Ostatnio emocje społeczne wzbudziły działania świadczące o tym, że eskalacja wojny hybrydowej w Polsce najwyraźniej się nasila. Najpierw mieliśmy podpalenia, potem kilkadziesiąt dronów wtargnęło w naszą przestrzeń powietrzną, a niedawno opinię publiczną zbulwersowały częściowo udane próby sabotażu na liniach kolejowych. Czy nasze państwo, wojsko, służby mundurowe są przygotowane do takiej wojny?
Generał Leon Komornicki: – Zjawiska, które ostatnio się u nas wydarzają, począwszy od podpaleń, aktów dywersji, próby – bo to była próba, nieudana zresztą – wysadzenia pociągu, która gdyby się udała mogłaby być aktem terroru z licznymi ofiarami, to wszystko świadczy o tym, że wciąż działamy na zasadzie straży pożarnej.
Nie zbudowaliśmy systemu prognozującego, wyprzedzającego, zapobiegającego, żeby do takich incydentów nie dochodziło, by móc te wszystkie zagrożenia neutralizować. Terroryści przybywają do nas z Białorusi czy Ukrainy, podkładają ładunki wybuchowe i uciekają bezkarnie z Polski. To nie najlepiej świadczy o naszym przygotowaniu do takich działań.
Wnioski szybko jednak wyciągnięto. Przykładem uruchomienie akcji „Horyzont”, w której nawet 10.000 żołnierzy ma wspierać Straż Ochrony Kolei w zapewnieniu bezpieczeństwa linii kolejowych i odstraszanie potencjalnych dywersantów.
Uruchomiliśmy tę akcję, ale nie włączyliśmy do niej samorządów, a to jest fundamentalna rzecz. To one mają do odegrania kluczową rolę w zbieraniu informacji, budowaniu świadomości społecznej, wsparciu policji i wojska, chociażby w tworzeniu odpowiednich warunków socjalno-bytowych dla żołnierzy, którzy będą zabezpieczać infrastrukturę krytyczną przebiegającą przez ich miejscowości, gminy i powiaty.
Rzuca się do tej akcji 10.000 żołnierzy i co dalej. Kilka tysięcy żołnierzy wspiera Straż Graniczną na granicy z Białorusią w związku z kryzysem migracyjnym. W operacji „Bezpieczne Podlasie” bierze rotacyjnie 5.000 czy 8.000 żołnierzy.
Ile jeszcze dywizji wyślemy do pomocy Straży Granicznej, Policji i innym służbom? A ile tych dywizji mamy – trzy?
A co ze szkoleniem wojsk? Wszystko to osłabia przygotowanie sił zbrojnych do wykonywania najważniejszych, konstytucyjnych zdań, jakie na nich spoczywają.
A jak wygląda teraz sytuacja w Ukrainie?
Sytuacja Ukraińców na froncie jest coraz trudniejsza. Rosjanie o tym doskonale wiedzą. Ukraina od dawna zmaga się z naturalnym wyczerpaniem armii, która przy ograniczonych zasobach ludzkich walczy intensywnie od niemal czterech lat w najdłuższej wojnie lądowej w Europie od 1945 roku.
Do dalszej walki Ukraina potrzebowałby dodatkowo około 500.000 wyszkolonych żołnierzy, około 2.000 czołgów, 3.000 bojowych wozów piechoty i 1.200 systemów artyleryjskich. Do tego jeszcze więcej rakiet dalekiego zasięgu i dronów kamikaze, steki wyrzutni HIMARS i tysiące rakiet do nich.
Do tego osłabiona obrona powietrzna potrzebuje 25 baterii przeciwlotniczych średniego i bliskiego zasięgu. Skąd to wziąć, kto to wyprodukuje i za jakie pieniądze, skoro Europa sama się musi zbroić? Europa nie ma nawet strategii obronnej, nie pochyliła się nawet nad realną oceną możliwości Rosji i potrzeb Ukrainy. Nie ma żadnych rzetelnych analiz dotyczących tego, jak długo jeszcze Ukraina może walczyć, ile pieniędzy będzie trzeba na to przeznaczyć i ile jeszcze wytrzyma rosyjska machina wojenna.
Rosja o tym wie i w tej wojnie na wyniszczenie jest w znacznie lepszej sytuacji. Wie o tym również Donald Trump. Ameryka jest daleko od tej wojny i analizuje chłodno. Uważa, że jej przedłużanie przyniesie Ukrainie więcej szkód, niż porozumienie o zaprzestaniu walki.
I dlatego Donald Trump chce za wszelką cenę zakończyć wojnę, proponując absurdalnie brzmiący „plan pokojowy” składający się z 28 punktów, w którym jest gotowy nagrodzić agresora, nie biorąc po uwagę skutków ukorzenia się Ukraińców przed Kremlem i przelanej przez Ukraińców krwi?
Mówiłem od początku agresji Rosji na Ukrainę i zdania nie zmieniam do dziś. Nie ma zresztą takiej potrzeby. Sprzeniewierzyłbym się swojemu doświadczeniu, swojej wiedzy o Rosji, rosyjskiej armii i rosyjskiemu myśleniu. Nigdy też nie wpisywałem się i nie wpiszę w żadną narrację propagandy czy konfabulacje, których pełno w naszej przestrzeni informacyjnej, ale też europejskiej i amerykańskiej. Są wprawdzie wyspy rozsądku na tym ocenie propagandy i dezinformacji, które wylewają się w przestrzeni publicznej, ale niewiele mają wspólnego z realiami prowadzenia wojny na Ukrainie i tym, co się wokół niej dzieje.
Ja mówię wprost, ta wojna została przegrana już w marcu 2022 roku. Niewątpliwe między innymi z winy Zachodu, który jak już się zdecydował na pomoc Ukrainie to powinien to zrobić tak jak należy.
Pamiętamy słynne słowa Blinkena o powolnym gotowaniu rosyjskiej żaby. Konsekwencją takiej strategii była kropelkowa pomoc wojskowa, liczona przez długi czas w sztukach, do dziś wykluczająca między innymi przekazanie Ukrainie broni ofensywnej dalekiego zasięgu. Strategia ta była zbudowana na nieznajomości Rosji, rosyjskiego potencjału i rosyjskiego społeczeństwa, które jest zupełnie inaczej ukształtowane, niż się nam wydaje. Jest tam warstwa oligarchów, aparatczyków i różnego rodzaju służb, ale w większości jest to biedota, która zamieszkuje prowincje i w znacznej mierze nie wie co to dostatnie życie.
Rosja nie działa według logiki zachodniej. Rosyjska strategia wojskowa zawsze była zakorzeniona w ideologii – najpierw w ideologii carów i kościoła prawosławnego, potem komunistycznej, dziś putinowskiej. To swoista mieszanka imperializmu, nacjonalizmu i elementów faszyzmu.
Takiemu myśleniu podporządkowane jest również społeczeństwo, które w znacznej mierze nigdy nie zaznało dobrobytu, ale wie, że jego celem jest służba i wierność ojczyźnie i władzy – Wielkiej Rosji. Jego myślenie jest tak właśnie skonstruowane, czyli w dużej mierze podporządkowane celom imperialnego państwa.
My nie poświęcamy temu niestety wystarczająco dużo uwagi i w związku z tym popełniamy poważne błędy już na poziomie przyjmowania założeń i ich oceny. W różnych debatach publicznych widać, że ich uczestnikom wydaje się, że wiedzą już o Rosji wszystko, ale – analizując ich wypowiedzi – widać, że nie wiedzą o Rosji kompletnie nic. Nie pojmują rosyjskiej polityki imperialnej.
Prezydent USA Donald Trump też się na tym sparzył. Jeszcze przez objęciem urzędu zapowiadał szybie zakończenie wojny w Ukrainie. Przez prawie rok rządów amerykański prezydent wyszedł na naiwnego zachwalając prezydenta Rosji Władimira Putina, jako człowieka pokoju i opowiadając, jakie ma z nim dobre relacje. Putin od miesięcy zapewnia, że zgodziłby się na przerwanie wojny, gdyby nie sprzeciw Ukraińców, których nazywa nazistami i faszystami. To żenujący spektakl, którego prymitywizm aż bije w oczy, ale jak się okazuje, propagandowo niesamowicie skuteczny. Czy Putin nie ustąpi ani na krok zanim Kijów nie ogłosi całkowitej kapitulacji?
Celem Rosji nie jest już zdobycie całej Ukrainy. Teraz chodzi o „przemielenie” ukraińskiego żołnierza, rozbicie jego morale, zniszczenie infrastruktury, pozbawienie armii sprzętu. To jest wojna na wyczerpanie. I to wyczerpanie zarówno Ukraińców, jak i państw europejskich.
Rosja już od dawna stosuje długofalową strategię wyniszczenia Ukrainy i osłabienia Zachodu – również zasobowo i psychologicznie. Przy okazji testuje Zachód – jego cierpliwość, zasoby, determinację. Zachód, niestety, nie może odpowiedzieć zdecydowanie Putinowi, bo wciąż nie jest gotowy na konflikt.
Nie ma zasobów, by prowadzić długofalową wojnę. Amunicji starcza na kilka tygodni intensywnych działań. Produkcja jest zbyt powolna. To się teraz zaczyna zmieniać, ale potrzeba jeszcze co najmniej kilku lat, by Europa autentycznie „nabrała siły”.
Co więcej – Zachód nie bierze udziału w tej wojnie jako spójny blok. Każde państwo działa na własną rękę. Koordynacja jest słaba, dostawy spóźnione, a wyszkolenie rezerw – niewystarczające. Putin o tym doskonale wie, a Rosja realizuje plan krok po kroku. Zaanektowała cztery ukraińskie obwody, uznała je za integralną część Federacji. To tworzy nową sytuację prawną – będzie ich „bronić” jak własnego terytorium, a zasoby ludzkie pozwalają, by uzupełniać regularnie straty, a nawet zwiększać liczebnie armię.
W ostatnim czasie determinacja Europy jest wyraźnie większa, choć z pewnością wciąż nie wystarczająca. Czy w obliczu dyktatu Trumpa wobec Ukrainy europejskie państwa NATO będą musiały same pomagać Ukrainie?
Dziś 80% zdolności NATO to USA. Ale nawet USA mają obecnie zasoby na krótkotrwałe konflikty, nie na wojnę wyczerpującą, jaką prowadzi Rosja. Dlatego nawet tak potężne państwo jak Stany Zjednoczone musi wybierać – albo Izrael, albo Tajwan, albo Ukraina. Tymczasem najlepiej wyszkolone jednostki rosyjskich wojsk są nadal w Rosji, a nie w Ukrainie. Szkolą się, otrzymują nowy sprzęt, wyciągają wnioski z tej wojny.
To by mogło znaczyć, że jeżeli Rosja wyjdzie z konfliktu w Ukrainie zwycięsko, to za kilka lat będzie chciała zaatakować NATO w Europie? To możliwy scenariusz czy straszenie społeczeństw?
Rosja, mimo wojny w Ukrainie, buduje jednocześnie armię na kolejne etapy wojny. Kraje bałtyckie – one są logicznym, kolejnym celem Moskwy. Niewielkie, stosunkowo łatwe do zajęcia i to w krótkim czasie. Rosja od dawana ma też na celowniku utworzenie lądowego korytarza z obwodem królewieckim.
Polska musi o tym pamiętać, wiedzieć i rozumieć, z kim ma do czynienia. W Strategii Bezpieczeństwa Narodowego, własnej, dostosowanej do naszej historii, geografii, społeczeństwa, a nie „z szuflady”, skopiowanej z NATO czy USA, musimy jasno określić co jest systemem obrony państwa, jakie są jego filary – bo to przecież nie tylko wojsko, ale też społeczeństwo, gospodarka, przywództwo, przemysł, psychologia, edukacja. Kluczowe jest, żeby wiedzieć, gdzie i jak zorganizować i zastosować wszystkie te elementy.
Już w pierwszym roku wojny mówił Pan, że Ukraińcy umierają także za Polaków. Skoro nie zmienia Pan zdania, to znaczy, że klęska Ukrainy przyniosłaby Polsce dodatkowe, jeszcze poważniejsze zagrożenia?
Rosja się nie zatrzyma. Zrobi wszystko, by zamienić Ukrainę w Białoruś. Wówczas rosyjskie czołgi stanęłyby również na naszej południowo-wschodniej granicy Polski liczącej ponad 530 km długości. Polska ma jeszcze pewnie kilka lat na przygotowania się do wojny, których nie możemy zmarnować, jeśli chcemy mieć siły odstraszania, które mogą to zmienić.
Musimy szybciej i więcej inwestować w realne zdolności, nie tylko w zakupy sprzętu. Same zakupy to nie obrona. Oprócz silnej obrony przeciwlotniczej, armii dronów i systemów do ich zwalczania musimy też mieć wyszkolone rezerwy, silny, odbudowany przemysł zbrojeniowy oraz zabezpieczone łańcuchy dostaw, a do tego, o czym wciąż myślimy zbyt mało, społeczeństwo tak zbudowane, że będzie rozumiało ewentualne zagrożenia i będzie na nie odporne.
Potrzebujemy także przywództwa, które łączy, a nie dzieli. Strategii, która wychodzi poza kadencję polityczną. Przede wszystkim zaś świadomości, że wszystko, co robimy teraz, zdecyduje o tym, czy za pięć lat będziemy jeszcze nadal rozmawiać o zagrożeniach – czy już walczyć.
Co zatem w obecnej sytuacji jest najważniejsze dla naszej obronności?
To dobre pytanie, ale spóźnione. Powinno paść 20 lat temu. Wówczas powinniśmy myśleć co należy zrobić, abyśmy dzisiaj byli bezpieczni. Bo w takich właśnie wieloletnich kategoriach należy myśleć o obronności. Takie pytanie, niestety, wówczas nie padło. Teraz nadrabiamy gorączkowo tamte zaniedbania.
To, co obecnie wydaje się najważniejsze, to przede wszystkim zdefiniowanie celu politycznego obrony państwa. Tego co stanowi jego fundament. Wciąż nie ma Strategii Bezpieczeństwa Państwa, która jest tak potrzebna, bo ta stara opracowana bez udziału Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, Akademii Sztuki Wojennej, zaległa na półce i nikt do niej nie zagląda. Taka nowa półkowa strategia.
W nowej strategii powinniśmy uwzględnić fakt, że jesteśmy ważnym państwem na wschodniej flance i powinniśmy odgrywać tu rolę moderatora, a nie popychadła. Mamy współpracować z sojusznikami, ale przede wszystkim realizować własne cele, żeby Rosja nie odważyła się nas zaatakować. I o tym trzeba otwarcie mówić.
Musimy przede wszystkim osiągnąć jak najszybciej zdolności do odparcia uderzeń rakietowych i innych ataków z powietrza, a jednocześnie musimy mieć zdolności do wykonania uderzeń odwetowych. Na tym dzisiaj polega obrona. Ważna przy tym jest polityka. Rosja nie odważy się nas zaatakować wtedy, gdy doktryna odstraszania będzie realna.
Obawy przed ewentualną eskalacją konfliktu nie są naszą siłą. Dlatego trzeba wrócić do doktryny NATO, która była. Ja nie mówię nic nowego. Był w niej nawet zapis o zmasowanym odwecie jądrowym.
Dziś nie ma potrzeby korzystania od razu z broni jądrowej, wystarczy tylko wykorzystać maksymalne zasięgi i zdolności konwencjonalnej broni rakietowej i innych środków w przestrzeni powietrznej. To jest obecnie najważniejsze wyzwanie, do którego musimy przygotować wszystkich sojuszników – zarówno mentalnie, decyzyjnie, jak i w praktyce.
Zobacz też wcześniejszą rozmowę Sektora Obronnego z generałem Leonem Komornickim:


















