Światowy układ sił wielkich mocarstw – potęgi rzeczywiste i potęgi mniemane

Earth 6578628_1920_pixabay
W epoce, w której potęga państw nie zależy już tylko od liczby czołgów, okrętów, samolotów i wielkości terytorium, klasyczne spojrzenie na układ sił geopolitycznych staje się coraz bardziej anachroniczne. Jak zatem porównać potęgi wielkich mocarstw i oddzielić propagandowe założenia doktryn mocarstwowości od ich realnego wpływu? Może do tego posłużyć autorski, wielowymiarowy model oceny realnej potęgi państw, przedstawiony w poniższej analizie. Uwzględniają on nie tylko PKB, ale także wydajność gospodarki, jakość rządów i innowacyjność. Efekt? W globalnym układzie sił prym wciąż wiodą Stany Zjednoczone, ale zaskakująco wysoką pozycję może zajmować również Zjednoczona Europa – nawet jeśli nie zawsze zdaje sobie z tego sprawę. Warto zapoznać się z prezentowanym modelem, który prowokuje do myślenia o przyszłości światowego porządku i pokazuje możliwości jego przewartościowania. Dzięki niemu można też rozprawić się z mitami o wielkomocarstwowości, które pozostają jedynie w sferze deklaracji i życzeń.

Moskiewska propaganda sprawia na odbiorcach z krajów cywilizowanych zwykle wrażenie topornej i nieudolnej. W rzeczywistości jednak ma ona wiele warstw, skierowanych do różnych grup społecznych, nie tylko tych najbardziej prymitywnych. Bywa też bardziej finezyjna, zamaskowana i nie musi wcale wychwalać Rosji, jej ustroju, armii i przywództwa wprost.

Niemniej jednak zawsze można ją rozpoznać po kilku charakterystycznych cechach, których za nic nie jest w stanie się pozbyć. Jedną z nich jest niezłomne przekonanie, że Rosja jest jednym z trzech, czy co najwyżej czterech, najpotężniejszych mocarstw światowych. Rosja w swojej własnej propagandzie nie musi koniecznie być bogata, piękna i wspaniała, ale zawsze będzie niesłychanie potężna. W końcu ma potężną armię. Drugą na świecie, a może nawet pierwszą, która zawsze wygrywa absolutnie każdą wojnę. Motyw ten jest tam tak silny i permanentny dlatego, że sami twórcy tej propagandy niezłomnie w niego wierzą.

W tym najprostszym, by nie rzec, najbardziej prostackim rozumowaniu, siła państwa jest więc tożsama z siłą jego armii. Jak jednak wskazywałem już w serii publikacji na ten temat (zob. Armie świata – jaki jest rzeczywisty potencjał i realna efektywność militarna poszczególnych państw,  Armie Europy – jaki jest realny potencjał militarny wojsk ukraińskich i rosyjskich oraz pozostałych armii państw Europy, Armie Bliskiego Wschodu – rzeczywisty potencjał militarny poszczególnych armii regionu, Armie Dalekiego Wschodu – rzeczywisty potencjał militarny krajów Azji Wschodniej i Pacyfiku), siła armii nie pojawia się samoistnie, ale jest prostą ekstrapolacją siły i organizacji danego państwa, jego poziomu rozwoju ekonomicznego i organizacyjnego.

Potęga militarna nie wynika też wyłącznie, ani nawet przeważnie, z ilości służących w niej żołnierzy, posiadanych dział, czołgów i samolotów, ale przede wszystkim z ich jakości. Ten drugi parametr jest jednak, w przeciwieństwie do pierwszego – o ile dana armia nie prowadzi realnej wojny – niesłychanie trudny, czy wręcz niemożliwy, do obiektywnego oszacowania. A nawet jeżeli taka wojna się toczy, to umożliwia ona porównanie tylko dwóch armii uczestniczących w tym konflikcie. Armię rosyjską można zatem dziś porównać, co wcale zresztą nie wychodzi dla niej korzystnie, wprost z ukraińską, ale już nie z polską czy rumuńską.

Światowy układ mocarstw według Rosji

Trzeba też przyznać, że propaganda Moskwy potrafi swoje porażki na Ukrainie zracjonalizować bez naruszania owego stalowego dogmatu o rosyjskiej wszechpotędze militarnej. Według Moskwy, istnieją przecież na świecie trzy, albo co najwyżej cztery mocarstwa, kraje największe lub najludniejsze, posiadające największe, wielomilionowe armie. Wszystkie inne, mniejsze, mniej ludne i gorzej uzbrojone kraje są i muszą być wasalami poddanymi jednemu z tych trzech czy czterech mocarstw. I jako takie nie mogą prowadzić własnej samodzielnej polityki, mieć własnych – odrębnych od „swojego” mocarstwa – celów. Jeżeli Ukraina opiera się Rosji, to nie dlatego, że sami Ukraińcy nie chcą być częścią „ruskiego miru”, tylko dlatego, że dostali takie polecenie z USA, jednego z tych państw, które Rosja uznaje za równorzędne sobie. A jeżeli do tego ten opór jest skuteczny, to dlatego, że Rosja nie walczy tak naprawdę z Ukrainą, tylko z całym „kolektywnym Zachodem”, czyli USA i ich wasalami. Bo w końcu tylko USA są dość potężne, żeby się Rosji opierać i jednocześnie dość bezczelne, żeby to robić, zamiast dojść z nią do jakiegoś „porozumienia” w sprawie „stref wpływów”, jak to czynią pozostałe dwa – według propagandy Rosji – mocarstwa, Chiny i Indie.

Nawet jednak Kreml zdaje sobie sprawę, że militarna potęga nie istnieje sama z siebie. Może ona powstać wyłącznie w oparciu o jakiś realny materialny potencjał i z niego wypływać. Takim potencjałem – według Rosji – są bogactwa naturalne, czyli rozległość terytorium danego mocarstwa, do wielkości którego owe bogactwa są proporcjonalne, oraz liczba jego mieszkańców. Przy czym ten pierwszy czynnik jest zdecydowanie ważniejszy niż ten drugi.

Takie myślenie miało, wbrew pozorom, swój głęboki sens, ale dawno temu. Sprawdzało się mniej więcej od neolitu do końca XVIII wieku, w czasach cywilizacji preindustrialnej, rolniczej, zwanej też – od nazwiska ekonomisty, który pierwszy ją prawidłowo opisał ilościowo – maltuzjańską.

O potędze danego kraju decydowały wtedy właściwie tylko jego powierzchnia i liczba ludności. Wszystkie inne czynniki dały się sprowadzić do tych dwóch. Nawet kraj mający lepszego, mądrzejszego władcę, nie był wcale bogatszy, ale był gęściej zaludniony niż kraj z władzą słabą i nieudolną. Mając poddaną sobie większą populację, król mógł też wystawić liczniejszą armię, a władając rozległym obszarem, na którym znajdowało się wiele przynoszących dochody żyznych pól pszenicy i trzciny cukrowej, kopalń srebra czy soli, odpowiednio ją uzbroić i wyszkolić.

Choć jednak maltuzjanizm na prawie całym (poza Afryką) świecie, także w Rosji, już dawno się skończył, władcy Kremla nadal mentalnie w nim się właśnie znajdują. Dlatego ich pierwszoplanowym celem wojennym jest zawsze zagarniecie jak największego terytorium, a w drugiej kolejności uprowadzenie odpowiedniego ludzkiego jasyru. Odpowiedniego, to znaczy takiego, który da się jakoś przerobić na lojalnych poddanych Kremla, co oznacza, albo ludność rosyjskojęzyczną, albo – jeszcze lepiej – dzieci, które odpowiednio zindoktrynowane, później staną się janczarami Moskwy.

Do grona mocarstw Moskwa nie zalicza, co warto podkreślić, żadnego z krajów europejskich, nawet Francji czy Wielkiej Brytanii. Kraje europejskie, za małe na mocarstwowość, w tej optyce są po prostu wasalami USA. Nawet słynne ultimatum Putina z grudnia 2021 roku, poprzedzające inwazję na Ukrainę, zostało skierowane do USA, a nie do żadnego z krajów, których bezpośrednio dotyczyło. W końcu według Moskwy nie miały i nie mają one nic do gadania.

Mając tę wiedzę możemy teraz skonstruować geopolityczny model świata widziany w Moskwie. Obliczymy potęgę poszczególnych państw na świecie, która zależeć będzie w jednej trzeciej od ich zaludnienia, a w dwóch trzecich od powierzchni. Proporcje te mniej więcej oddają przekonanie rosyjskiej elity władzy. Miarą tego potencjału będzie odsetek potencjału światowego, ludnościowego i terytorialnego. To, jak Moskwa postrzega światową geopolitykę i swoją w niej rolę, pokazano na poniższym wykresie.

Wykres 1. Światowy układ mocarstw według Rosji

Wykres 1. Światowy układ mocarstw według Rosji

 

Jakkolwiek dziwaczna mogłaby się nam wydawać powyższa lista mocarstw, w Moskwie jest ona – jak wynika z prowadzonej przez Kreml polityki światowej i głoszonej propagandy – traktowana najzupełniej serio. To, że znajdują się na niej także takie kraje jak Kongo, którym już w żaden sposób mocarstwowości przypisać nie można, wyjaśnia się tym, że jest to – inaczej niż Iran – kraj „niesuwerenny”, który nie wypędził zachodnich, anglosaskich, żydowskich korporacji, a wskutek tego zaniedbania owe korporacje, tak samo jak w czasach króla Leopolda, rabują jego zasoby naturalne nie pozwalając na osiągnięcie mocarstwowości. A do mocarstwowości, ze względu na posiadane terytorium i liczbę ludności, Kongo jest właśnie predysponowane.

Nieprzypadkowo też aż osiem na dwadzieścia mniemanych mocarstw z rosyjskiej listy jest członkami klubu o nazwie BRICS, ekonomicznej organizacji, której nazwa pochodzi od pierwszych liter nazw państw jej założycieli – Brazylii, Rosji, Indii, Chin i Republiki Południowej Afryki (S od angielskiego South Africa). Jak możemy dowiedzieć się z moskiewskiego przekazu, to kolebka nowego światowego ładu, który lada moment obali światową hegemonię USA. BRICS wprowadzi alternatywną wobec dolara walutę światowych rozliczeń handlowych i zbuduje nowy światowy sprawiedliwy ład.

Przekaz gloryfikujący BRICS jest jednak ze strony Rosji i jej propagandy podwójnie żenujący. Po pierwsze samo BRICS, grupujące, owszem, kraje wielkie powierzchniowo lub ludnościowo, ale jednocześnie rządzone źle lub bardzo źle, biedne, prymitywne i zacofane, nie jest i nigdy zapewne nie będzie, niczym więcej niż luźnym klubem dyskusyjnym, choćby z tego względu, że jego członkowie – oprócz niechęci do krajów lepiej zorganizowanych i przez to bogatszych – nie mają żadnych wspólnych interesów. Po drugie Rosja w BRICS i tak nie ma nic do powiedzenia, bo cały projekt nie należy do niej, ale do Chińskiej Republiki Ludowej.

Światowy układ mocarstw według Chin

Chińska Republika Ludowa jest pod wieloma względami podobna do Rosji. Wbrew pozorom, tak samo biedna, prymitywna, skorumpowana i zacofana. Jednak występują też między tymi krajami dość istotne różnice. Rosja to kraj surowcowy, natomiast Chiny są krajem przemysłowym, fabryką świata. Wskutek tego ogląd świata przez chińskie elity władzy nie jest już aż tak przestarzały, jak w przypadku elit rosyjskich. W szczególności Chińczycy wiedzą, że oprócz ludzi i surowców, czyli w języku ekonomicznym „pracy” i „ziemi”, gospodarka potrzebuje jeszcze trzeciego, a obecnie nawet najważniejszego środka produkcji, czyli kapitału.

Żeby być mocarstwem, państwo potrzebuje nie tylko rozległych terenów i ogromnej populacji. Przede wszystkim potrzebuje też odpowiednio wysokiego produktu krajowego brutto (PKB), który oblicza się sumując wartość wszystkich dóbr i usług wytworzonych w kraju w ciągu roku. Dopiero odpowiednio wysoki PKB zapewnia środki, również na odpowiednio intensywne zbrojenia, jeżeli rządząca partia podejmie taką decyzję. Wskutek tej różnicy świat geopolityczny Pekinu – mimo dużej bliskości ustrojowej – wygląda zupełnie inaczej niż świat geopolityczny Moskwy. Największą rolę – przyjęto 60% – odgrywa w nim PKB, znaczenie populacji jest już sporo mniejsze – 30%, a odpowiednio wielkie terytorium najmniej ważne – 10%.

Wykres 2. Światowy układ mocarstw według Chin

Wykres 2. Światowy układ mocarstw według Chin

 

Lista światowych mocarstw a la Chińska Republika Ludowa wygląda już dużo bardziej sensownie. USA awansuje na niej na drugie miejsce, a sama Rosja spada na czwarte, przy czym różnica pomiędzy nią, a pierwszą trójką jest już bardzo duża. Nie należy się też dziwić, że Chińska Republika Ludowa do stosunków z Rosją przykłada dużo mniejsze znaczenie niż Rosja do stosunków z Chinami, a sama Rosja dla Chin nie jest raczej poważnym partnerem, a co najwyżej – czasami przydatnym, a czasami kłopotliwym – wasalem. W przeciwieństwie do Rosji, Chiny nie lekceważą też państw europejskich, które teraz się na tej liście światowych potęg pojawiają.

Jednak nawet lista chińska, chociaż bardziej realistyczna od rosyjskiej, dalece nie odzwierciedla rzeczywistego światowego układu sił. Chiny są, co prawda, państwem nowocześniejszym od Rosji, ale bynajmniej nie nowoczesnym. I sposób myślenia chińskich elit ten fakt odzwierciedla. Same środki produkcji, kapitał – PKB, praca – populacja i ziemia – powierzchnia, są oczywiście konieczne do wytwarzania produktów czy usług, a także odpowiednio wyszkolonych i wyekwipowanych sił zbrojnych. Nie są jednak wystarczające.

Ekonomia jest bowiem nauką o tym, w jaki sposób przekształcić te środki produkcji w końcowy produkt w sposób jak najbardziej efektywny. Efektywność tę określają tak zwane funkcje produkcji. Jedna gospodarka z tej samej ilości zasobów pracy, kapitału i ziemi wyprodukuje znacznie więcej użytecznego produktu końcowego niż inna. Te różnice są obecnie na świecie przepastne i widoczne gołym okiem. Wbrew narracji Moskwy Kongo nie jest mocarstwem nie dlatego, że zachodnie korporacje kradną mu surowce, ale dlatego, że ma bardzo niewydolną gospodarkę, która wytwarza produkt z bardzo niską wydajnością.

Wydajność gospodarki mierzy się zazwyczaj przeliczając PKB na jedną przepracowaną w tej gospodarce roboczogodzinę. W roku 2025 najbardziej wydajne gospodarki na świecie – szwajcarska, duńska, czy norweska – przekraczały poziom 100 dolarów na roboczogodzinę. Tymczasem w Kongo ta wielkość była ponad czterdzieści razy mniejsza. Kongijczycy nie mogą nawet myśleć o mocarstwowości, bo przy tak niskiej wydajności swoje zasoby muszą kierować przede wszystkim na zapewnienie sobie przeżycia, żywności, ubrania i schronienia.

Kompleksowy model oceny potencjału światowych mocarstw

Aby uwzględnić w modelu oceny potęgi światowych mocarstw wydajność, jako czynnik mający niebagatelny wpływ na rzeczywistą pozycję gospodarczą w świecie – do założeń metodologii Chińskiej Republiki Ludowej – dodamy potencjał poszczególnych krajów przemnożymy przez wydajność policzoną w procentach od obecnej wydajności maksymalnej, którą posiada gospodarka Luksemburga.

Jednak i sama wydajność to nie wszystko. Gospodarka, nawet wydajna, dostarcza władzy państwowej środków do prowadzenia polityki międzynarodowej, także oczywiście środków militarnych. Ale sama władza może w swojej polityce wykorzystywać te środki lepiej lub gorzej. Liczy się też zatem organizacja i wydajność samego rządu, nie tylko gospodarki, choć są to rzeczy ściśle powiązane i od siebie zależne. Do oceny poziomu organizacji instytucji państwowych, praworządności, wolnego rynku czy własności prywatnej służy wskaźnik zwany nieco mylącą „Index of Economic Freedom” (IEF), a dokładnie wskaźnik zredukowany do dziewięciu z dwunastu jego części składowych – IEF 9D. Jest to kolejny czynnik zmniejszający procentowo efektywne przełożenie środków produkcji na politykę międzynarodową – najmniej w przypadku Danii, dla której przyjmiemy poziom 100%.

I to jednak nie wystarczy. Przekonanie Komunistycznej Partii Chin o decydującej roli kapitału jako czynnika produkcji, jest bowiem słuszne tylko w odniesieniu do gospodarek prymitywnych, biednych i niewydajnych, takich jak właśnie chińska. W takiej gospodarce wzrost uzyskuje się głównie przez inwestycje kapitałowe. Jednak w gospodarkach bardziej rozwiniętych, akumulacja kapitału sprawia, że średnia stopa zwrotu spada do poziomu bardzo bliskimu zera i w pewnym momencie inwestycje kapitałowe zostają wyprzedzone w generowaniu wzrostu przez innowacje. Technologiczne i organizacyjne. Liczy się zatem też innowacyjność gospodarki, mierzona z kolei wskaźnikiem Global Innovation Index – GII, która obecnie jest najwyższa w Szwajcarii, dla której przyjęto 100%. Szczególnie dotyczy to właśnie sektora zbrojeniowego, który ze swojej natury jest zawsze, w każdej epoce, najbardziej zaawansowany technologicznie ze wszystkich dziedzin gospodarki.

Ostatecznie każde państwo może efektywnie wykorzystać w polityce swoje czynniki produkcji, przerabiając na „mocarstwowość” tylko część z nich, dopuszczoną przez wydajność gospodarki, efektywność rządu oraz poziom innowacyjności. Ranking faktycznych światowych mocarstw, oparty na tych założeniach, pokazano na kolejnym wykresie.

Wykres 3. Światowy układ mocarstw po uwzględnieniu wydajności

Wykres 3. Światowy układ mocarstw po uwzględnieniu wydajności

 

Biorąc pod uwagę przedstawione wyżej założenia widać, że w takim zestawieniu bez żadnych wątpliwości liderują Stany Zjednoczone Ameryki, które nie tylko są krajem wielkim, ludnym i bogatym, ale też potrafią bardzo efektywnie ten potencjał wykorzystywać. Teoretycznie Chiny powinny im przynajmniej dorównywać pod tym względem, ale mając bardzo niską wydajność gospodarki – dużo niższą nawet od polskiej – jak również bardzo zły rząd, co powoduje, że większość swojego potencjału marnują. Pozycja Chin w tym zestawieniu i tak jest prawdopodobnie przeszacowana, bowiem według wielu miarodajnych sygnałów tamtejsze władze fałszują podawane przez siebie dane gospodarcze, na przykład o wysokości PKB. Także wskaźnik innowacyjności GII, który Chiny mają nieproporcjonalnie wysoki w porównaniu do pozostałych swoich parametrów – są bowiem, według tego zestawienia, jedenastą najbardziej innowacyjną gospodarką na świecie – jest liczony dla Chińskiej Republiki Ludowej razem z… Tajwanem. Zatem również ten parametr jest w ten sposób zawyżany.

Niewykluczone, że po uwzględnieniu tych korekt, Chiny mogą spaść nawet na trzecie miejsce. Na drugim natomiast nie znajdą się bynajmniej Indie. Ani tym bardziej Rosja, która przy bardzo złych rządach, ma dodatkowo bardzo niską innowacyjność, dużo niższą od polskiej, a praktycznie identyczną, jak… Ukraina. Na pozycji trzeciej, lub nawet może drugiej, są Niemcy.  Na piątej – Wielka Brytania. Na szóstej – Francja. W sumie w pierwszej dziesiątce są cztery kraje europejskie, Japonia, Kanada, Australia i Korea Południowa. Wielkie i ludne, ale źle rządzone kraje BRICS – poza samymi Chinami – są tutaj już bardzo daleko.

Niezależnie jednak od tego, kto dokładnie zajmuje pozostałe miejsca na podium, przepaść między nim a USA jest olbrzymia. USA pozostają de facto jedyną globalną potęgą i nie potrzebują stawać się wielkie znowu. Nigdy wielkie być nie przestały. Wbrew temu, co można usłyszeć z Moskwy i Pekinu, a od pewnego czasu nawet i z Waszyngtonu, daleko im do schyłku.

Potencjał globalny Zjednoczonej Europy

Wysoka pozycja krajów europejskich w zestawieniu globalnych mocarstw może być dla wielu zaskoczeniem. Tę pozycję kwestionują i lekceważą bowiem nie tylko w Moskwie. Czyni to też wielu zwolenników obecnego amerykańskiego prezydenta. Nie tylko w USA, ale i na całym świecie, także w Polsce.

Skoro kraje te nie mają wielkich i potężnych, wielomilionowych armii, nie mogą być według nich mocarstwami, a jedynie wasalami pod opieką Ameryki. Sam prezydent Trump nie raz zapowiadał, że Ameryka dłużej Europy bronić nie będzie, bo ma ważniejsze rzeczy do roboty gdzie indziej. Zabierze siły amerykańskie stacjonujące dotychczas w Europie, a bez nich przecież Europa jest słaba i traci jakiekolwiek znaczenie. Takie przeświadczenie o słabości Europy było widoczne chociażby podczas pierwszych rozmów Trumpa z Putinem w sprawie Ukrainy, w których Unię Europejską i przywódców europejskich krajów prezydent Stanów Zjednoczonych kompletnie zignorował i pominął.

Po pierwsze jednak, siły zbrojne państw europejskich, jak prezentowałem już w artykule Armie Europy – jaki jest realny potencjał militarny wojsk ukraińskich i rosyjskich oraz pozostałych armii państw Europy, wcale nie są takie słabe, jak można by sądzić wyłącznie po ich liczebności. Najsilniejsze europejskie armie – brytyjska, francuska i niemiecka – mimo że zdecydowanie mniej liczne, są jednak silniejsze (każda z osobna) od przechwalonej armii rosyjskiej. I dużo bardziej od niej zdolne do prowadzenia dalekich operacji. Choć oczywiście pod jednym i drugim względem daleko im do sił amerykańskich.

Po drugie jednak, posiadanie silnej armii, zwłaszcza w cywilizacji, która odeszła już od maltuzjanizmu i weszła w rewolucję przemysłową, wcale nie jest najlepszym wskaźnikiem możliwości mocarstwowych. Dzisiaj USA mają widocznie wizualnie potężne siły zbrojne, na które wydają ogromne środki, a kraje europejskie do tej pory na zbrojeniach oszczędzały. Ale na początku XX wieku było dokładnie na odwrót. Europejskie mocarstwa rozbudowywały gorączkowo swoje armie, a bloki Trójprzymierza i Trójporozumienia, późniejsze państwa centralne i Ententa, prowadziły szaleńczy wyścig zbrojeń. W tym samym czasie USA – w porównaniu do Francji, Rosji czy Niemiec – armii praktycznie nie posiadały wcale. Jeszcze w 1917 roku, gdy przystępowały do I wojny światowej, w Niemczech się z tego śmiano.

A jednak już wtedy, uwzględniając gospodarki – jak przekonująco dowiódł Witold Orłowski w swojej znakomitej publikacji „Stulecie chaosu” – były USA jednym z trzech najpotężniejszych państw na Ziemi, przewyższając znacznie ówczesną Rosję, Francję czy Austro-Węgry, a będąc równorzędne brytyjskiemu imperium i ówczesnym Niemcom – II Rzeszy.

A kiedy USA armii w końcu potrzebowały, potrafiły ją bardzo szybko zbudować, bo miały ku temu środki i zasoby. Dokładnie tak samo jest dzisiaj z Europą. Jej potęga i znaczenie nie odzwierciedla się w jej siłach zbrojnych, co jednak nie oznacza, że nie istnieje. A armie europejskie mogą być bardzo szybko rozbudowane, jeżeli tylko będzie ku temu wola polityczna.

Owszem – inaczej niż USA, Chiny czy Rosja – Europa nie jest jednym państwem z jednym rządem, ale jest podzielona na wiele państw narodowych. Potrafią one jednak, zupełnie inaczej niż BRICS, współpracować ze sobą w bardzo szerokim zakresie i efektywnie łączyć swoje potencjały w różnych celach, głównie w ramach Unii Europejskiej, ale nie tylko. Można się spodziewać, że jeżeli administracja prezydenta Trumpa faktycznie spełni swoje groźby i Europę porzuci, to na ich miejsce nie wejdą bynajmniej Chiny ani Rosja, zarówno z powodu odległości geograficznej, jak i braku odpowiedniego potencjału. Raczej kraje europejskie zacieśnią jeszcze bardziej swoją współpracę i zaczną występować wspólnie, jako jeden podmiot polityczny.

W takiej sytuacji nasz wykres światowych mocarstw zmienia się drastycznie. Za „Europę” uznano na nim teraz kraje Unii Europejskiej oraz dodatkowo Wielką Brytanię, Norwegię i Szwajcarię.

Wykres 4. Światowy układ mocarstw ze Zjednoczoną Europą

Wykres 4. Światowy układ mocarstw ze Zjednoczoną Europą

 

Sytuacja geopolityczna zmienia się teraz radykalnie. Chociaż Zjednoczona Europa nadal nie dorównuje potęgą USA, to różnica nie jest już zbyt duża. Trzecie, co do potęgi, mocarstwo światowe – Chiny są już bardzo daleko za pierwszymi dwoma. O Rosji w ogóle nie ma w tym kontekście mowy, bo jest ona słabsza nawet od Turcji.

Istnieje zresztą jeszcze jedna różnica pomiędzy hipotetycznym mocarstwem europejskim, a mniemanymi mocarstwami dzisiejszymi, Chinami i Rosją. O ile dzisiejsi przeciwnicy USA, rzekome mocarstwa BRICS, są – jak już była o tym mowa – prymitywne, zacofane, biedne i skorumpowane, o tyle Europa przypomina bardziej USA. Jest obszarem praworządnym, wolnorynkowym i cywilizowanym, a zatem także i bogatym.

A zgodnie z teorią gier, a konkretnie tak zwaną macierzą Hammersteina, oznacza to, że wzajemne stosunki europejsko-amerykańskie, nawet po hipotetycznym powstaniu United States of Europe, będą przyjazne, a nie konfrontacyjne, jak to ma miejsce z Rosją i Chińską Republiką Ludową. Wyznawcy doktryn rodem z neolitu, do których zaliczają się nie tylko elity władzy z Kremla, ale także, niestety, obecna amerykańska administracja, wyobrażają siebie, że mocarstwa, jakie by nie były, zawsze będą miały sprzeczne interesy i jedyne co może powstrzymać je od rzucenia się sobie do gardeł jest wzajemna równowaga sił i obawa przed odwetem.

Tak było, owszem, w maltuzjanizmie (do XVIII wieku włącznie), natomiast nie jest tak już w świecie postindustrialnym, w którym zaszła rewolucja przemysłowa.

Po pierwsze wzajemne stosunki nie są wcale grą o sumie zerowej i obopólna współpraca jest w stanie wygenerować dużo większe bogactwo, niż nawet największe wyobrażalne łupy wojenne.

Po drugie, nawet tam, gdzie w grę wchodzi faktycznie suma zerowa, jak w sporach terytorialnych, koszty konfliktu dla krajów nawet tylko umiarkowanie rozwiniętych tak dalece przewyższają wartość spornego dobra, że strategiami ewolucyjnie stabilnymi w takich sporach są tak zwane strategie legalistyczne, polegające – zgodnie ze swoją nazwą – na przyznaniu spornego dobra tej stronie, która ma do niego większe obiektywne prawa, ewentualnie podziału danego dobra miedzy stronami proporcjonalnie do siły ich praw. To samo dotyczy też praw do obszarów wcześniej bezpańskich, jak Antarktyda czy dno oceaniczne, które pod koniec XX wieku uznano za dobro wspólne i powołano międzynarodowe organy do zarządzania nimi.

Donald Trump akuszerem przy narodzinach mocarstwa Stanów Zjednoczonych Europy?

Dlatego obecnie kraje najbardziej rozwinięte, te o najwyższych wskaźnikach IEF czy PKB per capita, niezależnie od swojej obiektywnej wielkości, siły i potęgi, niezależnie od jakichkolwiek historycznych „rachunków krzywd”, w żadne konflikty – a tym bardziej konflikty zbrojne – ze sobą nie wchodzą. Robią to zaś głównie kraje biedne, prymitywne i zacofane, jak Rosja czy Chiny. Próby odejścia od tej zasady – znowu w wydaniu obecnego amerykańskiego prezydenta, który zagroził sąsiadom USA aneksjami terytorialnymi – wywołały szok, oburzenie i oczywiście nigdy nie będą mogły być na serio zrealizowane, bo oznaczałoby to katastrofę gospodarczą, również dla samych Stanów Zjednoczonych Ameryki. Same groźby przyniosły zresztą USA wymierne straty, także finansowe. A na to nawet Trump na dłużą metę nie może sobie pozwolić.

Polityka oparta na doktrynach z neolitu, w świecie postindustrialnym jest skazana na fiasko. W przypadku Rosji być może nawet bardzo widowiskowe. Dla prezydenta Trumpa zderzenie z rzeczywistością będzie zapewne również bardzo bolesne, choć cena, jaka zapłacą za to sami Amerykanie nawet w przybliżeniu nie będzie tak wysoka jak w przypadku Rosjan czy Chińczyków.

Jedynym trwałym rezultatem obecnej amerykańskiej prezydentury może być natomiast faktyczne zjednoczenie Europy i narodziny jej jako jednolitego światowego mocarstwa, równorzędnego USA i znacznie potężniejszego od Chin. Przynajmniej ludowych.

Europejczycy muszą jednak najpierw uwierzyć w siebie, dostrzec swój potencjał i wzbić się ponad partykularne, narodowe interesy zagrażające jedności Unii Europejskiej i Zjednoczonej Europie.

Marcin Adamczyk

publicysta, analityk, reasercher, inżynier
Data publikacji:
lipiec 2025
Udostepnij:
Miliardy z SAFE zatwierdzone, umowy podpisane – ale schody dopiero przed nami?

Miliardy z SAFE zatwierdzone, umowy podpisane – ale schody dopiero przed nami?

Z unijnego programu SAFE otrzymamy ponad 180 miliardów złotych, rekordowe środki, które mają przyspieszyć największą modernizację polskiej armii w historii. Tylko Huta Stalowa Wola otrzymała kontrakty na 60 mld zł, czyli prawie tyle co całe finansowanie z programu SAFE dla Włoch. To ogromna szansa, ale też wielkie wyzwanie, bo chociaż umowy w formule single procurement – które trzeba było podpisać do 30 maja 2026 roku – udało się zawrzeć, to żeby objąć je finansowaniem SAFE należy je zrealizować i rozliczyć do końca 2030 roku, a to wcale nie jest tak dużo czasu, jak się może wydawać.

Strategia bezpieczeństwa, sojusze oraz odporność państwa i społeczeństwa – trzy filary, bez których nie zbudujemy bezpieczeństwa Polski i Europy

Strategia bezpieczeństwa, sojusze oraz odporność państwa i społeczeństwa – trzy filary, bez których nie zbudujemy bezpieczeństwa Polski i Europy

Strategia Bezpieczeństwa Narodowego i zbudowanie silnej armii, trwałe oraz wiarygodne sojusze oraz odporność państwa i obywateli na długotrwały kryzys – to zdaniem gen. Mieczysława Gocuła, rektora Akademia Sztuki Wojennej i byłego szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego trzy kluczowe filary budowania bezpieczeństwa Polski.
Czy państwo może skutecznie przygotowywać się do wojny i wydawać setki miliardów złotych na obronność bez aktualnej Strategii Bezpieczeństwa Narodowego? Czy Europa jest gotowa na sytuację, w której Stany Zjednoczone coraz mocniej koncentrują się na rywalizacji globalnej i Pacyfiku? Jak powinien wyglądać europejski filar NATO i czy Polska staje się dziś jednym z liderów budowy nowej architektury bezpieczeństwa w Europie?
O tym między innymi mówi gen. Mieczysław Gocuł – były szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego i rektor Akademia Sztuki Wojennej – w rozmowie dla portalu SektorObronny.pl.

Strategia Bezpieczeństwa Narodowego Polski na finiszu? Co dalej z programem SAFE i finansowaniem polskiego przemysłu zbrojeniowego?

Strategia Bezpieczeństwa Narodowego Polski na finiszu? Co dalej z programem SAFE i finansowaniem polskiego przemysłu zbrojeniowego?

Podczas Security Conference 2026, organizowanej przez Akademię Sztuki Wojennej w Warszawie, zatytułowanej „Bezpieczeństwo Europy Środkowo-Wschodniej i Świata w świetle wojny Rosji z Ukrainą”, która odbyła się 22 i 23 kwietnia 2026 roku, a której Sektor Obronny był patronem medialnym, mieliśmy okazję zapytać Stanisława Wziątka, podsekretarza stanu w Ministerstwie Obrony Narodowej, jak przebiegają prace nad Strategią Bezpieczeństwa Narodowego, a także dopytać o dalsze losy programu SAFE oraz przyszłość Fabryki Broni Łucznik w Radomiu.