Pana sylwetki i dorobku nie trzeba przedstawiać specjalistom z dziedziny wojskowości, ale z dziennikarskiego obowiązku przypomnę tylko w największym skrócie, że karierę wojskową rozpoczął Pan w latach 70. XX wieku jako podchorąży w Oficerskiej Szkole Wojsk Pancernych im. Stefana Czarnieckiego w Poznaniu. Natomiast zwieńczeniem służby czynnej było stanowisko szefa Inspektoratu Szkolenia i zastępcy szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego w latach 1992–1997.
Generał Leon Komornicki: Zgadza się. To były bardzo wymagające czasy – przełomowe zarówno dla Polski, jak i dla Wojska Polskiego. Inspektorat Szkolenia, którym kierowałem, to była bardzo ważna instytucja, która powstała na gruzach Głównego Zarządu Szkolenia Bojowego Wojska Polskiego – struktury jeszcze z czasów PRL – który pełnił rolę dowódcy frontu Wojska Polskiego w ramach Układu Warszawskiego. Ta instytucja miała więc charakter ofensywny, dostosowany do doktryny Układu Warszawskiego.
Moim zadaniem było jego rozwiązanie i zbudowanie od podstaw Inspektoratu Szkolenia przy Sztabie Generalnym. To był ruch kluczowy, bo musieliśmy przestawić myślenie o armii z ofensywnego na defensywny – z sił do uderzenia na Zachód, na armię, która broni własnego terytorium.
Ale przede wszystkim – musieliśmy wrócić do fundamentów. A fundamentem Sił Zbrojnych zawsze jest poziom taktyczny: brygady, bataliony, żołnierz i jego sprzęt.
Zbudowaliśmy system szkolenia, który nie tylko ćwiczył żołnierzy, ale i scalał wiedzę pokoleniową. Chodziło o to, by doświadczeni generałowie i oficerowie starsi, którzy przeszli wszystkie szczeble dowodzenia, wspierali młodszych dowódców – zwłaszcza na szczeblu taktycznym. To była istotna zmiana. Bo tam, gdzie są czołgi, samoloty, okręty, a przede wszystkim żołnierz, który tym sprzętem włada, tam właśnie kształtuje się realna gotowość bojowa. Nie na papierze, tylko w działaniu. To była koncentracja uwagi na tym, co stanowi o sile wojska.
To chyba też czas, w którym wojsko mocno współpracowało z przemysłem?
Bardzo mocno. I to działało w dwie strony. Wojsko miało realny wpływ na rozwój technologii, testowało nowy sprzęt w praktyce, a przemysł – dzięki informacjom zwrotnym – mógł go ulepszać. Te relacje między użytkownikiem a producentem były żywe i przynosiły korzyść obu stronom.
Wspominał Pan też o czymś, co dziś nie istnieje – centralnych kursach dowódczych?
Tak. Na szczeblu centralnym, raz na cztery lata, organizowałem centralny kurs instruktorsko-metodyczny dla dowódców okręgów wojskowych i dowództwa operacyjnego. Pokazywaliśmy tam, jak prowadzić ćwiczenia na poziomie brygad, jak współdziałać z siłami cywilnymi, obroną terytorialną, administracją lokalną. To była też okazja, żeby prezentować dorobek polskiego przemysłu obronnego.
Kursy odbywały się na poligonie drawskim. Tam wojsko mogło ćwiczyć z użyciem najnowszego sprzętu. Byli obecni politycy, ministrowie, prezydent, premier. To była świetna okazja, by pokazać również politykom, jak wygląda armia „od kuchni”. Dziś tego elementu edukacyjnego dramatycznie brakuje.
Zanim przejdziemy do omówienia stanu polskiej armii i stanu polskiej obronności, chciałbym zapytać o Rosję. Jakkolwiek źle to nie zabrzmi w kontekście humanitarnym – bo wojna i dramat ludzi to zawsze wielka tragedia – to wojna jest też poligonem doświadczalnym do testów sprzętu, ludzi, strategii i planów operacyjnych. Wydaje się, że Rosja skutecznie wykorzystuje ten czas. Wyciąga na bieżąco wnioski z wojny – zarówno na poziomie militarnym, jak i politycznym. Tworzy nowe rodzaje sił zbrojnych. Zmienia doktrynę wojenną. Cały czas prowokuje, szantażuje i testuje różnymi działaniami, sprawdzając reakcje NATO. Początkową wojnę pancerną szybko przeorganizowała w wojnę powietrzną – dronową i rakietową. Już wydawało się, że kolejne sankcje ekonomiczne nakładane przez Unię Europejską i Stany Zjednoczone zduszą potencjał militarny Rosji, a jednak patrząc na ostatnie ataki powietrzne na Ukrainę, wydaje się, że ten potencjał jest coraz większy. Jeszcze kilka miesięcy temu w ciągu nocy wystrzeliwano około 100–150 rakiet i dronów i to w rejony wschodniej Ukrainy, a teraz w ciągu nocy 500–750 dronów i rakiet atakuje nawet Lwów, który znajduje się od naszej granicy zaledwie o 90 kilometrów. Czy faktycznie sankcje zachodnie nie robią na Rosji wrażenia, a cicha pomoc rosyjskich sojuszników jest wystarczająca, by zminimalizować ich skutki? Czy Rosję stać na to, żeby prowadzić taką klasyczną wojnę na wyniszczenie czy to raczej ostatnie zrywy mające wypracować lepszą pozycję negocjacyjną przed ewentualnymi rokowaniami pokojowymi czy rozejmem?
To bardzo ważne pytanie, które w debacie publicznej praktycznie nie istnieje. Aby zrozumieć rosyjską agresję, trzeba sięgnąć głębiej – do fundamentów rosyjskiej polityki imperialnej Władimira Putina i jego zaufanych współpracowników oraz do rosyjskiej doktryny wojennej. Do takich zaufanych współpracowników, działających od wielu lat, na pewno należy zaliczyć Siergieja Ławrowa, szefa rosyjskiej dyplomacji czy Walerija Gierasimowa, szefa Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej, który jest głównym strategiem działania rosyjskiej armii.
Czyli do ideologii i imperialnych zapędów Rosji?
Dokładnie. Rosyjska strategia wojskowa zawsze była zakorzeniona w ideologii – najpierw w ideologii carów i kościoła prawosławnego, potem komunistycznej, dziś putinowskiej. To swoista mieszanka imperializmu, nacjonalizmu i elementów faszyzmu. My nie poświęcamy temu niestety wystarczająco dużo uwagi i w związku z tym popełniamy poważne błędy już na poziomie przyjmowania założeń i ich oceny. W różnych debatach publicznych widać, że ich uczestnikom wydaje się, że wiedzą już o Rosji wszystko, ale – analizując ich wypowiedzi – widać, że nie wiedzą o Rosji kompletnie nic. Nie pojmują rosyjskiej polityki imperialnej, nie pojmują rosyjskiego systemu militarnego, ogromnego potencjału przemysłowego, który pracuje w trybie gospodarki wojennej, i nie rozumieją rosyjskiego społeczeństwa, które w tym układzie odgrywa bardzo istotną rolę.
Rosja nie działa według logiki zachodniej – nie interesuje jej tylko bezpieczeństwo terytorialne czy zadowolenie i dobrobyt mieszkańców. Jej cele są ideologiczne – ekspansja, podporządkowanie sobie sąsiadów i odbudowa strefy wpływów. I właśnie temu podporządkowana jest jej armia – zorganizowana ofensywnie, gotowa do działania poza granicami. I temu podporządkowane jest również społeczeństwo, które w znacznej mierze dobrobytu nigdy nie zaznało, ale wie, że jego celem jest służba i wierność ojczyźnie i władzy – Wielkiej Rosji.
Zobacz też rozszerzoną wersję wywiadu z generałem Leonem Komornickim na kanale YouTube Sektora Obronnego, do którego link znajduje się poniżej:
Czyli wojna w Ukrainie to nie błąd Putina tylko jeden z elementów większego planu?
Zdecydowanie tak. W 2021 roku Putin opublikował słynny list o historycznej jedności „trójjedynego narodu ruskiego”, w którym mówił, że Rosjanie, Ukraińcy i Białorusini to jeden naród, opierający się na tysiącletniej historii, języku, „ruskiej” identyfikacji etnicznej, wspólnej przestrzeni kulturowej, religii prawosławnej. I że nie pozwoli na ich rozdzielenie. To ideologiczne uzasadnienie inwazji.
Nie oznacza to jednak, że wkraczając do Ukrainy w 2022 roku rosyjski kontyngent nie popełnił błędów.
Bo to trzeba też bardzo wyraźnie podkreślić. Na Ukrainie nie walczyła i nie walczy armia rosyjska, tylko jej wydzielony kontyngent, który został do tego celu specjalnie oddelegowany, a to też ma wielkie znaczenie. Armia rosyjska znajduje się cały czas na terytorium Rosji i tam wszystkie wnioski i doświadczenia z „operacji specjalnej” – jak mówi o ataku na Ukrainę Władimir Putin – przekuwane są w konkretne programy i szkolenia. W ten sposób armia przygotowuje się do nowej wojny, bo przecież Putin po ataku na Ukrainę jasno przedstawił swoje żądania zachodowi. Nie chodzi mu jedynie o odbudowanie strefy wpływów związanej z Ukrainą czy Białorusią, ale także na przykład wycofanie się potencjału wojsk NATO z Polski i krajów nadbałtyckich, które przywracałoby sytuację geopolityczną, jaka miała miejsce do lat 90. XX wieku.
Widać też, jak ta wojna zmieniała się w czasie. Kontyngent, który zaatakował Ukrainę 22 lutego 2022 roku, przeprowadził ten atak kompletnie niezgodnie z rosyjską sztuką wojenną i operacyjną. Przyjęto zły scenariusz wynikający z niewłaściwej oceny społeczeństwa ukraińskiego, które zasmakowało już suwerenności i wolności oraz złej oceny armii, która jednak zmieniła się już od 2014 roku. Te dane wywiadowcze, które przygotowano – i jak się później okazało były w dużym stopniu sfabrykowane – pozwoliły przyjąć, że kontyngent rosyjskich sił zbrojnych może wjechać na teren Ukrainy nie prowadząc typowych działań wojennych, które powinny nastąpić. Nie było zmasowanych uderzeń powietrznych, ataków rakietowych i artyleryjskich obejmujących całe terytorium państwa, obezwładniających infrastrukturę krytyczną, stanowiska dowodzenia i inne cele pierwszej kolejności rażenia. Nawet wojska lądowe nie zaczęły od granicy działań bojowych, tylko wjechały w kolumnach drogami publicznymi.
Kreml zakładał szybki sukces. Wejście do Kijowa niemal bez walki. I na początku armia rosyjska miała faktycznie dość znaczne sukcesy. Na południu wjechała w głąb kraju ponad 350 kilometrów i dopiero pod Mariupolem natrafiła na zaciekły opór pułku Azow. Także od północnego wschodu nastąpiły włamania wojsk rosyjskich na głębokość 80–120 kilometrów w terytorium Ukrainy. Dopiero wtedy kontyngent wojsk rosyjskich został zatrzymany. Nie miał już odwodów. Nie miał drugich rzutów operacyjnych i strategicznych. Wyczerpał po części swoje zasoby i nie był w stanie kontynuować natarcia.
Działania wojsk ukraińskich też nie były łatwe, bo Rosjanie zaatakowali praktycznie wzdłuż całej granicy lądowej Rosji z Ukrainą rozciągając front i rozpraszając siły ukraińskie na długości ponad 1.300 kilometrów. Ale Ukraińcy stawili opór. Rosjanie popełnili klasyczne błędy: zlekceważyli przeciwnika, źle ocenili morale społeczeństwa i stan ukraińskiej armii.
Po niepowodzeniu ofensywy na początku wojny, Rosja zmieniła jednak szybko swoje podejście. Skróciła front, skupiła się na Donbasie i południu Ukrainy. A przede wszystkim – rozpoczęła przebudowę armii i gospodarki. Już w grudniu 2022 roku Putin podjął decyzję o częściowej mobilizacji. W styczniu 2023 roku cała rosyjska gospodarka została podporządkowana wojnie.
W Rosji to o tyle proste, że przejście gospodarki w tryb wojenny to praktycznie jednoosobowa decyzja.
Tak. I to nie tylko militarnie. Oni przestawili przemysł, wciągnęli społeczeństwo, rozpoczęli produkcję masową dronów, rakiet, amunicji. A Zachód? Nadal działał „kropelkowo” – dozując wsparcie dla Ukrainy, analizując każdą decyzję polityczną.
Ale czy takie decyzje i działania władzy naprawdę nie osłabiają Rosji?
Rosja wcale nie słabnie. Właśnie tak. Zachód nie rozumie rosyjskiej gospodarki. Ona jest odporna na sankcje – bo nie jest oparta na klasycznym kapitalizmie. Rosja znalazła „bypassy” – omija ograniczenia, współpracuje z Chinami, Koreą Północną, Iranem. I co więcej, eksportuje zboże, surowce, broń – zarabia na wojnie.
Putin wyraźnie pokazał, że to nie jest tymczasowy konflikt. To jest długofalowa strategia wyniszczenia Ukrainy i osłabienia Zachodu – również zasobowo i psychologicznie.
Czyli celem Rosji nie jest już zdobycie całej Ukrainy?
Nie. Teraz chodzi o „przemielenie” ukraińskiego żołnierza, rozbicie jego morale, zniszczenie infrastruktury, pozbawienie armii sprzętu. To jest wojna na wyczerpanie. I to wyczerpanie zarówno Ukraińców, jak i państw europejskich.
Rosja testuje Zachód – jego cierpliwość, zasoby, determinację. Uderza dronami i rakietami, ale proszę zwrócić uwagę, że nie atakuje na przykład w ogóle linii kolejowych, którymi państwa europejskie przesyłają Ukrainie sprzęt i wyposażenie. Mimo, że te trasy są doskonale znane.
To moim zdaniem też świadoma decyzja mająca na celu ściągnięcie jak największej ilości drogiego amerykańskiego i europejskiego sprzętu wojskowego i zniszczenie go na froncie. Bo to osłabia też całe NATO.
Czy w takim razie – po ostatnich deklaracjach Donalda Trumpa o wznowieniu dostaw i wzmocnieniu militarnym Ukrainy – Ukraińcy mają jeszcze szansę na skuteczną kontrofensywę?
Nie. Ten moment minął. Był taki czas – po porażce Rosji pod Kijowem, zanim kontyngent rosyjskich wojsk nie przeszedł na działania obronne – kiedy Ukraina mogła wykonać skuteczne kontruderzenie. Ale do tego potrzebowała odwodów operacyjnych, ciężkiego sprzętu, amunicji.
Zachód tego nie dostarczył na czas. Pomoc była zbyt wolna, zbyt ograniczona. A Rosja zdążyła się przegrupować, przygotować linie obronne, zaminować teren i okopać się na swoich pozycjach.
To był moment strategiczny, najbardziej ważny, krytyczny dla armii rosyjskiej. Wówczas Rosja jeszcze nie zdążyła wciągnąć rosyjskiego społeczeństwa do wojny, nie przekształciła swojej gospodarki w machinę wojenną, nie przeprowadziła częściowej, a później powszechnej mobilizacji. I wtedy ten osłabiony, zatrzymany kontyngent, niezdolny do prowadzenia działań operacyjnych, który się jeszcze nie okopał, nie zorganizował obrony, można było pobić. I to był ten jedyny moment, który już od tamtej pory nie wystąpił i nie wystąpi.
Armia ukraińska podjęła jeszcze co prawda wówczas działania na dwóch kierunkach – chersońskim i kupiańskim – czyli od południa i od północy, wyposażona zresztą w polski sprzęt, w czołgi, w amunicję. Ale one też na skutek braku zasobów i odwodów nie mogły być dalej kontynuowane.
I od późnej jesieni 2022 roku następuje praktycznie przejście obu armii do obrony w tej przestrzeni, na froncie prawie 1400 kilometrów. Armia rosyjska nie ma zdolności ofensywnych, armia ukraińska także. W związku z tym Putin podejmuje decyzje, od których zmienia się cała filozofia prowadzenia wojny w Ukrainie.
Po pierwsze, anektuje obwody: ługański, doniecki, zaporoski i chernsoński, uznając je za integralną część Rosji. To jest pomijane, teraz dopiero zaczyna się na to zwracać uwagę, ale to ważna decyzja z perspektywy Kremla. Od tego momentu Putin nie stawia już zadania opanowania całego terytorium Ukrainy. Stawia inne zadanie. Poprzez działania o charakterze taktycznym wykrwawiać ukraińską armię.
Po drugie, nakazuje wyniszczać sprzęt wojskowy armii ukraińskiej i zasoby tej armii, ale także zasoby sprzętu wojskowego i amunicji, które dostarcza Zachód. Rosja dokładnie wie, którędy ten sprzęt dociera do armii ukraińskiej, a nie było ani jednego przypadku, żeby na przykład zostały zaatakowane transporty tego sprzętu. To też jest ciekawe zjawisko, że szlaki komunikacyjne nie są atakowane przez Rosję. Proszę bardzo, dawajcie, będziemy je tu niszczyć. Bo Rosja wie, że ta wojna obnażyła słabości Zachodu, który nie posiada zasobów w magazynach. Nie ma amunicji, chyba że na krótką wojenkę. Rosja chętnie będzie więc te zapasy wyczerpywać. A przemysł europejski nie jest gotowy, żeby już produkować nowe zapasy.
I jeszcze kolejny krok, który był łatwy do wykonania. Wsparcie Zachodu dla Ukrainy w pierwszej kolejności objęło działania państw wschodniej franki NATO. Państw, które były wyposażone w technikę post-sowiecką. Czołgi T-72, samoloty MiG-21. To wszystko poszło już do Ukrainy. A w to miejsce co mamy?
A szkolenie rezerw? Ja stawiam też takie pytanie. Te skromne rezerwy, które formalnie mamy, mieliśmy przygotowane na przykład w przypadku wojsk pancernych do czołgów T-72 i PT-91, a to przekazaliśmy. Czy ci rezerwiści są w stanie przesiąść się na Abramsy, Leopardy czy czołgi koreańskie? No nie są na to przygotowani.
Mówimy o rosyjskich celach w walce w przestrzeni lądowej, ale pozostaje jeszcze przestrzeń powietrzna i coraz bardziej zmasowane ataki dronów i rakiet?
To bardzo ważne pytanie. Otóż ten cel jest pozornie niespójny z celami, jakie ma wyznaczony kontyngent wojsk rosyjskich w Ukrainie. Bo to jest już cel dla armii rosyjskiej, która znajduje się cały czas na terenie Rosji.
Proszę zwrócić uwagę, że w strefie śmierci, czyli na linii styczności obu armii, Rosjanie bardzo rzadko wykorzystują najnowszy sprzęt. Jeżeli już, to w bardzo śladowych ilościach, po to, żeby go przetestować. Tak było z czołgami T-14 Armata, czy T-90. Pojawiły się tam dosłownie na chwilę, żeby je sprawdzić i dokonać ewentualnych poprawek. I tutaj, w tej przestrzeni lądowej, jako że to jest zjawisko „bieda wojny”, gdzie brakuje nawet amunicji, pojawiły się drony. One uzupełniały braki. Masowo wykorzystywane do zwiadu, rozpoznania i ataków na jednostkowe cele. Najpierw cywilne, teraz już bardziej profesjonalne. Ale to tanie drony do działań na bliskich odległościach.
Plagą dla Ukraińców są coraz bardziej zmasowane ataki dronów dalekiego zasięgu. One nie służą operacjom połączonym. Tak samo jak rakiety, drony Rosja wykorzystuje do ataków z terytorium Rosji, systematycznie, permanentnie uderzając i wyczerpując rakiety do obrony przeciwlotniczej czy powietrznej Ukrainy. To daje możliwość stworzenia warunków do tego, żeby w drugiej fali, gdy lecą rakiety typu Iskander, Kalibr, czy H-101, czyli rakiety manewrujące, obrona przeciwlotnicza, powiedzmy była przesycona i nie była w stanie zareagować na te uderzenia. A uderzenia w infrastrukturę krytyczną, przemysłową, przemysł zbrojeniowy, ale też w obiekty cywilne, mają oddziaływać psychologicznie na społeczeństwo. Osłabiać wolę i gotowość narodu ukraińskiego do obrony, budować atmosferę beznadziei i tym samym doprowadzić prędzej czy później do tego, żeby opanować terytorialnie całą Ukrainę bez wojska. Żeby zmęczony i wyczerpany naród sam chciał dokonać zmian politycznych w Ukrainie, żeby te zmiany nastąpiły oddolnie.
A poza tym to jest cały czas element szkolenia dla armii rosyjskiej w prowadzeniu wojny rakietowej. I Rosja będzie systematycznie te ostrzały prowadzić, bo wciągnęła rosyjskie społeczeństwo do wojny, przeprowadzając powszechną mobilizację. Zbudowała to, co Pan też tutaj w pytaniu zawarł – sojusz, z Chinami, które musiały dać zielone światło do tej wojny. Wspiera Rosję bardzo mocno Korea Północna, Iran, ale z Rosją jest też globalne południe, dla którego Rosja jest największym eksporterem zboża na świecie. Nie Ukraina. W ubiegłym roku Rosja wyeksportowała 55 milionów ton zbóż. I pieniądze, jakie zostały uzyskane z tej sprzedaży są większe niż ze sprzedaży uzbrojenia.
Co taka sytuacja oznacza dla Polski i NATO? Jakie są możliwe scenariusze i terminy ich realizacji?
Zachód, niestety, nie jest gotowy na konflikt. Nie ma zasobów, by prowadzić wojnę długofalową. Amunicji starcza na kilka tygodni intensywnych działań. Produkcja jest zbyt wolna. Nawet tak potężne państwo jak USA musi wybierać – albo Izrael, albo Tajwan, albo Ukraina.
Co więcej – Zachód nie bierze udziału w tej wojnie jako spójny blok. Każde państwo działa na własną rękę. Koordynacja jest słaba, dostawy spóźnione, a wyszkolenie rezerw – niewystarczające.
Rosja realizuje plan krok po kroku. Zaanektowała cztery ukraińskie obwody, uznała je za integralną część Federacji. To tworzy nową sytuację prawną –będzie ich „bronić” jak własnego terytorium.
A główne, najlepiej wyszkolone jednostki, są nadal w Rosji. Szkolą się, otrzymują nowy sprzęt, wyciągają wnioski z tej wojny. Rosja buduje armię na kolejne etapy.
Czyli następny krok to…?
Kraje bałtyckie. One są logicznym celem – niewielkie, stosunkowo łatwe do zajęcia w krótkim czasie. A przede wszystkim – Rosja od lat dąży do utworzenia lądowego korytarza z obwodem królewieckim.
Atak na państwa bałtyckie byłby też testem dla NATO. Czy sojusz zareaguje, w jaki sposób odpowie? Czy będzie gotowy?
Obawiam się, że nie. Dziś 80% zdolności NATO to USA. A USA mają zasoby na krótkotrwałe konflikty, nie na wojnę wyczerpującą, jaką prowadzi Rosja.
Polska musi zrozumieć, z kim ma do czynienia. Musimy zacząć od nowa budować strategię bezpieczeństwa narodowego. I to nie „z szuflady”, nie kopiowaną z NATO czy USA, tylko własną – dostosowaną do naszej historii, geografii, społeczeństwa.
Musimy też jasno określić – co jest systemem obrony państwa, jakie są jego filary – nie tylko wojsko, ale też społeczeństwo, gospodarka, przywództwo, przemysł, psychologia, edukacja.
W PRL przygotowywaliśmy się do działań ofensywnych, nie do obrony. Dziś trzeba to odwrócić – ale to nie znaczy, że mamy być pasywni. Obrona musi być aktywnie zaczepna. Musimy myśleć o działaniach wyprzedzających, o osłabianiu przeciwnika, o walce nie tylko na swoim terytorium, ale też o wpływaniu na jego potencjał.
Czołg sam wojny nie wygra. Czołg potrzebuje inżynierii, rozpoznania, artylerii, osłony z powietrza. A przede wszystkim – człowieka, który wie, jak go użyć.
To samo z dronami. Nie wierzmy w tezy o „zmierzchu broni pancernej”. Drony nie zastąpią czołgów. To tylko narzędzie. Kluczowe jest, żeby wiedzieć, gdzie i jak je stosować.
Polska ma jeszcze pewnie kilka lat. Ale nie możemy ich zmarnować. Musimy inwestować w realne zdolności, nie tylko w zakupy. Same zakupy to nie obrona. Musimy:
- szkolić rezerwy,
- odbudować przemysł zbrojeniowy,
- zabezpieczyć łańcuchy dostaw,
- stworzyć odporne społeczeństwo.
Potrzebujemy także przywództwa, które łączy, a nie dzieli. Strategii, która wychodzi poza kadencję polityczną. I świadomości, że wszystko, co robimy teraz, zdecyduje o tym, czy za pięć lat będziemy jeszcze nadal rozmawiać o zagrożeniach – czy już walczyć.



















