Panie generale, nie sposób chyba, mając możliwość rozmowy z ekspertem i naukowcem, nie zacząć od spraw najbardziej strategicznych, czyli od Strategii Bezpieczeństwa Narodowego Polski. Doktryna rosyjska pokazuje, że się zmienia, jest upowszechniana – być może ze względów politycznych, być może ze względów socjologiczno-psychologicznych. To samo zrobił Donald Trump w 2025 roku, ogłaszając Strategię Bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych i ją realizując. A my? Nie potrzebujemy Strategii. Ja to pytanie zadaję naszym ekspertom cały czas, bo dziwi mnie, że tak naprawdę jest taka cisza wokół tego tematu.
Generał Mieczysław Gocuł: No niepokojąca cisza bym powiedział, tak?
Zacznę może od tego, że nie wszystkie kraje de facto posiadają strategie bezpieczeństwa narodowego. Ale też nie znam ani przedsiębiorstwa, ani kraju, który osiągnął sukces na płaszczyźnie gospodarczej, militarnej, bądź społecznej, bez strategii. Nie znam też kraju, który w stu procentach strategię zrealizował. Ale…
Po pierwsze, strategia jest dokumentem w państwie, który równoważy kwestie rozwojowe. Czym bowiem jest bezpieczeństwo? W dużym uproszczeniu można powiedzieć, że jest to stan, w którym nie występują zagrożenia i możliwy jest trwały rozwój. Jeżeli mówimy o Strategii Bezpieczeństwa Narodowego, nie możemy zapominać, że dokument ten jest kierowany nie tylko do społeczeństwa wewnątrz państwa, jako swoisty strategiczny przekaz dotyczący wizji bezpieczeństwa i rozwoju państwa, ale również na zewnątrz.
Do czego zmierzam? Wyobraźmy sobie sytuację, w której w naszej strategii pojawia się zapis, że państwo polskie zastrzega sobie prawo do wykonywania głębokich uderzeń prewencyjnych w momencie wykrycia symptomów naruszenia integralności terytorialnej naszego państwa. To byłby bardzo silny przekaz. Byłby to sygnał wysyłany przez państwo będące członkiem sojuszu obronnego, co jednak nie wyklucza podejmowania tego typu działań. Oczywiście wymagałoby to konsultacji sojuszniczych, ponieważ jesteśmy związani postanowieniami Traktatu Północnoatlantyckiego. Mam tu na myśli przede wszystkim art. 4, zgodnie z którym wszelkie działania tego rodzaju poddawane są konsultacjom.
Byłby to jednak bardzo wyraźny komunikat – uważajcie, ponieważ jeśli naruszycie naszą integralność albo wykryjemy symptomy jej naruszenia, dysponujemy zdolnościami i potencjałem do przeprowadzenia głębokich uderzeń na waszą infrastrukturę krytyczną. Z tego punktu widzenia znaczenie strategii jest nie do przecenienia.
Ale równie istotne jest to z innej perspektywy – z punktu widzenia przygotowań obronnych całego państwa oraz synchronizacji ogromnego mechanizmu obejmującego wszystkie szczeble administracji i instytucji odpowiedzialnych za bezpieczeństwo. Dotyczy to zarówno centralnych organów administracji państwowej i szczebla rządowego, jak i elementów nadzorowanych przez Prezesa Rady Ministrów oraz ministra obrony narodowej. Obejmuje również całą strukturę samorządową – od poziomu województwa, przez powiat, aż po gminę.
Przygotowujemy społeczeństwo do realizacji zadań na wypadek zagrożeń bezpieczeństwa państwa o charakterze polityczno-militarnym. Trudno jednak synchronizować te działania, jeśli nie wynikają one z jednego, wspólnego punktu wyjścia. Tym punktem odniesienia pozostają Strategia Bezpieczeństwa Narodowego oraz Średniookresowa Strategia Rozwoju Kraju. Bez tych dokumentów trudno bowiem zsynchronizować działania państwa i znaleźć trwały punkt odniesienia dla polityki rządu w sferze obronności.
Mówimy przy tym o obszarze, na który Polska przeznacza dziś setki miliardów złotych – zarówno z budżetu państwa, który w 2026 roku ma przewidywać rekordowe wydatki obronne na poziomie około 200 mld zł, czyli blisko 5% PKB, jak i ze środków pozabudżetowych, przede wszystkim z obsługiwanego przez Bank Gospodarstwa Krajowego Funduszu Wsparcia Sił Zbrojnych, utworzonego na podstawie ustawy o obronie Ojczyzny w 2022 roku. Dochodzą do tego także środki z unijnego programu SAFE, w ramach którego Polska – jako największy beneficjent programu – ma otrzymać 43,7 mld euro preferencyjnych pożyczek na modernizację armii, rozwój Tarczy Wschód, systemów przeciwlotniczych, antydronowych oraz infrastruktury wojskowej w latach 2026–2030.
Dlatego niedopuszczalne jest, aby państwo tej wielkości co Polska nie posiadało dokumentu strategicznego stanowiącego punkt referencyjny dla działań w zakresie przygotowań obronnych państwa, w tym również dla stworzenia zasadniczego dokumentu, jakim jest plan reagowania obronnego państwa.
W trakcie Security Conference 2026, konferencji organizowanej przez Akademię Sztuki Wojennej, w wystąpieniu wprowadzającym powiedział Pan o trzech filarach bezpieczeństwa. Po pierwsze o filarze militarnym, po drugie o sojuszach, po trzecie o ochronie ludności i obronie cywilnej i przygotowaniu ludności oraz państwa na kryzys. Chciałbym, żebyśmy spróbowali rozwinąć te trzy wątki.
Zaczynając od kwestii militarnych – w nawiązaniu do tego, o czym pan wspomniał – jeżeli mielibyśmy Strategię Bezpieczeństwa, wiedzielibyśmy chociażby co kupować, jakiego rodzaju sprzęt jest nam potrzebny. Pan swoją karierę wojskową zaczynał w wojskach pancernych, w związku z czym domniemywam, że dużym sentymentem darzy pan i czołgi, i armatohaubice, których w tej chwili kupiliśmy najwięcej, ale czy nie powinniśmy kupować raczej broni rakietowej, dronów czy systemów antydronowych? Czy obecny kierunek rozwoju polskich Sił Zbrojnych ma sens, skoro nie mając Strategii nie wiemy, jak powinna wyglądać polska armia?
Powiem w ten sposób – swój ogromny sentyment do broni pancernej staram się pozostawiać raczej w murach muzeów, gdzie mogę dać upust zarówno swoim fascynacjom, jak i pewnej nostalgii związanej z czołgami.
A jeżeli chodzi o rozwój sił zbrojnych, musi on być przede wszystkim zrównoważony – to kwestia fundamentalna. Musimy patrzeć na rozwój armii systemowo, z perspektywy potrzeb operacyjnych. Nie może być sytuacji, w której inwestujemy wyłącznie w środki rażenia, zapominając jednocześnie o środkach rozpoznania czy systemach dowodzenia, które de facto budują świadomość sytuacyjną na polu walki.
Zob. również wywiad wideo z gen. Mieczysławem Gocułem:
Jeżeli kupujemy środki dalekiego rażenia, musimy równolegle posiadać narzędzia dalekiego rozpoznania. To one nie tylko tworzą pełny obraz sytuacji operacyjnej, ale również pozwalają na precyzyjne wskazywanie celów do rażenia, a następnie umożliwiają przeprowadzenie oceny skutków uderzeń, czyli tak zwany Battle Damage Assessment.
Jeżeli chodzi o kierunek obecnego rozwoju, przypomnę, że swego czasu napisałem artykuł zatytułowany One Step Back to the Future. Tytuł ten dobrze oddawał moją percepcję sytuacji. Tak długo, jak Rosja dysponuje określonymi środkami rażenia, tak długo również my nie powinniśmy rezygnować z posiadania tego rodzaju zdolności.
Przez pewien czas bardzo intensywnie rozwijała się dyskusja dotycząca porozumienia ottawskiego oraz kwestii min przeciwpiechotnych i przeciwpancernych. Chodzi oczywiście o Konwencję o zakazie użycia, składowania, produkcji i przekazywania min przeciwpiechotnych oraz o ich zniszczeniu, podpisaną w Ottawie 3 grudnia 1997 roku, która weszła w życie 1 marca 1999 roku. Dokument ten, powszechnie określany mianem Traktatu Ottawskiego lub Konwencji Ottawskiej, zakładał eliminację min przeciwpiechotnych z arsenałów państw-sygnatariuszy oraz ograniczenie ich dalszego wykorzystywania.
Dzisiaj jednak patrzymy na to, co dzieje się w Ukrainie, i widzimy wyraźnie, że każde narzędzie dające pewność zatrzymania przeciwnika – nie gdzieś w głębi kraju, ale już na naszej granicy albo jeszcze przed nią – staje się z punktu widzenia obrońcy rozwiązaniem dopuszczalnym.
Dlatego obecny kierunek modernizacji Sił Zbrojnych RP odpowiada na zasadnicze wyzwanie, które w moim przekonaniu ma charakter fundamentalny: zbudowanie na tyle silnej armii, aby była ona zdolna do skutecznego odstraszania przeciwnika. Kluczowe są tutaj trzy filary, o których wielokrotnie mówił również premier Władysław Kosiniak-Kamysz. Te trzy elementy muszą wzajemnie na siebie oddziaływać i się uzupełniać.
Przede wszystkim są to same Siły Zbrojne oraz dynamika ich rozwoju. Musimy posiadać zdolność do rażenia celów na dużych odległościach. Konieczne jest także zbudowanie – być może jeszcze nie w pełnym wymiarze strategicznym, bo to wymaga czasu – ale przynajmniej na poziomie operacyjnym zdolności do skutecznego odstraszania. Chodzi o stworzenie takich możliwości, które pozwolą nam w razie potrzeby przenieść konflikt również na terytorium przeciwnika. Tego właśnie dzisiaj brakuje Ukrainie i jest to jeden z najważniejszych wniosków, jakie wyciągamy z tej wojny.
Musimy zbudować takie siły zbrojne, które będą zdolne do skutecznego odstraszania przeciwnika. Fundamentem tego odstraszania jest jednak nie tylko sama armia, ale również silne i odporne społeczeństwo oraz wiarygodne sojusze. To także jeden z elementów odstraszania, o którym wielokrotnie mówił minister Władysław Kosiniak-Kamysz.
Powiedziałbym więc w ten sposób – siły zbrojne wraz z całym swoim szerokim otoczeniem oraz zapleczem gospodarczym tworzą jeden organizm bezpieczeństwa państwa. Wojna nie jest bowiem aktem jednorazowym ani pojedynczym wydarzeniem. Wojna w Ukrainie trwa już piąty rok i pokazuje, że państwo musi być przygotowane na długotrwały konflikt.
Nasz przeciwnik – dziś jest nim Rosja – musi jednoznacznie zrozumieć, że strategiczny potencjał obronny państwa nie ogranicza się wyłącznie do sprawnych, kompetentnych i gotowych do działania sił zbrojnych. Składa się na niego również polityka zagraniczna, a więc obszar związany z budowaniem i utrzymywaniem sojuszy, szczególnie w wymiarze bezpieczeństwa i obronności.
Istotnym elementem tego systemu są również służby specjalne, których zadaniem jest dostarczanie informacji o symptomach narastania konfliktu oraz tworzenie podstaw do podejmowania odpowiednich decyzji politycznych z odpowiednim wyprzedzeniem. Równie ważną rolę odgrywa gospodarka oraz całe zaplecze ekonomiczne państwa.
Dzisiaj coraz trudniej jednoznacznie oddzielić sektor przemysłowo-obronny od pozostałych elementów gospodarki. Zarówno z wojskowego, jak i cywilnego punktu widzenia wszystkie klasy zaopatrzenia mają znaczenie dla funkcjonowania państwa w czasie wojny. Nie chodzi wyłącznie o potrzeby sił zbrojnych czy sojuszniczych wojsk wsparcia. Chodzi również o społeczeństwo i zapewnienie ciągłości funkcjonowania państwa jako całości.
Niedawno byłem w Kijowie i obserwowałem, jak wygląda codzienne życie w Ukrainie. Mimo trwającej wojny życie toczy się dalej. W oddali słychać czasem syreny alarmowe czy odgłosy działań wojennych, ale ludzie nadal studiują, pracują, zawierają małżeństwa, rodzą się dzieci. Państwo funkcjonuje.
To pokazuje, że w sytuacji zagrożenia konfliktem polityczno-militarnym utrzymanie funkcjonowania struktur państwowych nie może opierać się wyłącznie na siłach zbrojnych. Kluczowe znaczenie ma całe zaplecze przemysłowo-obronne oraz szeroko rozumiany strategiczny potencjał obronny państwa.
Wszystkie te elementy muszą działać równocześnie i wzajemnie się uzupełniać. Zapewnienie odpowiedniej synergii może bowiem sprawić, że efekt końcowy będzie większy niż prosta suma poszczególnych części – że, mówiąc obrazowo, dwa plus dwa może dać pięć.
Zanim przejdziemy do rozmowy na temat naszych sojuszów, tego co się dzieje w szeroko rozumianej sytuacji geopolitycznej na świecie, chciałbym zapytać o strategię naszych zakupów militarnych, która miała miejsce do tej pory, czyli na przykład o wielość platform – zarówno jeśli chodzi o lotnictwo, jak i o czołgi, czy inne rodzaje broni. Czy to się bierze z faktu, że chcemy się dozbroić jak najszybciej, a sprzętu na rynku nie ma, więc trzeba rozmawiać zarówno z Koreańczykami, jak i z Amerykanami, Brytyjczykami, Niemcami na temat zakupów i czy to nam się nie odbije czkawką za kilka lat, bo okaże się, że uzbrojenie nie są kompatybilne, że na przykład obsługa logistyczna, serwisowa i remontowa trzech różnych platform czołgów będzie zbyt skomplikowana w sytuacji kryzysowej?
Panie redaktorze, paradoksalnie prawdziwe są tutaj oba pana wnioski.
Z punktu widzenia potrzeb operacyjnych sił zbrojnych, ale również całego systemu obronnego państwa, powinniśmy dążyć do możliwie daleko idącej unifikacji i typizacji sprzętu. Jeżeli spojrzymy na Niemcy, podstawowym czołgiem bojowym pozostaje Leopard. W Stanach Zjednoczonych tę rolę pełni Abrams, a we Francji – Leclerc. Każde z tych państw buduje swoje zdolności pancerne w oparciu o jednolitą platformę.
Tymczasem w Polsce jeszcze niedawno funkcjonowały de facto cztery różne platformy czołgowe: PT-91, będący rozwinięciem T-72, Leopardy, Abramsy oraz K2 Black Panther. Z perspektywy wojskowej i logistycznej jest to sytuacja dalece niekorzystna. Z punktu widzenia pilnych potrzeb dozbrojenia państwa takie rozwiązanie było jednak w określonych warunkach konieczne.
Rozumiem przesłanki, które stały za tymi decyzjami. Musimy mieć świadomość, że o ile społeczna percepcja zagrożeń może mieć charakter subiektywny, o tyle dla państwa staje się ona przesłanką obiektywną do podejmowania działań związanych z przyspieszonym dozbrajaniem sił zbrojnych. Jeżeli więc nie było innego wyjścia, aby jednocześnie szybko pogodzić kwestie wsparcia Ukrainy i równoległego doposażenia polskich Sił Zbrojnych, to rozumiem, dlaczego podjęto właśnie takie decyzje.
Dzisiaj jednak skutki tych decyzji trzeba odpowiednio zminimalizować. Niezbędne jest stworzenie struktur, które będą wydolne organizacyjnie i logistycznie oraz zapewnią sprawną eksploatację i użytkowanie tych czołgów na polu walki. W praktyce mamy bowiem do czynienia z trzema różnymi typami czołgów, co oznacza konieczność budowy odrębnych systemów zabezpieczenia technicznego – od pododdziałów ewakuacyjnych i remontowych po całe zaplecze części zamiennych i logistyki.
Obsługa tak zróżnicowanego sprzętu z pewnością będzie w przyszłości generowała liczne problemy. Jednocześnie nie dziwię się, że takie decyzje zostały podjęte, ponieważ były one podejmowane w warunkach wyższej konieczności.
Panie Generalne, jeżeli chodzi o sojusze – oczywiście podstawowym jest NATO, w którym Stany Zjednoczone pełnią funkcję dominującą od samego początku i to nie ulega wątpliwości. Zauważamy jednak coraz częściej jako Europejczycy, że administracja Donalda Trumpa może być nieprzewidywalna. Pojawiają się takie tematy, które są wygaszane, potem znienacka wracają. Tak było w przypadku Wenezueli, która w końcu została jednak zaatakowana przez USA. Tak jest w sprawie Grenlandii, w przypadku której temat konieczności przejęcia jej przez Stany Zjednoczone wraca co kilka miesięcy. Jest Kuba, jest konflikt z Iranem, jest też w końcu deklaracja Donalda Trumpa – który czuje się opuszczony przez Unię Europejską jako sojusznika – i zapowiedział, że po wojnie z Iranem trzeba będzie zweryfikować uczestnictwo Stanów Zjednoczonych w Sojuszu Północnoatlantyckim. Pomijając już, na ile jest to kwestia polityczna, a na ile zagrożenie realne, czy my jako Europa i my jako Polska nie powinniśmy już teraz rozmawiać i przygotowywać się na alternatywne sojusze?
Poruszył Pan niezwykle złożone zagadnienie dotyczące stosunków międzynarodowych – zarówno politycznych, jak i wojskowych – ponieważ od tego wymiaru nie możemy abstrahować. Powiem może przewrotnie, niezależnie od tego, co mówi się dziś o nieprzewidywalności Stanów Zjednoczonych czy samego Donalda Trumpa, trzeba pamiętać, że obecnie cały świat stał się nieprzewidywalny. Nieprzewidywalne jest środowisko bezpieczeństwa, nieprzewidywalni są przywódcy państw, zarówno prezydent Trump, jak i Władimir Putin.
Przede wszystkim – choć szkoda, że uświadamiamy to sobie tak późno – musimy zdać sobie sprawę, że Stany Zjednoczone pozostają państwem suwerennym i mają pełne prawo do kształtowania własnej polityki, w tym polityki bezpieczeństwa i obrony. Było to wyraźnie słyszalne od wielu lat w kuluarach spotkań sojuszniczych w NATO i Unii Europejskiej. Amerykanie konsekwentnie komunikowali, że ich strategiczny wektor zainteresowania przesuwa się w kierunku Pacyfiku.
Europa tej lekcji nie odrobiła. Europejscy przywódcy nie chcieli w pełni słyszeć tych sygnałów, a jeszcze mniej byli gotowi wyciągać z nich praktyczne wnioski. To trudny temat, ale taka jest rzeczywistość.
W moim przekonaniu nie istnieje realne zagrożenie wyjścia Stanów Zjednoczonych z Sojuszu Północnoatlantyckiego, mimo że takie deklaracje pojawiały się w wypowiedziach prezydenta Donalda Trumpa. Uważam bowiem, że w równym stopniu Stany Zjednoczone potrzebują Europy, jak Europa potrzebuje Stanów Zjednoczonych. Co do tego nie mam wątpliwości. Im szybciej to zrozumiemy, tym lepiej dla bezpieczeństwa całego obszaru transatlantyckiego.
Musimy również rozumieć kierunek rozwoju amerykańskiego filaru bezpieczeństwa. Jednocześnie także Stany Zjednoczone muszą dostrzegać – i wydaje się, że przynajmniej poprzednia administracja to rozumiała – konieczność budowy nowej architektury bezpieczeństwa europejskiego. Dyskusja na ten temat trwa od lat, choć jej realizacja była w dużej mierze nieudolna.
Najlepszym przykładem są unijne grupy bojowe tworzone w ramach Wspólnej Polityki Bezpieczeństwa i Obrony Unii Europejskiej. Sama koncepcja w praktyce poniosła porażkę. Państwa europejskie tworzyły grupy bojowe, szkoliły żołnierzy, przygotowywały zapasy, organizowały cały system zabezpieczenia, ale ostatecznie te siły nigdy nie zostały wykorzystane w formule, w jakiej je projektowano.
Dlatego dzisiaj, odpowiadając na Pańskie pytanie, uważam, że Europa musi przyspieszyć działania na rzecz stworzenia europejskiego segmentu NATO, będącego elementem nowej architektury bezpieczeństwa europejskiego.
Jak my, jak Polska, powinna się do tego przygotować?
Myślę, że Polska jest tutaj liderem. To pozostałe kraje Europy muszą się zastanowić, jak dołączyć do lidera, jak dołączyć do nas. Bo w tej chwili to jednak Siły Zbrojne Rzeczypospolitej Polskiej, to nasz system obronny, to nasz wysiłek społeczny, są przykładami tego, jak należy postępować w chwili, kiedy zagrożenie jest realne. A ono jest realne.
Po pierwsze, to co robimy musimy robić dobrze – i uważam, że robimy to dobrze – choć to jest ogromny wysiłek społeczny, za który należą się ukłony dla każdego Polaka, naszego podatnika. Po drugie, musimy przekonywać naszych liderów europejskich, że jedynym wyjściem dla zapewnienia trwałego pokoju w Europie – pokoju na lata, a więc doprowadzenia do sytuacji, kiedy tak zwane security, stability, and prosperity zagoszczą w Europie – jest stworzenie odpowiedzialnej, bezpiecznej architektury bezpieczeństwa europejskiego.
Jak ważne jest rozsądne i przemyślane działanie Unii Europejskiej niech zilustruje następujący przykład. Śledząc działania Unii Europejskiej w segmencie bezpieczeństwa i obrony w 2022 roku przestudiowałem Coordinated Annual Review on Defense (CARD). Taki dokument powstaje rok rocznie. I co z tego dokumentu można wyczytać? Otóż po uzgodnieniach sojuszników dotyczących wydawania środków finansowych na modernizację techniczną, z tego dokumentu dowiadujemy się, że około 30% środków jest wydawanych na domenę powietrzną, po 14% na domenę lądową i morską, około 3% na domenę cyber, około 2% na domenę kosmiczną, 3% na domenę działań połączonych, ale 30% wydatków nie jest dopasowane do żadnej domeny. Co to oznacza? Że 30% wydatków obronnych, które uzgodniliśmy na poziomie unijnym, że będą służyć rozwojowi zdolności obronnych, są wydawane i nie służą rozwojowi tych zdolności.

EDA – łączne inwestycje w miliardach euro według domen operacyjnych (2019-2025)
Jeżeli pójdziemy dalej tym tropem i spojrzymy na dane z okresu po wybuchu wojny w Ukrainie, zobaczymy, że około 52% środków przeznaczanych na rozwój zdolności obronnych poszczególnych państw nadal realizowanych jest wyłącznie w wymiarze narodowym. W praktyce oznacza to utrzymywanie prymatu planowania narodowego nad planowaniem sojuszniczym, w tym również europejskim. A to pokazuje, że w obecnym systemie coś wciąż funkcjonuje nieprawidłowo.
Wszystkie państwa chcą rozwijać zdolności lekkie i manewrowe, jednak nie wszystkie są gotowe inwestować w najbardziej wymagające i kosztowne systemy, takie jak obrona powietrzna czy przeciwrakietowa. Znacznie łatwiej jest przeznaczyć środki na pojazdy wojskowe dla żandarmerii, wyposażenie służb medycznych czy inne elementy wsparcia niż inwestować w systemy klasy Patriot.
Dlatego uważam, że z jednej strony musimy wydawać środki w sposób rzeczywiście służący rozwojowi zdolności operacyjnych, ale z drugiej należałoby poważnie rozważyć rewizję obecnych proporcji między planowaniem narodowym a planowaniem europejskim. Przynajmniej do poziomu 2% PKB priorytet powinno otrzymać planowanie wspólnotowe i rozwijanie tych zdolności, które są potrzebne całej Unii Europejskiej oraz europejskiemu segmentowi NATO.
Gdyby państwa europejskie zgodziły się, że środki do poziomu 2% PKB będą przeznaczane przede wszystkim na rozwój wspólnych zdolności kolektywnych, mogłoby to zasadniczo zmienić potencjał europejskiego filaru NATO. To właśnie są rekomendacje, którym — moim zdaniem — warto przyjrzeć się zarówno z perspektywy politycznej, jak i strategicznej.
Ale czy pana zdaniem jest możliwe stworzenie w Europie takich Zjednoczonych Stanów Europy? Przy takich narodowych aspiracjach poszczególnych krajów?
Kiedy w 2014 roku wybuchła wojna w Ukrainie, miałem przekonanie – a przynajmniej taką nadzieję – że właśnie obszar bezpieczeństwa i obronności stanie się głównym katalizatorem dalszej, głębszej integracji europejskiej.
Dzisiaj oczywiście istnieją bardzo różne spojrzenia na tę kwestię. Część środowisk politycznych w różnych krajach, nie tylko w Polsce, uważa, że rozwijanie wspólnej polityki bezpieczeństwa oznacza wkraczanie Unii Europejskiej w sferę suwerenności państw narodowych. Ja jednak patrzę na to inaczej. W moim przekonaniu im więcej bezpieczeństwa, tym więcej realnej suwerenności. Podobnie – im głębsza integracja europejska, oczywiście przy zachowaniu określonych granic i zastrzeżeń, tym większa zdolność państw do ochrony własnych interesów i własnego bezpieczeństwa.
Nie można bowiem patrzeć na Unię Europejską w taki sposób, jakby przekazywanie części kompetencji oznaczało oddawanie ich jakiejś abstrakcyjnej Brukseli. Czym jest Bruksela? Bruksela jest również miejscem, w którym współdecyduje Polska. To siedziba wspólnych instytucji europejskich, współtworzonych przez państwa członkowskie. Dlatego uważam, że więcej integracji może oznaczać więcej bezpieczeństwa, a w konsekwencji także więcej suwerenności.
Nie oczekuję oczywiście powstania Stanów Zjednoczonych Europy, natomiast bardzo mocno sugerowałbym, aby właśnie segment bezpieczeństwa i obronności stał się dzisiaj wyznacznikiem tego, jak daleko państwa europejskie powinny integrować swoje działania i wysiłki na rzecz budowy wspólnej odporności Europy.
Dzisiaj dużo mówimy o odporności państw narodowych, ale nie możemy zapominać, że równie istotne jest stworzenie odporności europejskiej jako całości. Chodzi o to, aby przeciętny obywatel Europy nigdy nie musiał żyć w poczuciu realnej groźby użycia siły przez Rosję.
Jednocześnie nie wykluczam, że jeszcze przez wiele dekad, a być może nawet przez kilka pokoleń, Europa będzie funkcjonowała w warunkach trwałego zagrożenia ze strony Rosji dysponującej zarówno potencjałem konwencjonalnym, jak i nuklearnym. I właśnie dlatego przez długi czas znaczące środki europejskie będą musiały być przeznaczane na modernizację systemów bezpieczeństwa i obronności.
Coraz wyraźniej rysują się dziś różne formaty współpracy w obszarze bezpieczeństwa — być może nie alternatywne wobec NATO, ale z pewnością wykraczające poza jego tradycyjne ramy. Z jednej strony mamy potencjał Unii Europejskiej i powracającą dyskusję o budowie wspólnych europejskich zdolności obronnych, a nawet koncepcji europejskiej armii. Z drugiej strony obserwujemy powstanie Koalicji Chętnych, która funkcjonuje poza formalnymi strukturami Unii Europejskiej i NATO. Coraz większe znaczenie zyskują również porozumienia bilateralne pomiędzy poszczególnymi państwami, czego przykładem mogą być chociażby polsko-francuskie rozmowy prowadzone przy okazji Dni Przyjaźni Polsko-Francuskiej. Choć niewiele mówi się o szczegółach tych spotkań, można przypuszczać, że poruszano tam również kwestie związane ze współpracą obronną oraz z europejskim odstraszaniem nuklearnym i potencjalnym rozszerzeniem francuskiego parasola nuklearnego na Polskę.
Na jakich rozwiązaniach powinniśmy koncentrować się w największym stopniu i które formaty współpracy mogą w najbliższych latach odegrać dla Polski kluczową rolę?
Myślę, że z punktu widzenia interesów bezpieczeństwa państwa oraz strategicznych interesów Polski naszym podstawowym i niepodważalnym celem powinno pozostawać utrzymanie ciągłości funkcjonowania Sojuszu Północnoatlantyckiego, w tym przede wszystkim jego wymiaru transatlantyckiego. Dlatego niezwykle istotne jest podtrzymywanie wśród europejskich partnerów świadomości, że Europa jest Stanom Zjednoczonym równie potrzebna, jak Stany Zjednoczone są potrzebne Europie. Musimy również respektować prawo USA do prowadzenia własnej polityki bezpieczeństwa i obrony, przy jednoczesnym utrzymaniu ich aktywnej obecności w ramach Sojuszu Północnoatlantyckiego. Z perspektywy Polski jest to kwestia fundamentalna – element naszej racji stanu, który nie powinien podlegać dyskusji.
Kolejnym, niezwykle ważnym obszarem pozostaje spójność Unii Europejskiej. Podobnie jak w przypadku NATO, również w odniesieniu do Unii Europejskiej musimy dbać o zachowanie jedności i wewnętrznej kohezji. Zmierzam do tego, że wszelkie inicjatywy pośrednie – niezależnie od tego, czy mówimy o porozumieniach bilateralnych, współpracy w ramach odradzającego się Trójkąta Weimarskiego, możliwym odbudowywaniu współpracy państw Grupy Wyszehradzkiej, dialogu państw bałtyckich czy innych regionalnych formatach – powinny wzmacniać, a nie osłabiać spójność NATO i Unii Europejskiej.
Jeżeli tego rodzaju działania nie podważają integralności tych struktur, nie prowadzą do tworzenia swoistego NATO bis czy Unii Europejskiej bis i nie osłabiają istniejących organizacji od środka, to należy je oceniać pozytywnie. Tego typu współpraca międzynarodowa może bowiem realnie wzmacniać bezpieczeństwo państw europejskich.
To właśnie wpisuje się w drugi filar budowania odporności państwa, o którym wielokrotnie mówił premier Władysław Kosiniak-Kamysz – czyli wzmacnianie narodowej odporności państwa poprzez rozwijanie sieci współpracy, partnerstw i zdolności wspólnego reagowania. Z tego punktu widzenia są to działania zdecydowanie potrzebne i wartościowe.
A wyodrębnienie europejskiej części NATO, bo takie pomysły też się pojawiają? Oczywiście tu chodziłoby pewnie bardziej o kwestie dowódcze, kwestie decyzyjne, co też sugerował w pewnym momencie Donald Trump, chociaż patrząc na Stany Zjednoczone, one jednak tę decyzyjność zazwyczaj chcą mieć po swojej stronie?
Musimy patrzeć na tę kwestię przez pryzmat postanowień Traktatu Północnoatlantyckiego oraz poszczególnych artykułów tego dokumentu. Nie chodzi wyłącznie o powszechnie przywoływany art. 4, dotyczący konsultacji sojuszniczych, czy art. 5, będący fundamentem kolektywnej obrony. Równie istotny jest art. 3, który zobowiązuje państwa członkowskie do rozwijania – samodzielnie oraz we współpracy z sojusznikami – własnych zdolności obronnych i operacyjnych. Znaczenie ma również art. 6, określający obszar odpowiedzialności NATO.
W tym kontekście uważam, że Europa powinna zbudować spójny europejski komponent NATO. Taki projekt nie byłby działaniem wymierzonym przeciwko Sojuszowi ani próbą stworzenia alternatywy dla NATO. Wręcz przeciwnie – byłby jego realnym wzmocnieniem.
Wzmocnienie europejskiego segmentu państw NATO oznacza bowiem w praktyce wzmocnienie całego Sojuszu jako całości. Fakt, że Stany Zjednoczone czy Kanada pozostają poza europejską przestrzenią geograficzną, nie zmienia istoty problemu. Europa mierzy się dziś z konkretnym zagrożeniem bezpieczeństwa, którym pozostaje Rosja, i właśnie tutaj, na kontynencie europejskim, musimy budować zdolność do skutecznego reagowania na to wyzwanie.
Jednocześnie powinniśmy z pełnym zrozumieniem podchodzić do faktu, że interesy strategiczne Stanów Zjednoczonych jako globalnego mocarstwa wykraczają daleko poza Europę i obejmują również region Pacyfiku. Jedno nie wyklucza jednak drugiego.
Silniejsza Europa nie oznacza tworzenia konkurencyjnej struktury wobec NATO ani budowy drugiego Sojuszu. Oznacza natomiast wyraźne i naturalne wzmocnienie całego Sojuszu Północnoatlantyckiego.
Jak wygląda w tej chwili sytuacja w Ukrainie, zarówno pod względem militarnym, jak i geopolitycznym? Bo ostatnie dwa miesiące wojny w Zatoce Perskiej, wojny Stanów Zjednoczonych i Izraela z Iranem, chyba skutecznie odciągnęły uwagę opinii publicznej od tego, co się dzieje w Ukrainie. Czy to widać i czy to wpływa negatywnie na sytuację Ukraińców?
No niewątpliwie cały konflikt, nie chciałbym go nazywać wojną, ale cały konflikt na Bliskim Wschodzie – bo to jest już kwestia całego Bliskiego Wschodu, nie tylko półwyspu Arabskiego, nie tylko Iranu, ale również Libanu, Izraela i wszystkich krajów ościennych, bo pamiętamy, że Iran jednak oddziałuje na bazy amerykańskie praktycznie od Europy i Morza Śródziemnego po Zjednoczone Emiraty Arabskie i cieśninę Ormuz – ma ogromne znaczenie z punktu widzenia geostrategicznego, geopolitycznego.
Po pierwsze, konsekwencje obecnej sytuacji nie ograniczają się wyłącznie do oddziaływania na ceny ropy, choć oczywiście ma to bezpośrednie przełożenie na gospodarkę światową. Być może jeszcze nie odczuwamy tego w pełnej skali, ale skutki tych wydarzeń mogą w przyszłości przełożyć się chociażby na dostępność niektórych paliw. Widać już wyraźnie, że poszczególne państwa zaczynają analizować i przeglądać swoje rezerwy strategiczne.
Jednak równie ważny – a być może nawet ważniejszy – jest wymiar społeczny i psychologiczny całej sytuacji. Nastroje konsumenckie mają dziś ogromne znaczenie dla rozwoju gospodarczego państw. Tymczasem obecnie bardzo wyraźnie pojawiają się lęk, niepewność i obawa o przyszłość. Tego rodzaju emocje wpływają nie tylko na rynki finansowe i giełdy, ale również na społeczeństwa oraz decyzje ekonomiczne obywateli. A to bezpośrednio przekłada się na tempo rozwoju poszczególnych państw.
Czy w jakimś stopniu dotyka to również Ukrainy? Paradoksalnie – tak, i to bardzo mocno. Nie można odbierać Stanom Zjednoczonym zasługi w zakresie wsparcia udzielanego Ukrainie. To właśnie USA były dotychczas głównym dostawcą uzbrojenia, sprzętu wojskowego i środków bojowych dla ukraińskiej armii. Widzimy jednak jednocześnie, jak ogromne ilości środków militarnych zostały ostatnio zaangażowane przez Stany Zjednoczone na Bliskim Wschodzie, w kontekście działań związanych z Iranem. Można zakładać, że Amerykanie będą nadal odbudowywać i gromadzić własne zapasy, co z pewnością wpłynie negatywnie na łańcuchy dostaw oraz tempo dalszej pomocy dla Ukrainy.
Paradoksalnie jednak Ukraina może również wyjść z obecnego kryzysu na Bliskim Wschodzie w pewnym sensie wzmocniona. Jestem przekonany, że sytuacja ta wywołała wśród europejskich sojuszników głęboką refleksję i zwiększyła świadomość konieczności intensyfikacji wsparcia dla Ukrainy. Duże znaczenie mogą mieć również zmiany polityczne, w tym sytuacja na Węgrzech i możliwość odblokowania kolejnych pakietów pomocy dla Ukrainy, sięgających ponad 90 miliardów euro. To może realnie wpłynąć na dalszy rozwój sytuacji wojennej.
Jaka jest dziś sytuacja Ukrainy? Była trudna od początku wojny i nadal taka pozostaje. Kilka tygodni temu przebywałem w Kijowie, gdzie zostałem szczegółowo zapoznany zarówno z sytuacją na froncie, jak i z ogólną sytuacją strategiczną. Polska bardzo intensywnie korzysta zresztą cały czas z ukraińskich doświadczeń i wniosków płynących z tej wojny. Muszę podkreślić, że Polska odgrywa w tym zakresie rolę jednego z liderów. Dotyczy to zarówno działalności Centrum Doktryn i Szkolenia Sił Zbrojnych, które realizuje zadania związane z analizą doświadczeń wojennych, jak również struktur NATO funkcjonujących w Bydgoszczy (w tym Centrum Szkolenia Sił Połączonych – JFTC, Centrum Eksperckiego Policji Wojskowej – MP COE, Grupy Integracyjnej Sił NATO – NFIU, 3. Batalionu Łączności oraz nowego Centrum NATO-Ukraina – JATEC), gdzie wnioski z wojny w Ukrainie trafiają bezpośrednio do analiz sojuszniczych. Dzięki temu mamy pełną świadomość, w jaki sposób doświadczenia z Ukrainy wpływają na rozwój polskiego systemu obronnego, modernizację sił zbrojnych, strategię bezpieczeństwa oraz politykę obronną państwa.
Nie mam wątpliwości, że Ukraina walczy również o wartości świata zachodniego. Nie możemy o tym zapominać. Jednocześnie skala barbarzyństwa, o której opowiadali mi nasi partnerzy z Kijowa i przedstawiciele tamtejszego Uniwersytetu Obrony Narodowej, pokazuje jednoznacznie, że wsparcie Zachodu dla Ukrainy musi być kontynuowane.
Nie możemy akceptować ani ignorować bestialstwa rosyjskich żołnierzy. Jestem przekonany, że każdy rozsądnie myślący człowiek, który zetknie się z relacjami dotyczącymi tragedii i okrucieństw dotykających ukraińskich obywateli, nie będzie miał wątpliwości, że to barbarzyństwo musi zostać zatrzymane – i to możliwie jak najdalej od naszych granic.
Oczywiście Europa może wspierać Ukrainę finansowo, może wspierać sprzętowo, ale co z ludźmi?
No niestety, zasoby każdego państwa się wyczerpują. Ale muszę podkreślić, że z informacji, które otrzymałem w Kijowie wynika, że również Rosja ponosi straty około tysiąca żołnierzy dziennie. Oczywiście nie są to tylko Rosjanie. Są to najemnicy, obywatele innych krajów –swoistego rodzaju mięso armatnie – ale Rosja również ma już teraz ogromny spadek zdolności mobilizacyjnych. Z drugiej strony Ukraina jest zmęczona.
Przywołałbym jednak taki aspekt, który dotyczy tego, o czym pan mówił – dotyczy morale państwa, morale obywateli, w tym morale żołnierzy. Czym innym jest wojna okupacyjna, którą prowadzi Federacja Rosyjska na terytorium Ukrainy, a czym innym jest wojna obronna, kiedy bronimy naszej ojcowizny, bronimy naszych rodzin, naszych najbliższych. Gdy mamy świadomość, że rozstrzygniemy przyszłość w walce tu i teraz, albo będziemy wasalami Rosji. To są aspekty, o których również tutaj musimy pamiętać.
Przytoczę też kilka faktów. Jest taka bardzo ciekawa książka, Men Against Fire, i w tej książce generał Marshal dokonał podsumowania, jak żołnierze działali w czasie II wojny światowej. I okazuje się, że mniej więcej około 20–25% strzelało, żeby zabić. Inni strzelali ze strachu, jeszcze inni strzelali zamykając oczy, a jeszcze inni – żeby broń Boże nikogo nie trafić. To dzisiaj daje nam do myślenia, jak przygotowywać nasze Siły Zbrojne. To jest wniosek, który musimy też przekuć na nasze działania, jeżeli chodzi o etos naszej służby i w ogóle morale.
Ale też, jeżeli spojrzymy na zasoby obronne – te materiałowe, które towarzyszą dzisiaj konfliktom – to znajdujemy informacje, że aby wyeliminować jednego żołnierza w czasie II wojny światowej potrzeba było od 15 do 20 tysięcy sztuk amunicji. Mówiąc o Wietnamie różnie źródła podają, ale to było już ponad 100 tysięcy sztuk amunicji na jednego żołnierza.
Więc my musimy mieć świadomość tego co budujemy, musimy również mieć świadomość tych faktów historycznych, przekładać je na rozwój sił zbrojnych, na rozwój tego, czym dzisiaj dysponujemy i w jakim zakresie chcemy stworzyć nowoczesne, współczesne siły zbrojne, które będą w stanie nie tylko nas obronić, ale przede wszystkim odstraszyć, bo my nie chcemy wojny, my walczymy o pokój i jeśli wygramy tę bitwę na etapie gotowości, to wygramy pokój.
Skoro już mowa o morale to chciałbym przejść do trzeciego z filarów bezpieczeństwa, o którym wspominaliśmy, czyli do tego, że nie sama armia, ale odporność całego społeczeństwa ma znaczenie w przypadku zagrożenia konfliktem. I tutaj już zwracam się do pana nie jako do generała, ale do rektora, bo wiem, że Akademia Sztuki Wojennej mocno zaangażowała się w projekt budowania ochrony ludności i szkolenia w zakresie obrony cywilnej. Ustawa z 5 grudnia 2024 roku o ochronie ludności i obronie cywilnej obowiązuje już prawie od półtora roku. Czy można powiedzieć, że – jako społeczeństwo – jesteśmy dzisiaj gotowi na kryzys?
Jesteśmy gotowi, żeby tę daleką drogę – w postaci nie sprintu, ale maratonu – odpowiedzialnie pokonać. Do zrozumienia, że odporność państwa stanowi kluczowy fundament odstraszania, nie był potrzebny konflikt z Rosją. Doskonale wiemy i rozumiemy to z perspektywy strategii oraz sztuki operacyjnej. Mamy pełną świadomość, że wojna nie sprowadza się wyłącznie do karabinów czy sprzętu wojskowego. Wojna oznacza zaangażowanie całego potencjału państwa – jego gospodarki, społeczeństwa, instytucji i zdolności do długotrwałego funkcjonowania w warunkach kryzysu.
Wiemy również, że współczesne konflikty bardzo rzadko mają charakter krótkotrwały. Oczywiście chciałoby się wierzyć – odwołując się do myśli Immanuela Kanta – że czasem nawet krótka wojna może być lepsza od długotrwałego pokoju opartego na niestabilności i napięciu. Obawiam się jednak, że rzeczywistość wygląda inaczej. Przykładem tego jest między innymi operacja Midnight Hammer z czerwca 2025 roku, w czasie której amerykanie chcieli błyskawicznym atakiem zniszczyć lub poważne uszkodzić kluczową infrastrukturę nuklearną Iranu, a która nie okazała się jednak krótkim epizodem militarnym. Dzisiaj widzimy bowiem kolejną odsłonę konfliktu na Bliskim Wschodzie, która pokazuje, jak łatwo współczesne kryzysy przekształcają się w procesy długotrwałe i wielowymiarowe.
Po pierwsze, musimy mieć więc świadomość, że wojna jest konfliktem długotrwałym, a do długotrwałego konfliktu należy odpowiednio się przygotować. Budowanie odporności państwa jest więc procesem niezwykle złożonym.
Jeżeli mówimy o odporności państwa, to przede wszystkim mamy na myśli zapewnienie ciągłości funkcjonowania struktur administracji publicznej – zarówno na szczeblu centralnym, jak i lokalnym – oraz zdolności do świadczenia podstawowych usług dla obywateli. Dotyczy to dostaw wody, żywności, energii elektrycznej czy utrzymania funkcjonowania kluczowych usług publicznych. Odporność państwa oznacza również zdolność radzenia sobie w warunkach masowych strat i sytuacji kryzysowych, które nie muszą być wyłącznie skutkiem działań wojennych. Takie doświadczenie przeżyliśmy przecież niedawno podczas pandemii. Obejmuje to także zdolność zapewnienia społeczeństwu niezbędnej pomocy medycznej oraz ochronę infrastruktury krytycznej. To jeden z podstawowych segmentów budowy odporności państwa.
Drugim niezwykle ważnym elementem jest odporność społeczna. To temat właściwie niewyczerpany i można byłoby o nim rozmawiać przez wiele dni.
W moim przekonaniu pojęcie odporności państwa jest dziś często interpretowane zbyt wąsko. Wielu ekspertów uważa, że odporność oznacza przede wszystkim zdolność do jak najszybszego powrotu do stanu sprzed kryzysu – niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z kryzysem polityczno-militarnym, katastrofą naturalną czy klęską ekologiczną. Uważam jednak, że takie rozumienie odporności jest niewystarczające.
Odporność państwa powinna oznaczać stworzenie takiego mechanizmu, w którym państwo, samorządy, instytucje i społeczeństwo potrafią przewidywać zagrożenia oraz skutki potencjalnych kryzysów, a następnie przygotowywać się na ich konsekwencje jeszcze przed wystąpieniem samego kryzysu. To w praktyce oznacza działania prewencyjne i zapobiegawcze, które dzisiaj powinny stanowić fundament polityki bezpieczeństwa.
Również systemy budowane we współczesnych siłach zbrojnych są coraz mocniej ukierunkowane właśnie na identyfikowanie symptomów narastania sytuacji kryzysowych oraz odpowiednio wczesne reagowanie.
Dlatego dzisiaj musimy mieć świadomość, że pojęcia takie jak obrona cywilna, ochrona ludności, odporność państwa czy odstraszanie są ze sobą ściśle powiązane. Wszystkie te elementy wzajemnie się przenikają i tworzą jeden spójny system bezpieczeństwa.
Każda nauka posiada własny aparat pojęciowy i właśnie ten aparat pojęciowy staramy się obecnie uporządkować. Prace nad ustawą o ochronie ludności i obronie cywilnej były prowadzone przez długi czas i od początku towarzyszyła nam świadomość, że odporne społeczeństwo i odporne państwo stanowią fundamentalny filar zarówno odporności cywilnej, jak i militarnej. Dlatego nieco ponad rok temu, gdy premier Władysław Kosiniak-Kamysz podczas odprawy kierowniczej kadry MON i Sił Zbrojnych RP zapowiedział, że zamierza objąć szkoleniami z zakresu obronności wszystkich sołtysów w Polsce, Akademia Sztuki Wojennej podjęła wyzwanie.
Dla zobrazowania skali przedsięwzięcia warto przypomnieć, że sołtysów w Polsce jest dokładnie 40.863. Musimy przy tym pamiętać, że sołtysi funkcjonują w ścisłej współpracy z lokalnymi włodarzami, czyli wójtami i burmistrzami. Dlatego konieczne jest budowanie wspólnego systemu współdziałania i odpowiednie przygotowanie wszystkich tych środowisk.
Akademia podjęła w tym zakresie bardzo konkretny wysiłek. Przygotowaliśmy program Train the Trainers, z którym dotarliśmy do Wojskowych Centrów Rekrutacji – a tych w Polsce funkcjonuje obecnie 86. Centra skierowały swoich przedstawicieli realizujących na co dzień zadania operacyjno-obronne, a my zapewniliśmy im odpowiednie przygotowanie merytoryczne, materiały szkoleniowe, dokumenty pomocnicze oraz poradniki dla sołtysów, które docelowo będą dostępne dla każdego z nich.
Dzisiaj sytuacja wygląda w ten sposób, że właśnie rozpoczęliśmy pierwsze szkolenia i w ciągu roku jesteśmy w stanie zrealizować zadanie postawione przez premiera. To przedsięwzięcie bezprecedensowe, ponieważ wcześniej nie istniał podobny system edukacji bezpieczeństwa skierowany bezpośrednio do społeczności lokalnych.
Jeździmy do sołtysów i rozmawiamy z nimi o bardzo praktycznych kwestiach. Pokazujemy, że nawet podczas lokalnego pikniku czy festynu można w prosty sposób budować świadomość społeczną. Wystarczy, aby lokalny włodarz zadał mieszkańcom podstawowe pytanie – Jak brzmi alarm przeciwlotniczy? A jeżeli na miejscu obecna jest straż pożarna – a zazwyczaj na takich festynach jest – to może taki sygnał od razu zaprezentować. To są proste działania, ale właśnie od takich rzeczy zaczyna się budowanie odporności społecznej.
Sołtys ma dziś również ogromne możliwości komunikacyjne. Za pośrednictwem mediów społecznościowych może informować mieszkańców o zagrożeniach, ostrzegać ich, przekazywać instrukcje postępowania czy organizować lokalne działania pomocowe. To jednak wymaga edukacji.
Mam świadomość, że w wielu państwach, w których miałem okazję studiować lub przebywać, pierwsze zajęcia dla studentów dotyczą właśnie bezpieczeństwa – procedur ewakuacyjnych, ochrony przeciwpożarowej czy zachowania w sytuacjach kryzysowych. Dzisiaj również w Polsce zaczynamy coraz poważniej mówić o odporności społecznej na poziomie gminy i lokalnej wspólnoty.
Patrzę na to również przez pryzmat patriotyzmu. W moim przekonaniu współczesny patriotyzm na najbardziej podstawowym poziomie zaczyna się od prostych rzeczy – od słów „dzień dobry”, „dziękuję” czy „przepraszam”. Od elementarnej empatii wobec ludzi i zdarzeń wokół nas. To gotowość do niesienia pomocy sąsiadowi, który znalazł się w trudnej sytuacji.
Właśnie z takich codziennych postaw buduje się odporność społeczna i odporność państwa. I co ważne – tego rodzaju patriotyzm nie wymaga wielkich nakładów finansowych.
Oczywiście na poziomie państwa realizowane są znacznie większe przedsięwzięcia i wyzwania związane z budową odporności. Przed nami wciąż bardzo długa droga. Gdybym miał ocenić obecny poziom odporności państwa w skali od 1 do 10, gdzie 10 oznacza odporność wzorcową, powiedziałbym, że nadal znajdujemy się na poziomie pierwszym tej skali.
Długa droga przed nami, ale najważniejsze, że w nią ruszyliśmy. Mamy już wizję, jak ta odporność powinna być zbudowana, mamy ustawę o ochronie ludności i obronie cywilnej, mamy alokowane środki finansowe i teraz musimy ją od razu zacząć budować. Nikt nie może powiedzieć, że ja się położę jako obywatel i poczekam aż państwo zbuduje mi odporność. Zachęcam bardzo mocno do włączenia się do budowy odporności społecznej każdego obywatela. Dzisiaj nasza reakcja, nasza przychylność do tych działań, które są podejmowane w tym aspekcie, będzie również swoistą cegiełką, którą możemy włożyć w zakresie obronności państwa.



















