Po pobudce z pokojowego letargu europejskie kraje NATO zwiększają w końcu inwestycje we własną obronę. Polska odgrywa w tym znaczącą rolę.
Ostatnie dni czerwca 2025 roku były dla Europy czasem ważnych decyzji. Nie było wątpliwości, że w obecnej sytuacji międzynarodowej na świecie, na szczycie NATO 24–25 czerwca 2025 roku w Królestwie Niderlandów (Holandia), europejskie kraje NATO stanęły przed dwoma najważniejszymi wyzwaniami w sprawie zapewnienia bezpieczeństwa samym sobie. Jeden z nich został właśnie rozwiązany. Z drugim, dotyczącym zakończenia wojny w Ukrainie, nie będzie tak łatwo. To niejedyne wyzwania obronne, z którymi muszą się zmierzyć kraje Starego Kontynentu.
W obecnej sytuacji – kiedy na naszych oczach wali się stary porządek światowego bezpieczeństwa, a nowy wciąż nie jest zbudowany – zwrot, że to czas szczególny, nie jest wcale na wyrost. Szczególny czas jest również dlatego, że Europejczycy w NATO, czerpiąc jeszcze do niedawna pełnymi garściami z dywidendy pokojowej, dostrzegli, że wobec narastającego zagrożenia ze strony Rosji, czas na pobudkę. Mówią o tym polscy dowódcy, specjaliści wojskowi i analitycy, ale nie tylko.
Amerykańska agencja prasowa Bloomberg w raporcie na temat stanu sił zbrojnych państw europejskich napisała, że po zakończeniu zimnej wojny, przez wiele lat kraje europejskie polegały na amerykańskim patronacie i redukowały swoje armie. Przez to siły NATO w Europie zamieniły się w „potiomkinowską armię” i nie są gotowe do konfrontacji z Rosją. Tę słabość militarną europejscy sojusznicy mają, niestety, w dużej mierze na własne życzenie, między innymi z powodu systematycznego zmniejszania liczby żołnierzy i redukcji arsenałów, a także błędnych założeń co do związania Rosji handlowymi kontraktami z Europą. Miały one zapewnić wieczny pokój, tymczasem rosyjski prezydent wykorzystał te ogromne pieniądze ze sprzedaży gazu i ropy, które płynęły z Europy, nie na zwiększanie dobrobytu mieszkańców, ale do odbudowy i rozbudowy sił zbrojnych.
Oczywiście łatwo teraz wymądrzać się, kpić z naiwności unijnych krajów europejskich, ale wówczas współpraca przemysłowa z Rosją prowadzona była z nadzieją na ukrócenie imperialistycznych planów prezydenta Rosji i wydawało się logiczne i korzystne dla stabilizacji stosunków z Rosją. Założenie to funkcjonowało dobrze przez wiele lat, pozwalając krajom europejskim bogacić się i rozwijać przemysł.
Dziś jednak wiemy, że w przypadku Rosji, logika raczej się nie sprawdza. Zwłaszcza gdy wszystkie decyzje zależą od jednego człowieka, choć to akurat nie jest tylko rosyjski fenomen. Nie ma jednak sensu zrzucać wszystkich win na innych. Zdaniem ekspertów, do upadku europejskich sił NATO doprowadziło też złe zarządzanie wydatkami. Do dziś rządy często kupują drogie i zaawansowane technologicznie uzbrojenie, próbując zwiększyć swój prestiż, zamiast utrzymywać istniejący arsenał. Niestety, nawet po wybuchu wojny w Ukrainie, ważniejsze od ceny i jakości broni były też często motywy polityczne.
Rozbrajaliśmy się na własne życzenie i teraz nie mamy na kogo zrzucić za to winy
Autorzy raportu Bloomberga twierdzą, że przez zaniedbania w zakresie bezpieczeństwa poziom gotowości bojowej NATO spadł dramatycznie w ostatnich dziesięcioleciach. W raporcie podano przykłady, potwierdzające tę tezę.
Jednym z najbardziej spektakularnych, jest Francja. Jedna z pierwszych potęg wojskowych w Europie zmniejszyła swoje siły zbrojne w latach 1990–2024 o 56%. Francuska armia liczy obecnie 203.850 żołnierzy. Według Pierre’a Schille’a, szefa sztabu francuskiej armii, mobilizacja 20.000 żołnierzy zajęłaby miesiąc.
Mack Bergmanna, szef działu Europy, Rosji i Eurazji w Centrum Studiów Strategicznych i Międzynarodowych (CSIS) uważa, że dla Niemiec, już umieszczenie jednej brygady liczącej kilka tysięcy żołnierzy w regionie bałtyckim, obiecane Litwie, byłoby znaczącym osiągnięciem.
Również brytyjski rząd zmniejszał liczebności armii, planując jej redukcję do 73.000 żołnierzy do 2025 roku. Byłaby to najmniejsza armia brytyjska od czasów wojen napoleońskich. Wielka Brytania, według Matthew Saville’a z Królewskiego Zjednoczonego Instytutu Studiów Obronnych, będzie potrzebowała ponad 30 dni na zebranie dywizji liczącej od 20.000 do 30.000 żołnierzy.
Dla porównania, same amerykańskie Siły Operacji Specjalnych liczą 70.000 żołnierzy, a amerykański kontyngent w Europie to około 80.000 żołnierzy.
Trump potrząsnął Europą skuteczniej niż Putin
Konkluzja raportu Bloomberga jest taka, że bez wsparcia USA jest bardzo mało prawdopodobne, aby kraje europejskie były w stanie odeprzeć potencjalną inwazję armii rosyjskiej. Stąd między innymi wymagania prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki, Donalda Trumpa, co do podniesienia wydatków na obronność krajów europejskich. Wydaje się, że żądania Trumpa okazały się bardziej skuteczne niż wojna Putina w Ukrainie i obawy o jej eskalację.
Prezydent Trump ustawił tę poprzeczkę bardzo wysoko. Ogłosił, że europejskie państwa NATO powinny podnieść wydatki na obronność do 5% PKB. Zaraz podniosły się głosy, że to niemożliwe. W 2014 roku kraje NATO zgodziły się zwiększyć wydatki na kompleks wojskowo-przemysłowy do 2% PKB do 2024 roku.
W 20024 roku tylko 10 z 32 członków Sojuszu spełniło ten warunek. A już Napoleon mawiał, że do wygrania wojny potrzebne są trzy rzeczy – pieniądze, pieniądze i jeszcze raz pieniądze.
Wydatki w krajach unijnych osiągną 5% PKB na obronność – ale w perspektywie 10 lat
Na szczycie NATO w Hadze, po wielu sporach i zastrzeżeniach co do podniesienia wydatków na zbrojenia zapadła w końcu zgodna decyzja. Wszystkie kraje zgodziły się na podniesienie wydatków na obronność do 5% PKB do 2035 roku. Wyjątkiem jest Hiszpania, skrytykowana za to ostro przez Trumpa, której rząd tuż przed szczytem wywalczył sobie prawo do niepodnoszenia wydatków do tak wysokiego poziomu. Madryt jest daleko od Rosji i potrzebuje środków na rozwój.
Na szczycie ustalono jednocześnie, że w ramach tych środków 3,5% PKB przeznaczonych zostanie na wydatki typowo wojskowe, a 1,5% na inwestycje w infrastrukturę, przemysł obronny czy cyberbezpieczeństwo. To oznacza też, że kraje europejskie NATO wezmą większą odpowiedzialność za obronę samych siebie oraz Sojuszu. Jak wyliczono, obecnie na europejskich sojusznikach spoczywa 56% zdolności obronnych NATO. W 2032 roku kraje te przejmą 70% tych zdolności.
O tej decyzji Donald Trump wiedział z pewnością wcześniej. Trudno sobie wyobrazić, że nie została ona z nim skonsultowana. Skoro prezydent Trump to zaakceptował, to znaczy, że takie rozwiązanie go satysfakcjonuje. Przyznał to zresztą w Hadze, podkreślając, że decyzja o podniesieniu wydatków na obronność europejskich państw NATO ma kluczowe znaczenie.
– Te pieniądze zostaną przeznaczone na bardzo poważny sprzęt wojskowy, a nie na biurokrację – stwierdził Trump.
Warto ten fakt podkreślić również dlatego, że wszystko wskazuje na to, że zadowolenie prezydenta USA, Donalda Trumpa, było jednym z najważniejszych celów tego szczytu. Decyzja o zwiększeniu wydatków państw NATO na obronność, pozwalająca znacznie wzmocnić potencjał odstraszania natowskich krajów UE w przypadku ewentualnego konfliktu, jest tak ważna również dlatego, że założenie dotyczące podniesienia wydatków na obronę, przyjęte na szczycie w Hadze, miało pokazać Trumpowi, że Europejczycy są wiarygodni i rzeczywiście chcą przejąć w większej części odpowiedzialność za obronność Europy. To pozwoliło prezydentowi USA ogłosić sukces, podobny do tego na Bliskim Wschodzie, gdzie Izrael oraz amerykańskie bombowce strategiczne B-2 zniszczyły dużą część infrastruktury nuklearnej Iranu, co przyczyniło się do osiągnięcia pokoju, przynajmniej na razie.
– Zostały zawarte martwe porozumienia. Nie sądzę, żeby te dwa kraje wróciły do walki. Iran nie będzie miał broni jądrowej – mówił wówczas Trump.
Dla prezydenta USA pokój na Bliskim Wschodzie, jest jednym z powodów, dla których należy mu się pokojowa nagroda Nobla. Nawet niejedna. Nie ma przy tym znaczenia, że już 26 czerwca 2025 roku Ajatollah Ali Chamenei, najważniejszy duchowo-polityczny przywódca Iranu oświadczył, że obiekty jądrowe pozostają nienaruszone. Do tego nikt nie wie, gdzie jest 409 kilogramów irańskiego wzbogaconego uranu, którego wystarczy na budowę kilku głowic atomowych. Wcześniej Rosja ogłosiła gotowość jego przechowania, a jego ukrycie przez Iran nie byłoby trudne. Wystarczyłoby 16 pojemników o wysokości około 90 cm, które ważyłyby około 25 kilogramów każdy, by przewieźć je w niewielkim pojeździe i ukryć. Mimo to, prezydent USA ogłosił sukces.
Największy ból Europy dotyczy tego, czy amerykańskie wojska pozostaną w Europie?
Wypełnienie postulatu prezydenta Trumpa przez kraje europejskie NATO co do zwiększenia wydatków na obronę to kolejny sukces amerykańskiego prezydenta. Zdaniem Gabriela Debacha, analityka eToro, szczyt NATO w Hadze stanowi punkt zwrotny w strategicznej postawie Europy. To, co obserwujemy, to nie tylko rotacja sektorowa. To realokacja ryzyka i fundamentalna zmiana postrzegania sektora obronnego – z kosztownego, cyklicznego wydatku, na strategiczne aktywa wzrostowe.
– Inicjatywy ReArm EU oraz Europejska Strategia Przemysłu Obronnego przestają być jedynie dokumentami politycznymi. Stają się teraz realnymi katalizatorami inwestycyjnymi. Po raz pierwszy od dekad sektor obronny postrzegany jest równocześnie jako imperatyw geopolityczny i szansa rynkowa. Europa przestaje być jedynie nabywcą bezpieczeństwa. Wyzwaniem staje się budowa realnych zdolności odstraszania – podkreśla Gabriel Debach.
Najważniejszą motywacją zgody na podniesienie wydatków na obronę była jednak nadzieja, że zadowolony z tej decyzji prezydent USA może odstąpi od pomysłu wycofywania żołnierzy amerykańskich z Europy, pozostawi większość z nich lub przynajmniej pozwoli, by potencjalna redukcja personelu wojskowego w Europie była zsynchronizowana z potrzebami obronnymi Europejczyków. Dla Polski, która opierała strategię bezpieczeństwa na schronieniu pod euroatlantyckim parasolem sojuszy i instytucji, w której rotacyjnie stacjonuje około 10.000 żołnierzy amerykańskich (w Europie około 84.000, z czego około 37.000 w Niemczech, 13.000 we Włoszech, 10.000 w Wielkiej Brytanii i około 1.500 żołnierzy w Rumunii), nie byłoby to dobre rozwiązanie.
Polska, jako prymus wydatków na obronność, która dużą ich część wydaje na zakup amerykańskiego sprzętu, liczy na specjalne traktowanie. Tyle, że łaska pańska na pstrym koniu jeździ. Podczas przesłuchania przed Komisją Sił Zbrojnych Izby Reprezentantów USA w czerwcu 2025 roku, sekretarz obrony Pete Hegseth nie potrafił wskazać, gdzie znajduje się Przesmyk Suwalski – kluczowy punkt strategiczny na wschodniej flance NATO. Nie potrafił również odpowiedzieć na pytania dotyczące Obwodu Królewieckiego czy planów rozbudowy chińskiej marynarki wojennej. Trudno się dziwić, że przesłuchanie to wywołało spore poruszenie wśród analityków ds. bezpieczeństwa, zwłaszcza w Europie Środkowo-Wschodniej.
Dodajmy, że obawy o możliwym wyprowadzeniu wojsk amerykańskich z Europy, to problem nie tylko dla Polski. Według raportu Bloomberga, nawet jeśli europejskie kraje NATO zwiększą całkowite wydatki wojskowe do 3,5% PKB, nadal pozostaną w tyle za Stanami Zjednoczonymi. Europejska gospodarka słabnie bowiem w stosunku do amerykańskiej. Dlatego autorzy raportu uważają, że – pomimo obietnicy byłego kanclerza Niemiec Olafa Scholza o przeznaczeniu 100 mld euro na wzmocnienie sektora obronnego, rozbudowy polskich sił zbrojnych, pojawienia się nowych helikopterów i haubic do dyspozycji armii brytyjskiej oraz prób poprawy koordynacji i zaopatrzenia przez kraje europejskie – europejscy członkowie NATO nie będą prawdopodobnie w najbliższej przyszłości w stanie radykalnie poprawić swojej gotowości do potencjalnego starcia z Rosją bez wsparcia USA.
Europejczycy zdają sobie z tego sprawę, choć niechętnie się do tego przyznają. Według brytyjskiego Międzynarodowego Instytutu Studiów Strategicznych ewentualne zastąpienie amerykańskiej broni i 84.000 żołnierzy kosztowałoby Europę około 1 biliona dolarów w ciągu 25 lat. Gdyby w ciągu najbliższych lat USA wycofały się z Europy, zdaniem Andriusa Kubiliusa, komisarza ds. obrony Unii Europejskiej, wydatki na obronę Europejczyków musiałyby wzrosnąć o 250 mld euro rocznie, a szeregi sił zbrojnych zostać zasilone o dodatkowe 300.000 żołnierzy. Obecnie, były premier Litwy, gotowość europejskich aliantów do samodzielnego odparcia Rosji ocenia na zaledwie 53%.
Co dalej z wojną w Ukrainie? Artykuł 5 Traktatu Północnoatlantyckiego wciąż obowiązuje – nie wszyscy jednak są o tym przekonani
John Foreman, były attaché obrony Wielkiej Brytanii w Kijowie i Moskwie mówi wprost, że bez gwarancji ze strony USA wszystkie europejskie inicjatywy obronne Europy to puste groźby. Dyskusje o siłach pokojowych w Ukrainie, myśliwcach, które będą chronić ukraińskie niebo, w rzeczywistości, bez amerykańskiego wsparcia, pozostaną w sferze deklaracji. Uważa, że bez Ameryki niewiele zdołamy zrobić. Jak dotąd prezydent Trump mówił, że takich gwarancji nie udzieli. Przeciwnie, nawet gdyby pokojowe wojska sojusznicze stanęły kiedyś w strefie buforowej w Ukrainie, to w przypadku ataku na nie, art. 5 Traktatu Północnoatlantyckiego nie będzie obowiązywał.
Także Wałerij Załużny, były głównodowodzący armią Ukrainy uważa, że model prowadzenia wojny przyjęty przez NATO jest przestarzały. Przekonuje, że Sojusz potrzebuje gruntownej reformy, by dorównać ukraińskim innowacjom z pola walki. Pod znakiem zapytania stawia także skuteczność zasady kolektywnej obrony, będącej fundamentem NATO. Pewnie dlatego tak piorunująco-mrożące wrażenie zrobiła wypowiedź Donalda Trumpa, który na pokładzie samolotu Air Force One, którym leciał do Hagi, powiedział dziennikarzom, że artykuł 5 Traktatu Północnoatlantyckiego może być definiowany na różne sposoby. Jednak po kolacji wydanej na jego część przez króla Holandii, już następnego dnia Donald Trump w doskonałym humorze zapewnił, że zawsze chce być przyjacielem i pomagać Europejczykom. Publicznie potwierdził też zobowiązanie Stanów Zjednoczonych do przestrzegania artykułu 5 Traktatu Północnoatlantyckiego.
– Jesteśmy z sojusznikami do końca. NATO będzie silne – podkreślił Trump, co miało na celu rozwianie wcześniejszych wątpliwości co do jego stanowiska.
Nie do końca to się udało. Co będzie, jak Rosja zajmie szybko któreś z państw bałtyckich albo Przesmyk Suwalski i ogłosi pokój? NATO rozpocznie wojnę czy choćby w odwecie dokona ataku rakietowego czy bombowego na cele w Rosji? Zaktualizowana w 2024 roku rosyjska doktryna wojskowa pozwala uznać każdy zmasowany atak rakietowy czy dronowy na swoje terytorium jako wypowiedzenie wojny i może odpowiedzieć na niego wszystkimi środkami, jakie ma do dyspozycji.
Niektórzy generałowie – jak generał dywizji w stanie spoczynku Leon Komornicki, były zastępca szefa Sztabu Generalnego WP, czy oficerowie – jak płk Piotr Lewandowski, wykładowca w Centrum Szkolenia Wojsk Obrony Terytorialnej – zwracają uwagę, że taka interpretacja może prowadzić do eskalacji nawet w przypadku ograniczonych uderzeń, na przykład precyzyjnych ataków na cele wojskowe w Rosji. To pokazuje, jak niebezpieczna i niejednoznaczna staje się sytuacja strategiczna w regionie.
Amerykanie – pochłonięci Bliskim Wschodem i finansami obronnymi europejskich krajów NATO – doprowadzili do tego, że udział Kijowa w szczycie NATO został zminimalizowany. Wojna, którą Ukraina toczy już od ponad trzech lat, nie była priorytetem dla Amerykanów. Ambasador USA przy NATO, Matt Whitaker, już wcześniej zwrócił uwagę, że nie ma wojskowego rozwiązania wojny rosyjsko-ukraińskiej, zaś prezydent Trump popiera jakikolwiek dyplomatyczny mechanizm, który doprowadzi do trwałego pokoju i liczy na gotowość obu stron do kompromisu. Ani słowa nie powiedziano jednak o tym, że prezydent Putin na żadne ustępstwa nie jest gotów.
Donald Trump: dobre rozmowy z Putinem i Zełenskim, ale bez rezultatu – mamy mieć nadzieję, że to się może zmieni
Zauważalna na szczycie w Hadze była jednak zmiana tonu w sprawie wojny w Ukrainie ze strony USA. Prezydent Trump nie uczestniczył w głównym posiedzeniu Rady Północnoatlantyckiej, a jego wcześniejsze wypowiedzi sugerowały mniejsze zaangażowanie w sprawy Ukrainy. Spotkał się jednak z Wołodymyrem Zełenskim i po rozmowie, która trwała blisko 50 minut Trump powiedział, że rozmowa była bardzo miła i że Zełenski to bardzo miły człowiek.
– Chcą mieć systemy rakietowe, Patrioty, i zobaczymy, czy możemy trochę ich udostępnić. Są bardzo trudne do zdobycia. Są bardzo skuteczne, w 100% skuteczne. Ale my też ich potrzebujemy dla siebie, ponieważ dostarczaliśmy ich sporo do Izraela – przyznał Trump.
Jednocześnie – mówiąc o wojnie w Ukrainie – powtórzył wcześniejsze stwierdzenia, że to nigdy nie powinno się wydarzyć i by się nie wydarzyło, gdyby był prezydentem.
– Mówiłem to tysiąc razy. To jest dobry moment, żeby to zakończyć. Będę rozmawiał z Putinem, może coś się uda – powiedział Trump.
Obaj przywódcy zgodzili się kontynuować dialog z udziałem europejskich partnerów, by doprowadzić do szybszego zawieszenia broni. Sojusznicy odebrali wypowiedzi o szybkim zakończeniu wojny, jako próbę nacisku na Ukrainę do kompromisu. Zełenski zachował się dyplomatycznie, stwierdził jednak, że Rosja nie ma zamiaru prowadzić żadnych negocjacji pokojowych, co prezydentowi Trumpowi, który wciąż wierzy, że prezydent Rosji jest gotowy na zawarcie rozejmu, może się nie podobać.

Szczyt NATO W Hadze. fot. Ministerie Van Buitenlandse Zaken
Wizja rozszerzenia NATO o Ukrainę?
Podczas szczytu w Hadze Sojusz potwierdził, że droga Ukrainy do członkostwa jest nieodwracalna. Sekretarz generalny Mark Rutte ogłosił, że NATO przeznaczy 35 miliardów euro na wsparcie Ukrainy w tym roku, które będzie obejmować pomoc wojskową, finansową i polityczną. Europejscy liderzy, z kanclerzem Niemiec Friedrichem Merzem, zapewnili prezydenta Zełenskiego, że Ukraina może liczyć na wsparcie największych państw Europy. Tym samym zadeklarowało, że w praktyce NATO jako całość deklaruje dalsze wsparcie, rola Europy w pomocy Ukrainie staje się coraz bardziej kluczowa, zwłaszcza w kontekście ograniczonego zaangażowania USA w dostawy zaawansowanej broni Ukrainie.
Podczas trwania szczytu w Hadze z Kongresu USA dotarła dobra, nawet zaskakująca, informacja. Generał Alexus Grynkewich, nowy dowódca sił USA i NATO w Europie, ocenił, że Ukraina ma szanse wygrać wojnę z Rosją. W trakcie wysłuchania w Senacie wskazał na wytrwałość Ukraińców, którzy zmuszają Rosjan do ponoszenia ogromnych kosztów przy niewielkich postępach i opowiedział się z koniecznością dalszego jej wsparcia. O tym jednak również zdecyduje prezydent Trump.
Haga pokazała, że widoczna, zaskakująca wręcz wyrozumiałość prezydenta Trumpa dla działań Putina i jego żądań wobec Ukrainy, wydaje się nie zmieniać. Obiecał zakończyć wojnę w ciągu 24 godzin od swojej reelekcji, jednak już przez 5 miesięcy żadnego postępu w negocjacjach nie ma. Zapytany dlaczego, Trump odpowiedział beztrosko, że „okazało się to trudniejsze, niż komukolwiek się wydawało”.
To nie jest dobra wiadomość dla Ukrainy. Podczas szczytu NATO w Hadze usłyszeliśmy, że Rosja, pomimo nasilających trudności gospodarczych i wewnętrznych oraz wyczerpywania się możliwości kompleksu obronno-przemysłowego Kremla, który już pracuje na granicy możliwości, będzie w stanie utrzymać obecny zakres działań wojennych w Ukrainie co najmniej do 2027 roku.
Już wcześniej analityk amerykańskiego Instytutu Studiów nad Wojną (ISW) George Barros stwierdził, że Rosja będzie w stanie prowadzić wojnę w obecnej formie jeszcze przez 12 do 16 miesięcy. Według niego po tym czasie Kreml może wyczerpać zarówno zasoby budżetowe, jak i rezerwy ludzkie – w tym tak zwanych ochotników, którzy są wabieni na front hojnymi wypłatami. Problem w tym, że jak dotąd, nic na to nie wskazuje.
Rosja nadal rośnie w siłę, produkuje więcej czołgów i zwiększa liczbę żołnierzy – czy Ukraina sama jest w stanie to przetrzymać?
Rosja zwiększyła produkcję do 300 czołgów miesięcznie. Tyle czołgów mają na uzbrojeniu Niemcy (dysponują około 250–300 czołgami Leopard 2 w różnych wersjach), Francuzi nie mają nawet tylu. Na uzbrojeniu francuskiej armii jest obecnie około 222 czołgów Leclerc, z czego 122 do 2025 roku zostało zmodernizowanych do wersji Leclerc XLR. Podobnie Brytyjczycy, którzy do końca 2025 roku planują przebudowanie 148 egzemplarzy czołgów Challenger 2 do wersji Challenger 3. Do tego na froncie, na który pociski artyleryjskie, rakiety, drony i inne uzbrojenie dostarcza Korea Północna oraz Iran, obok Rosjan walczą również żołnierze Korei Północnej, a teraz – jak ustalił ukraiński wywiad wojskowy HUR – także żołnierze chińscy. Rosja ma ich przyjąć około 600 w celu przeszkolenia w swoich bazach i centrach wojskowych, by podzielić się swoimi doświadczeniami z rzeczywistego pola walki w Ukrainie.
Wojska Ukraińskie zaskakują odwagą, umiejętnościami i determinacją w obronie swojej suwerenności, tyko czy bez zachodniej pomocy Ukraina będzie w stanie wytrzymać rosyjskie ataki przez rok, a może znacznie dłużej? Ukraina systematycznie zwiększa możliwości swojego przemysłu zbrojeniowego, zwłaszcza w zakresie produkcji dronów, a nawet rakiet balistycznych. Wołodymyr Zełenski powiedział na Forum Przemysłu Obronnego NATO, że potencjał produkcji obronnej przekroczył 35 miliardów dolarów, z gamą ponad 1.000 rodzajów broni produkowanej w kraju, w tym artylerii, pojazdów opancerzonych, dronów i pocisków rakietowych. Jednak około 40% tego potencjału przemysłowego nie ma odpowiedniego finansowania. To jest problem. Ukraina mogłaby na przykład produkować 8 milionów dronów rocznie, jednak brak odpowiednich środków finansowych uniemożliwia realizację tego celu.
W Hadze prezydent Ukrainy zwrócił się do przedstawicieli koncernów zbrojeniowych z państw NATO z prośbą o zwiększenie inwestycji we wspólną produkcję uzbrojenia oraz o podwojenie wysiłków, aby zapewnić, że ich komponenty nie trafią do rosyjskich systemów uzbrojenia.
Według Andriusa Kubiliusa, byłego premiera Litwy, na razie najlepszą barierą przed Rosją pozostaje Ukraina. Przedstawiciele polskiego rządu o potrzebie silnego wsparcia wojskowego dla Kijowa mówią od dawna, podobnie, jak namawiają kraje sojusznicze do zwiększenia wydatków na obronność. Generał brygady Stanisław Koziej, były szef BBN i wiceminister obrony narodowej nie ma wątpliwości, że jeśli Rosja wyjdzie zwycięsko z tej wojny, pokona Ukrainę, opanuje i podporządkuje ją sobie, to rzeczywiście może się na Ukrainie nie zatrzymać.
– Gdyby Rosja wyszła z tej wojny zwycięsko, militarnie czy dyplomatycznie, to na fali sukcesu, zgodnie z istotą imperialnego podejścia do polityki, będzie się rozglądać za kolejnymi celami. Zostanie jej wówczas tylko Europa Środkowa, kraje bałtyckie, Polska – twierdzi gen. Koziej.
Dlatego, jego zdaniem, nie wolno dopuścić do tego, by Rosja wyszła zwycięsko z wojny w Ukrainie, ani na polu militarnym, ani na polu dyplomatycznych negocjacji. Rosja musi poczuć, że ona tej wojny nie wygrała. Ale to, bez pomocy Zachodu, wydaje się niemożliwe.
Ukraina wciąż walczy. Mimo przewagi Rosjan w ludziach i sprzęcie utrzymuje swoje pozycje. Tylko jak długo jeszcze będzie w stanie opierać się rosyjskiej agresji? I kolejne ważne pytanie, czy europejski przemysł będzie w stanie zaspokoić własne rosnące potrzeby obronne i do tego dostatecznie mocno wspierać Ukrainę? Polska mobilizuje do tego sojuszników i sama przekazała Kijowowi wiele sprzętu. To dlatego hale garażowo-obsługowe oraz magazyny świecą w niektórych jednostkach pustkami. Przykładowo, aby wywiązać się z umowy na Kraby dla Ukrainy, z powodu zbyt małych mocy produkcyjnych producenta, trzeba je było zabrać żołnierzom z jednostek.
Czy przemysł zbrojeniowy w Europie wejdzie w tryb wojenny – na tej drodze jest wiele pułapek
Teraz przemysł zbrojeniowy w Europie musimy zmienić na europejski przemysł obronny. To oznacza więcej współpracy z innymi krajami. Także dla Polski, bo nie wszystko musimy i możemy zbudować w kraju. Tak uważa między innymi Rafał Modrzewski, CEO i współzałożyciel polsko-fińskiej spółki ICEYE, która odnosi coraz większe sukcesy na rynku kosmicznym w kraju i na świecie. Z jej satelitów obserwacyjnych będzie korzystać także NATO. Tylko czy to się uda?
Mimo zgody na podniesienie wydatków obronnych Unia Europejska jest wciąż mocno podzielona. Osiągnięcie konsensusu co do zwiększenia produkcji zbrojeniowej czy podziału produkcji różnych rodzajów uzbrojenia na poszczególne kraje, co zdecydowanie by ją zwiększyło, wydaje się w obecnej sytuacji trudne do osiągnięcia. Nie oznacza to jednak, że Polska nie powinna znaleźć kilku krajów, które są nam bliskie, jeśli chodzi o sposób myślenia i razem pracować nad zbrojeniowymi produktami. Tak już zresztą się dzieje, zarówno w ramach Unii Europejskiej, jak i bilateralnych porozumień z sojusznikami.
Ostatnio Polska coraz aktywniej uczestniczy w europejskich projektach zbrojeniowych,
Zgłosiliśmy na przykład zestawy przeciwlotnicze Piorun jako jeden z kluczowych produktów do unijnego programu SAFE (Support for Ammunition and Firepower Expansion) oraz EDIRPA (European Defence Industry Reinforcement through common Procurement Act), co przyspieszy jego produkcję.
Również armatohaubica Krab została zgłoszona do programów unijnych jako produkt o potencjale eksportowym. Współpraca z europejskimi partnerami ma umożliwić zwiększenie mocy produkcyjnych i integrację z systemami NATO.
Także bojowy wóz piechoty Borsuk znalazł się na liście projektów wspieranych przez Unię Europejską. Liczymy na współfinansowanie jego rozwoju i produkcji w ramach SAFE.
Polska uczestniczy także w rozmowach dotyczących budowy wspólnego europejskiego systemu obrony powietrznej, zapoczątkowanego przez Niemcy (European Sky Shield Initiative). Piorun i jego następca mogą być częścią tego systemu.
Bierzemy też udział w wielu programach badawczo-rozwojowych Unii Europejskiej w ramach Europejskiego Funduszu Obronnego (EDF), między innymi w zakresie cyberbezpieczeństwa, systemów bezzałogowych i nowoczesnej amunicji.
Polska w 2025 roku ma osiągnąć najwyższy procentowy poziom wydatków obronnych wśród wszystkich państw NATO, przeznaczając 4,7% PKB na wojsko, co przekracza nawet amerykańskie 3,5%. Kwotowo to ponad 186 mld zł, z czego znacząca część trafi na zakup nowoczesnego uzbrojenia, między innymi czołgów K2, armatohaubic, myśliwców F-35 czy wyrzutni HIMARS. Premier polskiego rządu Donald Tusk oświadczył 27 czerwca 2025 roku, że Polska wyda w 2025 roku 5% PKB na zbrojenia. To byłoby około 230 mld zł. Suma niewiarygodnie duża. Politycy zapewnią, że bezpieczeństwo musi kosztować, a czasy są takie, że musimy być silni, bo tylko w ten sposób możemy odstraszyć Rosję od agresji. I znów warto się odwołać tutaj do tego, co wiedział już Napoleon – jeśli nie chcesz łożyć na własne wojsko, to będziesz musiał karmić obce.
Obecny poziom zaangażowania Polski w bezpieczeństwo budzi uznanie wśród sojuszników. Donald Trump od czasu do czasu chwali Polskę, wskazując ją jako przykład do naśladowania przez europejskich sojuszników. Jednocześnie pojawiają się obawy i pytania o długofalowe skutki tak ogromnych i kosztownych zakupów dla budżetu państwa i gospodarki narodowej. Wydatki zbrojeniowe powodują bowiem wzrost zadłużenia. Znaczna część wydatków finansowana jest przez Fundusz Wsparcia Sił Zbrojnych, który opiera się na emisji obligacji. W 2025 roku fundusz ma zwiększyć zadłużenie o ponad 60 mld zł. Jeśli fundusz nie znajdzie nabywców obligacji, może to zagrozić płynności finansowej państwa.
Zbrojenia motorem rozwoju, ale czy nie będzie konieczności zmniejszenia innych wydatków?
Z jednej strony, tak wysoki udział wydatków na obronność w Polsce (20,2% całego rocznego budżetu wydatków państwa, przy założeniu, że wyniosą one rzeczywiście wynieść 186,6 mld zł, a całkowite wydatki budżetu na 2025 rok zamkną się w planowanej kwocie 921,6 mld zł) oznacza mniej środków na zdrowie, edukację czy infrastrukturę. Jeśli nie zostanie wypracowany trwały model finansowania, może to w przyszłości prowadzić do kryzysu zadłużeniowego.
Z drugiej strony, rozwój krajowego przemysłu obronnego może być impulsem dla całego przemysłu, napędzać inne sektory gospodarki, pobudzić innowacje i tworzyć miejsca pracy. Stanowić motorem napędowy dla rozwoju badań i nauki. Ale tylko wówczas, jeśli zakłady te będą dobrze zarządzane i wspierać je będzie jasno określona wizja i strategia rozwoju gospodarczego państwa. Mamy bowiem coraz więcej przykładów na to, że w tak newralgicznych segmentach rynku, jak przemysł zbrojeniowy i obronny, nie ma już miejsca na wolny rynek, swobodę działalności gospodarczej i budowanie konkurencyjności między przedsiębiorstwami. Poszczególne kraje – w tym również europejskie – stawiają bardziej na politykę ekonomiczną, wsparcie państwa dla określonych sektorów, a nawet konkretnych rodzimych przedsiębiorstw oraz budowaniu konsorcjów między firmami z zaprzyjaźnionych krajów w celu współpracy, wykorzystania synergii i współdziałania przy tworzeniu nowych produktów.
Wątpliwości jest zresztą więcej.
Dalekowzroczna polityka, dual-use, rozsądne planowanie i długofalowa analiza ryzyk – to recepta na to, by nie doprowadzić do zapaści finansowej
Według prognoz, sektor obronny w Polsce będzie potrzebował do 2035 roku 250.000 nowych pracowników. Jak wynika z opracowania „CE Economic Outlook” firmy doradczej Deloitte, branża ta będzie musiała zatrudnić dodatkowo około 70.000 żołnierzy, 90.000 specjalistów w przemyśle zbrojeniowym i 77.000 osób w łańcuchach dostaw. Będzie to wynikało zarówno z większej skali zamówień i liczniejszej armii, jak i rosnącej roli polskiego przemysłu w dostawach uzbrojenia. To ogromna zmiana, zwłaszcza że równolegle systematycznie zmniejsza się grupa osób w wieku między 18 a 44 lat. Utrzymanie równowagi będzie wymagało nie tylko zwiększenia zatrudnienia w przemyśle obronnym, ale także kompensacji ubytków kadrowych w innych branżach. W tym procesie istotną rolę może odegrać aktywizacja zawodowa studentów, seniorów czy osób z niepełnosprawnościami.
Stanowi to istotne wyzwanie, jako że już dziś ponad 40% spośród wszystkich firm w Polsce zgłasza trudności w obsadzeniu wakatów, a w ciągu najbliższych 10 lat liczba osób w wieku produkcyjnym spadnie o kolejne 800.000. Bez dodatkowych działań zwiększających podaż pracy, rozbudowa sektora obronnego może prowadzić do presji płacowej, ograniczenia konkurencyjności polskich firm i wolniejszego wzrostu dochodów podatkowych.
– Ambitne założenia zwiększenia zdolności militarnych wymagają nie tylko zakupów nowoczesnego uzbrojenia i rozbudowy jego produkcji w kraju, ale całego ekosystemu wsparcia: wyszkolonego personelu, infrastruktury, kompetencji przemysłowych i serwisowych. Bez ludzi nie da się zbudować nowoczesnej, skutecznej armii. W sytuacji, gdy mamy rekordowo niskie bezrobocie na poziomie 2,8%, a oprócz tego odnotowujemy stały spadek liczby osób w wieku produkcyjnym, to zapewnienie odpowiedniej liczby specjalistów staje się jednym z największych wyzwań dla całej branży – podkreśla Mariusz Ustyjańczuk, partner, lider sektora obronnego, Deloitte w Europie Środkowej.
W związku z potrzebą trwałego podniesienia nakładów na obronność, Polska musi znaleźć źródła finansowania bardziej zrównoważone niż dalszy wzrost długu publicznego, który zbliża się do konstytucyjnego limitu 60% PKB (w 2024 roku dług publiczny w Polsce wyniósł 55,3% PKB, a prognozy na 2025 rok przewidują wzrost do około 58% PKB).
Długofalowo optymalną ścieżką jest wspieranie wzrostu gospodarczego i dążenie do poprawy sytuacji ekonomicznej, co przełoży się na wzrost produktu krajowego brutto i wyższe dochody podatkowe.
– Inwestycje w obronność wymagają nie tylko znacznych nakładów finansowych, ale też realokacji zasobów w gospodarce. W warunkach starzejącego się społeczeństwa i jednej z najniższych stóp bezrobocia w Unii Europejskiej wyzwaniem staje się zarówno znalezienie funduszy, jak i wykwalifikowanych pracowników do realizacji tych planów. Dlatego strategia bezpieczeństwa musi być dziś ściśle powiązana z polityką rynku pracy i długoterminowym planem rozwoju – uważa dr Aleksander Łaszek, lider zespołu analiz ekonomicznych Deloitte.
Na to wszystko nakłada się jeszcze niepewność związana z działaniami administracji Donalda Trumpa – zarówno związanymi z kwestiami militarnymi, jak i z rozpoczętą wojną cenową handlową i celną – która przyczynia się do nieprzewidywalności i zwiększenia ryzyka pogorszenia sytuacji rynkowej.
Jak bowiem podkreślają twórcy raportu „CE Economic Outlook” Deloitte, deglobalizacja, skracanie łańcuchów dostaw i ogólna niepewność gospodarcza obciążają potencjał wzrostu światowej gospodarki. Głównymi czynnikami przyczyniającymi się do spowolnienia są niższy wzrost produktywności, a następnie zmniejszone inwestycje i podaż pracy. Podczas gdy starzenie się jest uwarunkowane różnymi czynnikami, tarcia handlowe i niepewność będą miały wpływ na produktywność i inwestycje, ponieważ firmy mogą być ostrożne w podejmowaniu istotnych decyzji.
Jak na permanentne zmiany i niepewność gospodarczą reaguje europejski przemysł obronny?
Czy Europejski przemysł obronny, wzmocniony unijnymi pieniędzmi, zdoła szybko zwiększyć możliwości produkcyjne amunicji i uzbrojenia, by zaspokoić swoje potrzeby i dostarczyć niezbędne środki walki Ukrainie? Raczej nie wydaje się, by przemysł obronny Europy, wzorem rosyjskiego, przeszedł na produkcję czasu wojny. Można wybudować wiele fabryk, zwiększyć produkcję w tych już istniejących montując nowe linie produkcyjne, zatrudniając większą liczbę pracowników, jeśli uda ich się znaleźć. Tylko co z tymi fabrykami zrobić, kiedy zagrożenie minie. Jakie będą koszty społeczne radykalnego zmniejszenia produkcji czy zamknięć fabryk i masowych zwolnień pracowników. W Polsce wciąż niewiele zakładów zbrojeniowych (jak na przykład Dezamet czy BELMA) prowadzi dywersyfikację produkcji, czyli bardziej precyzyjnie – konwersję przemysłu zbrojeniowego na produkcję cywilną.
Specjaliści przypominają, że musimy zdawać sobie sprawę z tego, że z dnia na dzień nie zwiększy się produkcji i podaży uzbrojenia. Obecnie jesteśmy w sytuacji, w której po 30 latach wielu zaniechań i zaniedbań, braku odpowiednio finansowania, zamówień i odpowiedniego zarządzania, potencjał obronny nie jest w najlepszej kondycji. Ważne, że wyciągnęliśmy wnioski na przyszłość i zaczęliśmy budować przemysł obronny polski, jako element naszego systemu obrony na kolejne dziesięciolecia.
To, co nam obecnie zostało i na czym musimy polegać, to silna, zjednoczona Europa. Mocniejsza i samowystarczalna militarnie oraz politycznie, a także, niestety, pozbawiona złudzeń co do dotychczasowych zobowiązań sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi. Musimy trzymać kciuki za to, by kraje europejskie NATO włączyły wyższy bieg w motorze napędzającym produkcję zbrojeniową, by skutecznie bronić się przed zagrożeniem ze Wschodu, mieć dostateczne, realne siły odstraszania, które zapewnią pokój Europie na dalsze lata. Wydaje się, że udało się w końcu dokonać tego, w czym niemała jest zasługa Polski. Że polityczny główny nurt zachodniej flanki Unii Europejskiej nie ulegnie już pokusie złudnego spokoju, zaś zagrożenia ze strony Rosji nie uzna za męczącą obsesję swoich wschodnioeuropejskich partnerów. To największy sukces polskiej prezydencji w Unii Europejskiej, która właśnie dobiegła końca.
Jednak odpowiedzi na najważniejsze pytania – czy Europa jest gotowa działać tak zdecydowanie, jak wymaga tego sytuacja oraz czy okaże się, że jest gotowa i zdolna do działania z szybkością i ambicją, jakich wymaga obecna sytuacja – wciąż są nieznane.
Jeżeli jednak chcemy trwałego pokoju, a nie takiego rozejmu, który będzie skutkował konfliktem w Europie Wschodniej za kilka lat, pozytywna odpowiedź na te pytania jest kluczowa.




















