kilkakrotnie życie na ziemi. Ale z polskiej perspektywy, jak i wielu innych państw średniej wielkości, sprawa jest brutalnie prosta – odstraszanie nuklearne pozostaje jedynym gwarantem, którego Rosja naprawdę się boi. Państwa, które tę broń posiadają, mogą się czuć bardziej bezpieczne.

Polska od miesięcy próbuje wejść do gry, która od dekad jest zarezerwowana wyłącznie dla największych światowych graczy. Zabiegi o udział w programie nuclear sharing – choć dziś bez szans na realizację – nie są kaprysem polityków ani próbą podbicia medialnego napięcia. To reakcja państwa frontowego, które znalazło się w najbardziej niebezpiecznym położeniu od końca zimnej wojny. Jak dotąd Waszyngton odpowiada chłodno, Paryż mówi półgębkiem, a europejskie stolice wolą nie dotykać tematu, który pachnie eskalacją. Dlatego Warszawa – nawet jeśli dziś słyszy „nie” – nie może przestać pytać, naciskać i przypominać, że bezpieczeństwo wschodniej flanki nie jest abstrakcją, tylko codziennością.

W świecie, w którym granice są testowane siłą, a traktaty przestają chronić kogokolwiek, szukanie dostępu do atomowego parasola nie jest ekstrawagancją, lecz instynktem samozachowawczym. I choć droga do nuclear sharing pozostaje póki co zamknięta, jedno jest pewne – Polska nie może sobie pozwolić na luksus milczenia w sprawie, która decyduje o jej przetrwaniu. W dzisiejszej Europie to niestety najtwardsza, ale i najuczciwsza definicja realizmu.

Klaudiusz Kaleta

redaktor naczelny SektorObronny.pl
Data publikacji:
marzec 2026
Udostepnij:
USA przyspieszają wyścig zbrojeń – Pentagon stawia na odbudowę przemysłu rakietowego

USA przyspieszają wyścig zbrojeń – Pentagon stawia na odbudowę przemysłu rakietowego

Jeszcze kilka lat temu wydawało się, że amerykańskie magazyny rakiet i amunicji są praktycznie niewyczerpane. Dziś Pentagon mówi o nich z niepokojem. Powód jest prosty, tempo zużycia rakiet w realnych konfliktach jest tak ogromne, że nawet największa armia świata nie nadąża z produkcją. Wojna z Iranem, wsparcie dla Ukrainy i Izraela oraz globalne zobowiązania USA sprawiły, że amerykańskie zapasy zaczęły topnieć w tempie, którego nikt wcześniej nie przewidywał. Teraz sami Amerykanie biją na alarm.

Od Vikinga do Orki – jak mądrze budować bezpieczeństwo NATO na Bałtyku i w Arktyce?

Od Vikinga do Orki – jak mądrze budować bezpieczeństwo NATO na Bałtyku i w Arktyce?

Nie milkną ciągle echa sporu o Grenlandię, którego apogeum miało miejsce na 56. Światowym Forum Ekonomicznym w szwajcarskim Davos, a kwestie bezpieczeństwa Arktyki – w tym Grenlandii, Islandii, Skandynawii i Bałtyku – wydają się coraz bardziej istotne. W tym kontekście rozstrzygnięcie programu ORKA i wybór szwedzkiej oferty okrętu podwodnego nowej generacji A26 dla Marynarki Wojennej RP otwiera nowy rozdział w budowie zdolności podwodnych Polski oraz w polsko-szwedzkiej współpracy obronnej. Decyzja ta zapada w momencie gwałtownego wzrostu znaczenia Morza Bałtyckiego i Arktyki jako kluczowych obszarów rywalizacji strategicznej – już nie tylko pomiędzy NATO a Rosją i Chinami, ale także wewnątrz NATO – między Stanami Zjednoczonymi Ameryki, a europejską częścią Sojuszu Północnoatlantyckiego wspieranego przez Kanadę.

Timo Soini: Od neutralności do sojuszu – dlaczego Finlandia postawiła na Unię Europejską i NATO

Timo Soini: Od neutralności do sojuszu – dlaczego Finlandia postawiła na Unię Europejską i NATO

Były minister spraw zagranicznych Finlandii Timo Juhani Soini dzieli się w rozmowie z portalem SektorObronny.pl swoimi doświadczeniami i refleksjami na temat bezpieczeństwa Europy oraz regionu Morza Bałtyckiego. Wywiad zawiera wątki osobiste – od młodzieńczych inspiracji antyestablishmentem, konserwatyzmem i konwersją na katolicyzm, poprzez początki polityczne w Partii Wiejskiej Finlandii, aż po walkę o wolność i polską „Solidarność” – jak i zagadnienia strategiczne związane z polityką zagraniczną i obronną. Timo Soini opowiada o drodze Finlandii do NATO, wpływie traumy z roku 1939 oraz wojny na Ukrainie na opinię publiczną oraz wyzwaniach stojących przed Europą w obliczu narastających zagrożeń ze strony Rosji. Porusza także temat współpracy nordycko-bałtyckiej, roli Stanów Zjednoczonych w bezpieczeństwie naszego kontynentu oraz znaczenia wspólnych wartości dla jedności i obrony Zachodu.

Sektor Obronny
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.