To Święto Wojska Polskiego – obchodzone corocznie 15 sierpnia – upamiętnia zwycięstwo w Bitwie Warszawskiej z 1920 roku, kiedy polskie wojska skutecznie odparły siły bolszewickie zmierzające na podbój Zachodniej Europy. Przez jednych wydarzenie zwane Cudem nad Wisłą, przez innych opisywane jako efekt kunsztu strategicznego, sprawnej realizacji założeń taktycznych, politycznej zgody ponad podziałami, wiedzy i doświadczenia wywiadu oraz kryptologów, zaangażowania nie tylko wojska, ale też ochotników i całego społeczeństwa oraz zwykłego żołnierskiego szczęścia.
Cud nad Wisłą stał się synonimem Bitwy Warszawskiej – hasłem, które natychmiast przywołuje zwycięstwo z 1920 roku. Tak naprawdę ważniejsze jest jednak to, jakie wnioski potrafimy wyciągnąć z tego zwycięstwa na przyszłość. Polecamy obejrzenie reportażu z Muzeum Bitwy Warszawskiej 1920
W Warszawie o godz. 12.00 rozpoczęła się defilada wojskowa na Wisłostradzie. Tegoroczna była największą paradą wojskową w historii kraju – zarówno na lądzie, jak i w powietrzu. Równolegle z warszawską defiladą, w Gdyni i Gdańsku można było oglądać paradę morską, w której uczestniczyło ponad 20 okrętów i jednostek Marynarki Wojennej RP oraz państw sojuszniczych, w tym z Estonii, Litwy i Szwecji.
Ale nie tylko o liczbę żołnierzy i sprzętu chodziło. Defilada była okazją, by zobaczyć, jak w ostatnich latach przyspieszyła modernizacja polskich Sił Zbrojnych, dzięki czemu wojsko dostało nie tylko setki jednostek nowoczesnego sprzętu, ale także jak wzrosło bezpieczeństwo Polski, dzięki zwiększeniu realnej siły odstraszania, jakiej nie mieliśmy nigdy wcześniej, a która wciąż rośnie, odsuwając od nas oraz sojuszników groźbę totalnego konfliktu. Był to też przykład jedności sił wojsk sojuszniczych NATO, których pododdziały wzięły udział w tej największej od dekad paradzie wojskowej.
Jak zaznaczył generał Wiesław Kukuła, szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, uroczystości miały być nie tylko demonstracją siły i nowoczesności polskiej armii, ale także podziękowaniem dla obywateli.
– Żołnierze dedykują defiladę wszystkim Polakom, którzy płacą podatki i składają się na wyposażenie – powiedział jeszcze przed defiladą szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego.
Była to również okazja do przypomnienia, jak rządzący dbają o bezpieczeństwo Polski, podkreślenia historycznego wymiaru tegorocznych obchodów jako największej defilady z okazji Święta Wojska Polskiego oraz wielu innych okolicznościowych opinii i stwierdzeń na temat wzmacniania bezpieczeństwa Polski, które z reguły słyszymy przy okazji takich uroczystości.
Co można było zobaczyć w trakcie parady?
W organizację i zabezpieczenie defilady oraz parady morskiej zaangażowanych było łącznie około 9.000 żołnierzy, z czego 1.800 brało bezpośredni udział w defiladzie na Wisłostradzie. Wzięło w niej udział także ponad 300 jednostek sprzętu lądowego oraz 60 statków powietrznych, a także dziewięciu skoczków spadochronowych z flagami Polski, Unii Europejskiej i NATO. Uczestniczyli w niej między innymi żołnierze z USA, Kanady, Australii, Litwy, Estonii, Szwecji i Rumunii. Najliczniejszy pododdział wystawili jednak w tym roku żołnierze francuscy z Legii Cudzoziemskiej. Przed trybuną honorową maszerowały 103 kobiety, których jest coraz więcej w armii. Jak podała Magdalena Sobkowiak-Czarnecka, w Wojskach Obrony Terytorialnej (WOT) co piąty żołnierz to kobieta. To tak na marginesie, bo obserwujących defiladę obchodzi głównie ciężki sprzęt a na defiladzie był on licznie prezentowany.
Zobaczyliśmy między innymi najcięższy sprzęt pancerny, czyli czołgi – amerykańskie Abramsy i koreańskie K2, które już stanowią trzon nowoczesnych sił pancernych. Wojsko Polskie dysponuje już około 233 czołgami Abrams (116 starszych M1A1 FEP oraz ponad połową z 250 zamówionych nowoczesnych M1A2 SEPv3) oraz 180 czołgami K2 Black Panther z pierwszego zamówienia z Korei Południowej. Kolejne 180 wozów, w tym warianty K2PL, są w harmonogramie dostaw na lata 2026–2030.

Defilada z okazji Święta Wojska Polskiego. fot. MON
Podczas Święta Wojska Polskiego można było zobaczyć też polski sprzęt, także ten rozwijany między innymi dzięki środkom z programu SAFE, w tym najnowocześniejsze systemy uzbrojenia, jakimi obecnie dysponują polscy żołnierze, takie jak bojowe wozy piechoty Borsuk, transportery opancerzone Rosomak, samobieżne moździerze Rak, armatohaubice Krab, czy przenośne zestawy rakietowe Piorun.
Zaprezentowane zostały również systemy bezzałogowe, których znaczenie w Wojsku Polskim szybko rośnie. MON rozwija tak zwane wojska dronowe i utworzyło w Dowództwie Generalnym Rodzajów Sił Zbrojnych Inspektorat Wojsk Bezzałogowych Systemów Uzbrojenia, odpowiedzialny za koordynowanie rozwoju tych zdolności. Systemy bezzałogowe mają być wykorzystywane w różnych rodzajach wojsk i domenach – na lądzie, w powietrzu i na morzu.
Podczas defilady zaprezentowano również systemy rozpoznawczo-uderzeniowe GLADIUS, wykorzystujące rozpoznawcze bezzałogowe statki powietrzne FT-5 oraz efektory uderzeniowe BSP-U i amunicję krążącą WARMATE 5/10, przeznaczone do precyzyjnego rażenia celów na dużych odległościach. Pokazano także inne bezzałogowe systemy powietrzne polskiej Grupy WB, w tym rozpoznawcze drony FLYEYE oraz amunicję krążącą WARMATE, będące przykładem rosnącego znaczenia technologii bezzałogowych na współczesnym polu walki.
Na niebie królowały samoloty F-16, będące trzonem polskiego lotnictwa bojowego, oraz najnowsze wielozadaniowe samoloty V generacji F-35 w polskich barwach, których pierwsze egzemplarze dotarły do Polski w maju 2026 roku.
Zobaczyliśmy też śmigłowce AW149 oraz AH-64 Apache, których osiem Polska pozyskała z USA w ramach umowy leasingu pomostowego o wartości około 300 mln dolarów (około 1,2 mld zł), podpisanej 27 lutego 2025 roku. Maszyny te służą do szkolenia personelu, by zniwelować luki w zdolnościach bojowych polskich pilotów przed dostawą docelowych 96 egzemplarzy tych maszyn w wersji AH-64E.
Można było też zobaczyć, jakimi systemami obrony przeciwlotniczej dysponuje wojsko w programie przeciwlotniczym najbliższego zasięgu Pilica+, kluczowym dla obrony zgrupowań wojsk i infrastruktury krytycznej w przestrzeni powietrznej.
Byli też reprezentowani żołnierze wszystkich rodzajów Sił Zbrojnych RP – Wojsk Lądowych, Sił Powietrznych, Marynarki Wojennej, Wojsk Specjalnych i Wojsk Obrony Terytorialnej – a także Wojsk Obrony Cyberprzestrzeni, Żandarmerii Wojskowej, struktur wsparcia, akademii wojskowych, klas mundurowych oraz aktywnej rezerwy.
Równolegle z warszawską defiladą w Gdyni i Gdańsku odbyła się parada morska. Ta, jak na ogólny stan naszej floty, również prezentowała się świątecznie i imponująco.
Na wodach Zatoki Gdańskiej zaprezentowało się ponad 20 jednostek pływających, w tym fregaty, korwety, okręty hydrograficzne oraz niszczyciele min – Kormorany. To akurat są polskie nowoczesne okręty, których zazdroszczą nam sojusznicy.
W paradzie morskiej wzięły też udział okręty marynarek wojennych z Estonii, Litwy i Szwecji, co podkreśliło międzynarodowy charakter obchodów i współpracę w ramach NATO.
Były też polityczne uszczypliwości. Tegoroczne obchody rząd i MON promowały pod hasłem „Polska SAFE – Bezpieczna Polska”, bezpośrednio nawiązującym do unijnego programu finansowania obronności SAFE i weta prezydenta do tej ustawy. Prezydent Karol Nawrocki wyraźnie się od tego dystansował, mówiąc, że Wojsko Polskie nie potrzebuje obcojęzycznych przymiotników, a na jego sztandarach od wieków widnieje Bóg, Honor, Ojczyzna, a nie SAFE. Władysław Kosiniak-Kamysz ripostował, rozwijając skrót SAFE jako Sojusze, Armia, Fabryki i Europa.
W szerszym sporze część opozycji zarzucała rządowi, że wykorzystuje Święto Wojska Polskiego do promocji własnej polityki i programu SAFE. Politykę zostawmy jednak politykom – znacznie ważniejsze jest to, co za tymi hasłami kryje się w realnych zdolnościach Wojska Polskiego.
Awanse generalskie i admiralskie
Tegoroczne Święto Wojska Polskiego przyniosło również zmianę w ceremoniale. Po raz pierwszy akty mianowania na stopnie generalskie i admiralskie zostały wręczone podczas samej defilady na warszawskiej Wisłostradzie. Prezydent Karol Nawrocki awansował łącznie 21 oficerów Wojska Polskiego.
Na stopień generała dywizji awansowano sześciu oficerów:
- bryg. Mariusza Chmielewskiego, dowódcę Komponentu Wojsk Obrony Cyberprzestrzeni;
- bryg. pil. Tomasza Jatczaka, inspektora Sił Powietrznych w Dowództwie Generalnym Rodzajów Sił Zbrojnych;
- bryg. Rafała Kowalika, dowódcę Wielonarodowej Dywizji Północny-Wschód;
- bryg. Sławomira Kozickiego, dyrektora Departamentu Budżetowego MON;
- bryg. Sławomira Lidwę, dowódcę 11 Lubuskiej Dywizji Kawalerii Pancernej;
- bryg. Jacka Sankowskiego, dyrektora Departamentu Infrastruktury MON.
Na stopień wiceadmirała awansowany został:
- Piotr Sikora, zastępca Dowódcy Operacyjnego Rodzajów Sił Zbrojnych.
Na stopień generała brygady mianowano trzynastu oficerów:
- płk. Grzegorza Fakę, dyrektora Departamentu Kadr MON;
- płk. Krzysztofa Klina, zastępcę szefa Inspektoratu Wsparcia Sił Zbrojnych – szefa Logistyki;
- płk. Zbigniewa Krzyszczuka, dowódcę 2 Lubelskiej Brygady Obrony Terytorialnej;
- płk. Dariusza Kwiatkowskiego, zastępcę dowódcy Komponentu Wojsk Obrony Cyberprzestrzeni;
- płk. Janusza Misiaka, zastępcę szefa Zarządu Planowania Operacyjnego P3 Sztabu Generalnego Wojska Polskiego;
- płk. Piotra Palucha, zastępcę szefa Agencji Uzbrojenia;
- płk. Dariusza Piotrowiaka, zastępcę dyrektora Departamentu Kontroli MON;
- płk. Mirosława Płomińskiego, zastępcę szefa Zarządu Planowania i Programowania Rozwoju Sił Zbrojnych P5 SGWP;
- płk. Mirosława Postołowicza, zastępcę szefa Zarządu Kierowania i Dowodzenia P6 SGWP;
- płk. Renarta Skrzypczaka, dowódcę 1 Warszawskiej Brygady Pancernej;
- płk. pil. Krzysztofa Szymańca, rektora-komendanta Lotniczej Akademii Wojskowej;
- płk. Zbigniewa Targońskiego, szefa Sztabu Dowództwa Wojsk Obrony Terytorialnej;
- płk. pil. Roberta Weissgerbera, szefa Pionu – zastępcę szefa Sztabu ds. Planowania Dowództwa Operacyjnego Rodzajów Sił Zbrojnych.
Na stopień kontradmirała awansowany został natomiast:
- kmdr Artur Kołaczyński, dowódca 8 Flotylli Obrony Wybrzeża.
Łącznie podczas defilady nominacje otrzymało więc sześciu generałów dywizji, trzynastu generałów brygady, jeden wiceadmirał i jeden kontradmirał.
Jak wygląda obecnie polska armia?
Święto Wojska Polskiego to już tradycyjnie doskonała okazja do refleksji nad stanem i przyszłością polskiej armii. Przeanalizujmy więc problemy, z jakimi boryka się zarówno armia, jak i my jako społeczeństwo, w sytuacji wojny hybrydowej, wojny kognitywnej, narastającej presji informacyjnej, a także coraz częstszych cyberataków oraz incydentów i działań o charakterze fizycznym – od naruszeń polskiej przestrzeni powietrznej przez rakiety i drony po akty sabotażu, podpalenia i inne formy destabilizacji.

Defilada – Święto Wojska Polskiego. fot. KPRP/Grzegorz Jakubowski
Nasza armia wciąż jest w budowie, ale już dziś mamy najbardziej profesjonalną i najlepiej wyposażoną armię, jedną z największych w NATO.
Według danych sztabowych armia liczy obecnie ponad 217.000 żołnierzy.
Pośród nich 74,7% stanowią żołnierze zawodowej służby wojskowej, o najwyższym poziomie profesjonalizmu i doświadczenia. Wśród nich 83% stanowią mężczyźni, a 17% kobiety. Średni wiek wojskowego to 34,9 lat (35,2 lat dla mężczyzn i 33 lata dla kobiet).
Ważną rolę odgrywa również terytorialna służba wojskowa, stanowiąca 17,3% ogólnego stanu wojska, która wzmacnia lokalne zdolności obronne.
Dodatkowo, dobrowolna zasadnicza służba wojskowa (7,7%) oraz aktywna rezerwa (0,3%) uzupełniają potencjał obronny kraju.
Jeśli chodzi o stopnie wojskowe – oficerowie stanowią 12,6% stanu osobowego, podoficerowie 30,3%, natomiast szeregowi 57,1% kadry. Ponad połowa żołnierzy posiada wykształcenie średnie, a ponad jedna trzecia wyższe.
Coraz większym zainteresowaniem cieszy się dobrowolna zasadnicza służba wojskowa, jak i inne formy przeszkolenia, także te dobrowolne, krótkotrwałe, mające przekazać podstawowe informacje dotyczące zachowań i postępowania w sytuacjach kryzysowych, jak na przykład program wGotowości.
Łyżka dziegciu w beczce miodu – czyli czego ciągle brakuje?
To nie znaczy, że w tej beczce miodu nie ma łyżki dziegciu. Jest. I to nie jedna.
Problem zasadniczy, który wciąż wydaje się nierozwiązalny, mimo krytyki płynącej ze strony wojska i ekspertów, to brak Strategii Bezpieczeństwa Narodowego.
Dlaczego Strategia Bezpieczeństwa Narodowego jest istotna, można dowiedzieć się więcej między innymi z wywiadu z generałem Stanisławem Koziejem: Bezpieczeństwo narodowe to zdolność przewidywania zagrożeń i skutecznego reagowania oraz z rozmowy z generałem Mieczysławem Gocułem: Strategia bezpieczeństwa, sojusze oraz odporność państwa i społeczeństwa – trzy filary, bez których nie zbudujemy bezpieczeństwa Polski i Europy.
Nową Strategię, która miała zastąpić wciąż obowiązującą, opracowaną w 2020 roku, kiedy sytuacja bezpieczeństwa była zupełnie inna niż dzisiaj, opracował nowy rząd i przesłał prezydentowi ponad rok temu, jednak Karol Nawrocki dokumentu nie zatwierdził. Miał wnieść poprawki, ale jak dotąd też ich nie sformułował.
– Zarówno ten obecny dokument, jak i ten poprzedni, który był wcześniej wysyłany do prezydenta Andrzeja Dudy, jeszcze raz podkreślę, były przygotowywane z udziałem przedstawicieli BBN – zapewniał jeszcze w kwietniu 2026 roku w rozmowie z portalem Sektor Obronny Stanisław Wziątek, podsekretarz stanu w Ministerstwie Obrony Narodowej – Uwagi prezydenta Dudy zostały uwzględnione i dokument został poprawiony. Do tego nowego dokumentu prezydent Nawrocki nie skierował do nas żadnych innych oczekiwań. Nie powiedział, co chce zmienić, ale w rozmowach roboczych z BBN udało się określić właściwe obszary i główne zmiany dotyczą charakteru metodologicznego, różnego układu tych zapisów w Strategii. Dodany też został jeden rozdział odnoszący się do aspektów wdrożeniowych. I to być może – mam nadzieję, że na pewno – zaspokoi oczekiwania pana prezydenta Karola Nawrockiego – mówił Stanisław Wziątek.
Prezydent Nawrocki zdaje się jednak uważać, że nowy dokument powinien być bardziej oparty na doktrynie prezydenta Trumpa. Nie wdając się już w szczegóły politycznych argumentacji, brak politycznego porozumienia w sprawach wojska ponad podziałami to problem, z którym Polska boryka się od lat. To też może być jedno z największych zagrożeń dla skutecznego budowania krajowego bezpieczeństwa.
Podczas obchodów Święta Wojska Polskiego prezydent Karol Nawrocki poinformował o trwających w Pałacu Prezydenckim pracach nad Strategią Bezpieczeństwa Narodowego.
– Pracujemy w Pałacu Prezydenckim nad Strategią Bezpieczeństwa Narodowego, a więc nad polską kulturą strategiczną, która zagwarantuje nam bezpieczeństwo. Bardzo dziękuję Ministerstwu Obrony Narodowej i panu premierowi za rok tych wspólnych działań – powiedział zwierzchnik sił zbrojnych. – Liczę na to, iż niebawem Strategia i dokumenty wykonawcze zostaną przyjęte – dodał prezydent.
Analitycy podchodzą jednak do tych deklaracji z ostrożnością. Poczekamy – zobaczymy.
– Politycy niechętnie podchodzą do formalnych strategii, ponieważ ograniczają one ich swobodę działania i wiążą z konkretnymi zobowiązaniami. To krępuje ich decyzje, które chcieliby podejmować ad hoc, w zależności od politycznych potrzeb. Stąd brak dostatecznego zainteresowania opracowaniem i nowelizacją tego dokumentu, który z reguły zalega gdzieś na półce, obrasta kurzem, bo nikt tak naprawdę się nim nie interesuje. To jest zły nawyk – uważa gen. Stanisław Koziej, były szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego i wiceszef MON.
Dodajmy, że również w społeczeństwie nie ma zrozumienia co do konieczności i wartości tego dokumentu dla bezpieczeństwa państwa, a jednak brak strategii to największy problem dla Sił Zbrojnych, ponieważ musi ona wyznaczyć kierunki rozwoju armii i jej uzbrojenia odpowiadające współczesnym zagrożeniom.
Armia nie mogła w nieskończoność czekać na strategię i dlatego wdrożyła Program Rozwoju Sił Zbrojnych RP na lata 2025–2039, który formalnie wyznacza kierunki transformacji, ale to nie znaczy, że tak powinno być. Cel zasadniczy, jaki wynika z tego planu, w największym skrócie, to budowa armii liczącej do 500.000 żołnierzy (w tym rezerwy i 300.000 żołnierzy zawodowych) do 2039 roku, ale na jakich założeniach oparto właśnie takie wytyczne?
– Nie powinno się przecież zaczynać planowania od z góry założonej liczby żołnierzy – na przykład 300.000 czy 500.000. Najpierw należy określić zadania, jakie armia ma wykonywać, a następnie wynikające z nich potrzebne zdolności: ogniowe, inżynieryjne, obrony powietrznej itd. Dopiero potem określa się potrzebne uzbrojenie i sprzęt, jego zabezpieczenie logistyczne, zapasy, transport i obsługę. Z tego dopiero powinna wynikać liczba potrzebnych żołnierzy – podkreśla generał Bogusław Pacek (zob. więcej na ten temat w rozmowie gen. Bogusława Packa z portalem Sektor Obronny: Stany Zjednoczone Europy w obronności albo uzależnienie od USA lub Chin – taki jest wybór).
Dodatkowo w kwestii liczebności armii może nas też zaskoczyć demografia. Oby nie okazało się, że sprzętu, który kupujemy ostatnio w ogromnych ilościach, nie będzie miał kto obsługiwać. A tylko do obsługi prawie setki śmigłowców Apache AH-64E potrzeba będzie 9.500 logistyków i żołnierzy obsługi.
Sztab Generalny Wojska Polskiego studzi co prawda te emocje twierdząc, że zarówno zakupione czołgi jak śmigłowce Apache mają swoje miejsce w strukturach wojskowych i wcale nie są to zakupy na wyrost, ale nie zmienia to faktu, że nie budujemy tego domu zaczynając od fundamentów, co tylko wzmacnia polityczne spory, animozje i zarzuty pod adresem politycznych adwersarzy.
Współczesna strategia bezpieczeństwa – założenia a rzeczywistość
Współczesna Strategia Bezpieczeństwa Narodowego musi zakładać, że Siły Zbrojne działają w środowisku wielodomenowym, w którym przewaga nie wynika już wyłącznie z liczby żołnierzy czy sprzętu, lecz z elastyczności, integracji i zdolności do prowadzenia operacji równocześnie w przestrzeni lądowej, powietrznej, morskiej, kosmicznej i cybernetycznej.
Wojsko, mimo braku Strategii Bezpieczeństwa Narodowego, włączyło ten kanon w plany rozwoju armii. Wskazuje najważniejsze obecnie zasady budowy sił zbrojnych oraz kierunki ich modernizacji. Nowoczesna armia nie może być zbiorem oddzielnych formacji – lotnictwa, wojsk lądowych, marynarki czy cyber. Współczesne pole walki jest wielodomenowe, a przewagę zdobywa ten, kto potrafi połączyć wszystkie zdolności w jeden, spójny system działania.
Wojna w Ukrainie pokazała, że o skuteczności armii decyduje nie tylko liczba czołgów czy samolotów, ale zdolność do integracji informacji, szybkiego ich przetwarzania oraz błyskawicznego reagowania i prowadzenia operacji równocześnie w kilku przestrzeniach – powietrznej, morskiej, lądowej, kosmicznej i cyfrowej. Dlatego tak ogromne znaczenie ma dziś sztuczna inteligencja, która pozwala analizować dane z tysięcy sensorów w czasie rzeczywistym, przewidywać ruchy przeciwnika, optymalizować logistykę i skracać czas podejmowania decyzji z godzin do sekund. AI jest już w systemach dowodzenia, w obronie powietrznej, w dronach, w analizie obrazu satelitarnego, w systemach walki radioelektronicznej.
Równie ważne jest rozpoznanie kosmiczne – satelity obserwacyjne, radarowe i komunikacyjne, które zapewniają stały obraz sytuacji na froncie, niezależnie od pogody i pory dnia. To dzięki nim armia widzi ruchy przeciwnika, wykrywa koncentracje wojsk, ocenia skutki uderzeń i planuje kolejne działania.
Kolejny filar to działanie w cyberprzestrzeni, które stało pełnoprawną domeną operacyjną, która pozwala sparaliżować logistykę, zakłócić łączność, wyłączyć systemy dowodzenia, a nawet zdezorientować społeczeństwo poprzez operacje informacyjne i cyberataki. Armia, która nie potrafi bronić się w cyberprzestrzeni, jest narażona na ataki, które mogą zatrzymać jej działania zanim padnie pierwszy strzał.
Wszystkie te elementy – AI, kosmos, cyber – tworzą nową architekturę sił zbrojnych, w której klasyczne uzbrojenie (okręty, samoloty, rakiety) to tylko moduły większej całości. W nowoczesnym systemie bezpieczeństwa państwa przewagę osiąga ten, kto potrafi połączyć wszystkie te domeny w jeden spójny, dynamiczny ekosystem reagowania.
Fregaty wielozadaniowe Miecznik, nowe okręty podwodne pozyskiwane w programie Orka, okręt ratowniczy Ratownik, niszczyciele min Kormoran II oraz okręty rozpoznania radioelektronicznego budowane w programie Delfin; wielowarstwowe systemy obrony powietrznej i przeciwrakietowej Wisła, Narew i Pilica+, rozwijany system antydronowy SAN, artyleria rakietowa dalekiego zasięgu Homar-K i Homar-A; samoloty wielozadaniowe F-35A i F-16, lekkie samoloty bojowe FA-50 oraz śmigłowce AW149, AH-64E Apache i AW101; coraz szerzej rozwijane systemy bezzałogowe we wszystkich domenach – w powietrzu m.in. systemy rozpoznawczo-uderzeniowe GLADIUS z bezzałogowcami FT-5, rozpoznawcze FLYEYE, amunicja krążąca WARMATE oraz pionowego startu i lądowania MQ-35 V-BAT, na lądzie mobilne bezzałogowe pojazdy rozpoznawcze Tarantula oraz rozwijane kolejne bezzałogowe lądowe systemy uzbrojenia, a na morzu bezzałogowe platformy nawodne i podwodne, w tym rozwijane rozwiązania przeznaczone do rozpoznania, monitorowania i ochrony infrastruktury krytycznej, takie jak projekt TROJAN; rozwijane zdolności satelitarne – w tym programy MikroSAR/POLSARIS, GLOB, MikroGLOB i PIAST – oraz Wojska Obrony Cyberprzestrzeni, systemy rozpoznania elektronicznego ELINT, radary rozpoznania pola walki, systemy łączności, dowodzenia i bezpiecznej transmisji danych – to nie powinny być traktowane jako oddzielne projekty, lecz jako elementy jednego, spójnego systemu rozpoznania, dowodzenia, rażenia, ochrony i logistycznego zabezpieczenia Sił Zbrojnych. Tylko ich wzajemna integracja może stworzyć rzeczywistą zdolność do działania wielodomenowego – od wykrycia zagrożenia, przez przekazanie i analizę informacji, po wskazanie celu i użycie właściwego efektora na lądzie, morzu, w powietrzu i cyberprzestrzeni, także z wykorzystaniem danych pochodzących z orbity.
To właśnie tak rozumiana wielodomenowość decyduje dziś o przewadze militarnej.
Jak powiedział gen. Wiesław Kukuła, szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, w planach rozwoju Sił Zbrojnych do 2039 roku jest utworzenie w Wojsku Polskim kolejnej, siódmej dywizji – ale zupełnie nowej, wielodomenowej. W jej skład wejdą między innymi 6 Brygada Powietrznodesantowa (6 BPD) czy Jednostka Wojskowa Komandosów (JWK). To będzie zupełnie inny rodzaj związku taktycznego niż obecne klasyczne dywizje, złożone z brygad pancernych, zmechanizowanych, artylerii i pododdziałów wsparcia. Jej istotą ma być integracja działań w wielu domenach jednocześnie – lądowej, powietrznej, cybernetycznej, informacyjnej, kosmicznej i dalekiego rażenia.
Modernizacja Sił Zbrojnych i szkolenie rezerw
Równie ważna jest także modernizacja polskich Sił Zbrojnych, która choć ostatnio przyspieszyła, wciąż ma wiele braków.
Dotyczy to przede wszystkim wciąż słabej, zaniedbanej przez dekady Marynarki Wojennej – mimo wodowania tuż przed Świętem Wojska Polskiego pierwszej fregaty rakietowej w programie Miecznik (zob. więcej na ten temat: Wicher na Bałtyku – to nie prognoza pogody, ale prognoza zmian w bezpieczeństwie Polski i NATO) .
Wciąż też dziurawa jest budowana obrona powietrzna oraz ochrona przeciwrakietowa i przeciwdronowa obiektów infrastruktury krytycznej (zob. więcej na ten temat: Powietrzna Tarcza Polski – co już mamy i dlaczego wciąż jest tak dużo do zrobienia?).
Szwankuje szkolenie żołnierzy, którzy odciągani są do innych zadań, niemających nic wspólnego z ich zasadniczymi obowiązkami, takich jak pilnowanie granicy czy usuwanie błota popowodziowego.
Nadal konieczne jest przyspieszenie i zasadnicza zmiana systemu szkolenia żołnierzy rezerwy.
– Nie wystarczy bowiem mieć setki tysięcy osób zapisanych w ewidencji mobilizacyjnej – rezerwiści muszą być przygotowani do konkretnych stanowisk, jednostek i systemów uzbrojenia, na których mieliby walczyć po mobilizacji. Doświadczenia wojny w Ukrainie pokazują, że dzisiaj w Ukrainie walczą więc głównie rezerwiści i jakość rezerw decyduje o poziomie wojny – podkreśla gen. Bogusław Pacek. – Problem rezerw mobilizacyjnych to jest dla nas zasadnicze wyzwanie, ponieważ my żyjemy teraz inną armią. Armia, która ma stanowić rezerwy mobilizacyjne to jest armia, która musi przyjść i zastąpić w czołgu Abrams czy Leopard kolegów, żołnierzy, którzy tam się szkolili miesiące lub lata. W przypadku żołnierza przeznaczonego do kołowego transportera opancerzonego Rosomak, bojowego wozu piechoty Borsuk, do innych nowoczesnych środków, które są wykorzystane wszędzie – w wojskach chemicznych, inżynieryjnych, w artylerii czy w Siłach Powietrznych, obojętnie czy chodzi o działania w powietrzu czy na płycie lotniska – te rezerwy mobilizacyjne muszą być przygotowywane w różny sposób. I tego w Polsce nie mamy – analizuje generał Pacek.
Ten sam problem jeszcze bardziej obrazowo przedstawia generał dywizji Leon Komornicki, były zastępca szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego.
– Część polskich rezerwistów wojsk pancernych, których nadal mamy w ewidencji, była przygotowywana do obsługi czołgów T-72 i PT-91, które w znacznej części przekazaliśmy Ukrainie. Czy ci rezerwiści są w stanie przesiąść się na Abramsy, Leopardy czy czołgi koreańskie? No nie są na to przygotowani – zauważa Leon Komornicki
O kulisach rosyjskiej doktryny wojennej i politycznej, błędach Zachodu, mitach dotyczących wojny w Ukrainie oraz rzeczywistych wyzwaniach stojących przed NATO więcej dowiesz się z wywiadu z gen. Leonem Komornickim: Rosja nie słabnie i szykuje się do kolejnej wojny – czy NATO zdąży się przygotować?
To wszystko oznacza, że wraz z zakupem Abramsów, K2, Borsuków, Krabów, K9, Homarów czy kolejnych systemów przeciwlotniczych trzeba równolegle szkolić nie tylko ich etatowe załogi czasu pokoju, ale również konkretnie przypisanych do tych platform rezerwistów. Rezerwista przygotowany do obsługi Abramsa nie powinien po mobilizacji trafiać przypadkowo do Kraba czy K9, których wcześniej nie obsługiwał. System rezerw powinien zapewniać możliwość zastępowania strat, rotowania żołnierzy i uzupełniania załóg bez konieczności rozpoczynania szkolenia od podstaw już w czasie konfliktu.
Racjonalne wydają się również zmiany w systemie awansowania, o których chce decydować prezydent. I choć jest prosty sposób, wypróbowany w innych armiach, który łatwo uwolniłby awanse od politycznych wpływów – żołnierz dostaje awans wraz z objęciem nowego stanowiska, zgodnie z przypisanym do niego stopniem, czyli gdy zostaje wyznaczony na dowódcę brygady, automatycznie dostaje stopień generała brygady – u nas wciąż jest to instrument walki politycznej między dużym i małym pałacem.
Mamy też problemy z bezpieczeństwem społeczeństwa, co jest ważne dla budowania odporności państwa w przypadku konfliktu.
Obrona cywilna nadal prawie nie istnieje, a do tego wojsko w sytuacjach kryzysowych wciąż ma kłopoty z komunikacją i uzbrojeniem.
– Duże polskie miasta nie są dziś objęte stałą ochroną przeciwrakietową, ponieważ odpowiednie systemy nie są wokół nich rozmieszczone. Polska nie dysponuje też jeszcze taką liczbą wyrzutni i efektorów, która pozwalałaby równocześnie zabezpieczyć miasta, infrastrukturę krytyczną i zgrupowania wojsk. Jesteśmy na etapie budowy tego systemu – przyznał generał brygady Michał Marciniak, zastępca szefa Agencji Uzbrojenia w sierpniu 2026 roku w rozmowie z Polsat News.
– Świat działa, świat się rozwija, świat szuka rozwiązań, a my ciągle jesteśmy w sferze planowania. Właściwie jesteśmy w etapie, kiedy dawno temu już zdefiniowaliśmy problem, a ciągle jesteśmy na etapie trywialnej i oczywistej dyskusji o tym, że powstają nowe źródła zagrożenia i między innymi drony zmieniły pole walki w sposób trwały – mówi Piotr Żelazek, dyrektor operacyjny firmy Hertz New Technologies, zajmującej się tworzeniem systemów antydronowych, w rozmowie z Sektorem Obronnym. – Bez komunikacji i dialogu nie jesteśmy w stanie w magiczny sposób sami zgadnąć czego potrzebuje polska armia. Bardzo byśmy sobie życzyli, żeby ten dialog był zdecydowanie bardziej otwarty i żeby też ze strony też naszych klientów istniało jasne komunikowanie oczekiwań. Prywatne firmy są już gotowe do realizacji wyzwań związanych z budową bezpieczeństwa. Teraz ruch jest po stronie wojska i polityków, by te procesy decyzyjne przyspieszyć i usprawnić – dodaje Piotr Żelazek z Hertz New Technologies.
Jak dziś powinna wyglądać współpraca pomiędzy przemysłem, wojskiem i administracją publiczną? Czy firmy rozwijające technologie dla bezpieczeństwa rzeczywiście wiedzą, czego oczekują od nich siły zbrojne? O tym wszystkim opowiada Piotr Żelazek w wideorozmowie z Sektorem Obronnym: Polskie firmy mają technologie i chęć współpracy – czy państwo potrafi to wykorzystać?
Łyżka miodu w beczce dziegciu?
To co wydaje się największym pozytywem rządu i MON, to fakt, że Polska skończyła z robieniem zakupów z „półki” wszędzie tam, gdzie nie jest to konieczne. Nowe umowy zawierane są obowiązkowo z pakietem korzyści offsetowych i transferem technologii, które mogą wzmocnić polski przemysł obronny.
– Nie sztuką jest po prostu kupić, sztuką jest kupić mądrze. Zakup sprzętu musi być powiązany z transferem technologii i korzyściami dla polskiego przemysłu. Zakup jest mądry, gdy jest kompletny i idzie w parze z technologią i miejscami pracy. Polska nie będzie kupować uzbrojenia bez offsetu i bez udziału krajowych zakładów – podkreślał Cezary Tomczyk, wiceszef MON.
Stąd rosnąca liczba przykładów polonizacji produkcji, czyli uruchomienie krajowego zaplecza i transferu technologii, tak jak w przypadku czołgów w wersji K2PL w zakładach Bumar-Łabędy w Gliwicach.
Negocjacje co do zakupu przez Polskę sześciu baterii Patriot dlatego między innymi trwają tak długo, ponieważ nie ma ostatecznej decyzji rządu USA co do produkcji w naszym kraju rakiet do tego systemu – pocisków PAC-3 MSE.
Pozytywem jest też silniejszy nacisk na nasycenie wojsk systemami dronowymi i antydronowymi – choć w tej dziedzinie wciąż więcej jest deklaracji, niż zamówień – jak również rozwój zdolności do precyzyjnego rażenia dalekiego zasięgu w ramach zaktualizowanych planów resortowych. Inna rzecz, że o nowoczesnej, przystosowanej do współczesnych zagrożeń armii, nie przesądza jeden rodzaj broni. Drony dominują, są niezmiernie potrzebne, wiele systemów dziś załogowych będzie wkrótce mogło działać autonomicznie, ale same nie zmieniają sposobu prowadzenia wojny.
Polska ma wreszcie pociski rakietowe dalekiego zasięgu i – co jest chyba największym sukcesem – będzie je produkować w polskich zakładach na terenie kraju.
Grupa WB wraz z koreańską firmą Hanwha będzie produkowała pociski o zasięgu do 85 km do koreańskich systemów artylerii rakietowej Chunmoo i ich spolonizowanej wersji HIMARS–K.
Polskie spółki obronne będą też wytwarzać we współpracy z amerykańską firmą Anduril Industries pociski Barracuda 500M o zasięgu około 930 km (zob. Pociski Barracuda-500M o zasiągu ponad 900 kilometrów – PGZ i Anduril uruchomią ich produkcję w Polsce).
Morska Jednostka Rakietowa dysponuje manewrującymi pociskami przeciwokrętowymi NSM (Naval Strike Missile) opracowanymi przez norweską firmę Kongsberg, a wkrótce będzie miała ich nowszą wersję NSM (ER) o zasięgu do 300 km.
Również polskie lotnictwo, choć wciąż jeszcze nie najsilniejsze, dysponuje nowoczesnymi pociskami rakietowymi dalekiego zasięgu, jak między innymi pociski manewrujące JASSM, mogące razić cele odległe o 370 km czy JASSM-ER o zasięgu do 1.000 km.
To wszystko to rezultat przejścia od dotychczasowej strategii stricte defensywnej do strategii ofensywnej. Sztab Generalny chce nie tylko bronić Polski przed ewentualnym atakiem przeciwnika, lecz także dysponować środkami rażenia pozwalającymi działać ofensywnie. Chodzi zarówno o możliwość uderzenia uprzedzającego – wymierzonego w siły i zaplecze przeciwnika jeszcze na etapie przygotowań do ataku, zanim jego wojska lub środki rażenia przekroczą polską granicę – jak i o uderzenie odwetowe, podejmowane już po rozpoczęciu agresji, w odpowiedzi na atak na terytorium Polski. To oczywiście bardzo racjonalne podejście, ale po raz kolejny należy podkreślić, że powinno ono wynikać z doktryny i Strategii Bezpieczeństwa.
Co ważne, w Polsce będzie się też odbywał serwis i produkcja niektórych części zamiennych i elementów rakiet. To ważne, bo sam zakup sprzętu stanowi z reguły zaledwie jedną trzecią kosztów użytkowania sprzętu w całym jego cyklu życia.
Niedawno Donald Tusk ogłosił, że w Polsce powstanie centrum obsługi i wsparcia dla AH-64E Apache (zob. Łódź europejskim zapleczem serwisowym dla śmigłowców AH-64E Apache – WZL-1 i WCBKT rozwijają nowe kompetencje). Ale to nie jedyny tego typu ośrodek w Polsce.
W Siłach Zbrojnych powstaje cała sieć centrów wsparcia technicznego, logistycznego i szkoleniowego dla kluczowych systemów uzbrojenia.
Równolegle z dostawami F-35 powstaje Centrum Serwisowe F-35A Lightning II (USA – Lockheed Martin), które obejmie między innymi zaplecze obsługowe dla silników F135, systemy diagnostyczne samolotu (ALIS/ODIN), magazyny części zamiennych i komponentów stealth. To jeden z najważniejszych ośrodków w całym systemie modernizacji lotnictwa.
Mamy też Centrum Serwisowe Patriot/PAC-3 MSE (USA – Lockheed Martin, Raytheon), dzięki któremu Polska buduje własne zdolności do obsługi wyrzutni M903, serwisu radarów LTAMDS, diagnostyki i integracji pocisków PAC-3 MSE, szkolenia operatorów programu Wisła i Narew. To centrum jest kluczowe dla utrzymania gotowości bojowej OPL średniego i dalekiego zasięgu.
Kolejne, to Centrum Serwisowe HIMARS/GMLRS/ATACMS/PrSM (USA – Lockheed Martin), które powstaje w ramach programu Homar-A, gdzie będą serwisowane wyrzutnie M142, prowadzona będzie obsługa rakiet GMLRS i integracja pocisków ATACMS o zasięgu do 300 km i ich następców – nowej generacji amerykańskich pocisków balistycznych dla HIMARS i MLRS o zasięgu 500 km, a wkrótce nawet 1.000 km.
Warto też wspomnieć o Centrum Wsparcia Fregat Miecznik (UK – Babcock, Thales), Centrum Serwisowym Abrams (USA – General Dynamics), Centrum Serwisowym K9 Thunder (Korea – Hanwha) oraz samolotów FA-50PL (Korea – KAI).
Wraz z umową na wytwarzanie pocisków Barracuda 500M w Bydgoszczy powstanie też Centrum Produkcji i Serwisu Pocisków Barracuda 500M (USA – Anduril Industries), które obejmie montaż pocisków, testy silników, integrację systemów naprowadzania, ale też szkolenie polskich inżynierów. To największy transfer technologii dalekiego rażenia w historii Polski i jeden z przykładów, będący elementem wspomnianej wcześniej nowej filozofii MON, polegającej na tym, że kupujemy sprzęt tylko wtedy, gdy idzie za nim infrastruktura, kompetencje i miejsca pracy w Polsce.
Jednym z ważnych sukcesów obecnej polityki MON jest też pełna transparentność zakupów obronnych – coś, czego wcześniej brakowało. O kosztach i szczegółach kontraktów Polacy dowiadywali się kiedyś głównie z zagranicznych komunikatów. Dziś wszystkie kluczowe umowy są jawnie prezentowane wraz z ceną, offsetem i harmonogramem. Równocześnie MON buduje sieć centrów serwisowych i produkcyjnych w Polsce, wymaga realnego transferu technologii i traktuje zakupy jako element szerszej reformy sił zbrojnych. To dowód na zupełnie inne podejście do bezpieczeństwa państwa – systemowe, wielodomenowe i oparte na wzmacnianiu krajowego przemysłu obronnego. Hasła dotyczące dualuse i local content nie mogą być pustymi hasłami. Trzeba je jak najszybciej wypełnić treścią i zaangażować w proces produkcji i wsparcia jak największą liczbę prywatnych firm, które mogą szybko i elastycznie przestawiać się z produkcji cywilnej na produkcję komponentów lub podzespołów dla wojska. Musi to jednak zostać rozwiązane systemowo, a nie podlegać przypadkowi, na zasadzie łatania dziur w razie potrzeby.
Co ważne i wymagające podkreślenia, mamy wciąż czas na budowę nowoczesnej armii dzięki determinacji Ukrainy, okupionej ogromnymi stratami w walce z rosyjską agresją. Dlatego dobrze, że wciąż pomagamy Kijowowi, by mógł prowadzić tę walkę jak najdłużej.






















