Zacznijmy od tła osobistego i politycznego. Czy mógłby Pan opowiedzieć o swoich wczesnych inspiracjach?
Timo Juhani Soini: W 1979 roku, mając 16 lat, wstąpiłem do Partii Wiejskiej Finlandii (Finnish Rural Party). Partia została pierwotnie założona przez karelskich przesiedleńców, którzy musieli przenieść się do Finlandii kontynentalnej, gdy Związek Sowiecki podczas II wojny światowej siłą przesiedlił około 400.000 osób. Środowisko, w którym dorastałem, było zdecydowanie krytyczne wobec komunizmu. Na studia poszedłem jesienią 1981 roku – w tym samym roku, w którym prezydent Urho Kekkonen ustąpił po dekadach sprawowania władzy. Na uniwersytecie panowało solidne poparcie dla polskiej „Solidarności”, uczestniczyłem w demonstracjach, zwłaszcza w czasie wprowadzenia stanu wojennego w Polsce. Jan Paweł II był i pozostaje dla mnie ważnym wzorem. W 1988 roku przeszedłem na katolicyzm.
Na uczelni byłem bardzo aktywny międzynarodowo – na przykład w 1985 roku odwiedziłem Stany Zjednoczone, w okresie prezydentury Ronalda Reagana. Dla młodego fińskiego polityka była to rzadka okazja. Interesowałem się też polityką Wielkiej Brytanii i kilkakrotnie odwiedzałem Zjednoczone Królestwo. Bardzo wcześnie byłem zorientowany prozachodnio.
Jak opisałby Pan sytuację bezpieczeństwa w regionie Morza Bałtyckiego w okresie zimnej wojny?
W czasach sowieckich region był stosunkowo stabilny, choć wynikało to raczej z konieczności albo ze strachu. Finlandia i Szwecja pozostawały państwami niezaangażowanymi i uważały się za neutralne. Po Czarnobylu stało się widoczne, że socjalizm się rozpada, choć wielu przedstawicieli elit odmawiało przyjęcia tego do wiadomości. Mimo wszystko następujący potem rozpad systemu był względnie bezkrwawy, co pozostaje błogosławieństwem. Granice były ściśle nadzorowane i choć sytuacja bezpieczeństwa była stabilna, wynikało to bardziej z konieczności niż z wiary ludzi w system i jego zdolność do zmian. Ludzie naprawdę nie wierzyli, że można podważyć te systemy od zewnątrz, bo nikt nie chciał sytuacji przypominającej wojnę na jakimkolwiek poziomie. Dlatego – choć było jasne, że socjalizm ma systemowe problemy – niewielu wierzyło, że może dojść do jakiejkolwiek rewolucji politycznej, z uwagi na aparat bezpieczeństwa i armię. A jednak wydarzył się cud od wewnątrz – system sam się zniszczył.
Jak ewoluowało podejście Finlandii do Rosji po zakończeniu zimnej wojny?
Postawy Finów wobec Rosji zawsze były podzielone – między zwolenników twardszego kursu a tych, którzy woleli współpracę. Obie strony dążyły do tego, co najlepsze dla Finlandii. Te perspektywy utrzymywały się aż do naszego przystąpienia do NATO, co oznaczało radykalną zmianę. Teraz wszystkie nasze jajka są w jednym koszyku.
To było chodzenie po linie; nie zawsze było łatwo. Wszyscy wiedzieli, że łódź przecieka, ale taka była wówczas realna polityka.
We wczesnym okresie Pana kariery politycznej był Pan znany z eurosceptycyzmu. Na arenie międzynarodowej uchodził Pan za krytyka unijnych mechanizmów ratunkowych, a Partia Wiejska Finlandii, założona w latach 50. XX wieku dla reprezentowania interesów rolników i ludności wiejskiej, z czasem ewoluowała w stronę ruchu bardziej prawicowo-populistycznego. W 1995 roku zastąpiła ją współczesna Partia Finów (Perussuomalaiset), mająca silnie eurosceptyczne i antyimigracyjne stanowisko. Kiedy zmienił Pan swoje nastawienie do Unii Europejskiej i NATO i z jakich powodów?
NATO nigdy nie było dla mnie problemem. Przez bardzo długi czas marzyłem o modelu norweskim – w NATO, ale poza Unią Europejską. Głównym powodem był mój lęk przed utratą suwerenności narodowej. Obawiałem się też, że wspólna polityka rolna Unii Europejskiej zabije małe rodzinne gospodarstwa, a nasze odległe regiony będą cierpieć.
Jaką rolę odegrał Pan w drodze Finlandii do NATO?
Byłem ministrem spraw zagranicznych Finlandii w latach 2015–2019. W 2016 roku zleciłem przygotowanie raportu dotyczącego NATO, ale nie uruchomiło to procesu akcesyjnego. W tamtym czasie większość Finów i Szwedów wolała pozostawać poza Sojuszem. Finlandia prowadziła politykę aktywnej stabilności, ukierunkowaną na ochronę naszych interesów narodowych, choć nie mogło to wpłynąć na zachowanie Rosji. Pełnoskalowa inwazja rosyjska na Ukrainę w 2022 roku zmieniła wszystko.
Byłem bardzo aktywny na arenie międzynarodowej – odwiedzałem USA, Wielką Brytanię i inne państwa NATO, w tym kilkakrotnie Turcję – i jasno mówiłem, że Finlandia będzie dla NATO atutem, a nie problemem.
Finlandia ma armię poborową, co oznacza, że setki tysięcy mężczyzn przeszły szkolenie i tworzą wiarygodną, solidną rezerwę.
Jak inwazja na Ukrainę wpłynęła na fińską opinię publiczną?
Przypomniała nam rok 1939, kiedy Finlandia stanęła samotnie wobec agresji sowieckiej. Tej traumy nie zapomniano. Tym razem społeczeństwo zdecydowanie opowiedziało się za członkostwem w NATO, a przywódcy polityczni szybko podążyli za tym głosem. Na szczęście droga była od lat otwarta.
To była rewolucja w umysłach ludzi i tym razem politycy musieli podążyć za opinią publiczną, a nie odwrotnie.
Czy uzyskanie członkostwa w NATO było trudne dla Finlandii i Szwecji?
Droga Finlandii była stosunkowo gładka, natomiast Szwecja napotkała sprzeciw Turcji i Węgier. Mimo to Polska i państwa bałtyckie stanowczo wspierały oba nasze kraje i jesteśmy za to bardzo wdzięczni. Opór Turcji i Węgier wobec Szwecji wynikał z przyczyn wewnętrznych – niezbyt związanych z samym członkostwem w NATO. Finlandia nie miała tego rodzaju problemu.
Jak ocenia Pan unijne wysiłki na rzecz obronności?
W Finlandii panuje frustracja, że wciąż musimy wspierać finansowo słabsze państwa UE, zwłaszcza na Południu Europy. Podobne zaniedbanie widać w wydatkach obronnych. Kraje bardziej oddalone od Rosji często nie traktują zagrożeń poważnie.
To naprawdę problem – byliśmy zbyt słabi zarówno, jeśli chodzi o polityczną wolę, jak i gotowość do zwiększania wydatków obronnych. To się zmienia, ale zbyt wolno.

Timo Juhani Soini . fot. archiwum Autora
Jak Europa powinna odpowiedzieć na rosnące zagrożenia ze strony Rosji?
Musimy przekonać Stany Zjednoczone, że jesteśmy istotni i wzajemnie się uzupełniamy. Bez USA nie ma realnych gwarancji bezpieczeństwa. Oznacza to odpowiedzialne działania i jasne wypowiadanie się w forach dwustronnych i wielostronnych. Sama Europa nie wystarczy, choć musi być szybko wzmacniana. Polska odgrywa kluczową rolę, a jej znaczenie wykracza poza własne granice.
Kluczowym elementem jest jedność. Nie możemy tolerować „pasażerów na gapę” w Unii Europejskiej i NATO. W tej kwestii musimy być niezwykle twardzi.
Co należałoby zrobić konkretnie w regionie Morza Bałtyckiego?
Potrzebna jest spójna strategia morska. Rosyjskie statki działają w regionie niemal bezkarnie, sankcje są obchodzone, a Petersburg pozostaje dla Putina psychologicznym i strategicznym punktem odniesienia. NATO oczywiście ma plany, ale trzeba zrobić o wiele więcej, by skutecznie kontrolować te wody.
To aktualny temat – właśnie to obserwujemy. Rosja buja łodzią, dosłownie buja łodzią na naszym wewnętrznym morzu. Wszystkie państwa nadbałtyckie muszą działać i utrzymywać ten obszar wysoko na agendzie NATO.
Jak ocenia Pan ramy współpracy nordycko-bałtyckiej?
Grupa Nordic-Baltic Eight (NB8) jest bardzo aktywna, a wraz z obecnością Finlandii i Szwecji w NATO jesteśmy teraz ściślej powiązani zarówno z państwami bałtyckimi, jak i nordyckimi. To podwójne zakotwiczenie wzmacnia bezpieczeństwo regionu. To pozytywna zmiana.
Jak interpretuje Pan szerszy geopolityczny sposób myślenia Rosji?
Rosja nie uznaje suwerenności małych państw. W jej myśleniu tylko mocarstwa mają prawo definiować zasady. Prawo międzynarodowe ma dla niej niewielkie znaczenie. Gospodarka służy celom ideologicznym. Dopóki władza nie jest kwestionowana, można spokojnie „zarabiać pieniądze”.
Co kraje europejskie powinny zrozumieć we współpracy ze Stanami Zjednoczonymi?
USA nie będą nas chronić z sentymentu. Musimy być dla nich użyteczni. „America first, but not alone” – to najlepszy scenariusz. Jedność państw bałtyckich jest niezbędna, ponieważ Rosja zawsze bada najsłabsze ogniwo.
Musimy być nieustannie aktywni i skuteczni, pokazywać, że jesteśmy atutem, z którego można i należy korzystać, oraz sprawić, by USA rozumiały, że okazywanie słabości w jakiejkolwiek części NATO podważa wiarygodność całego sojuszu wojskowego.
Powiedział Pan kiedyś, że Finlandia „nikogo się nie boi”. Co miał Pan na myśli?
To pochodzi z wywiadu dla „Kommiersanta”. Podkreślałem, że Finlandia nie postrzega Rosji jako bezpośredniego zagrożenia, ale popieramy sankcje nałożone na Rosję za działania na Ukrainie. Nasze stanowisko opiera się na niezależności, pewności siebie i strategicznej klarowności.
Rozsądnym wyborem jest współpraca z nami, a nie tworzenie napięć. Jesteśmy narodem, któremu nie da się dyktować i którego nie da się okupować.
W 2017 roku zaproponował Pan powołanie „ambasadora ds. zagrożeń hybrydowych”. Jaka była Pana motywacja?
Zaproponowałem utworzenie funkcji ambasadora ds. zagrożeń hybrydowych, aby koordynować fińskie działania przeciwko cyberzagrożeniom i dezinformacji. Uzupełniało to istniejące prace, takie jak działalność Europejskiego Centrum Doskonalenia ds. Przeciwdziałania Zagrożeniom Hybrydowym w Helsinkach.
Jakie było Pana stanowisko wobec NATO przed przystąpieniem Finlandii do Sojuszu?
Zawsze popierałem bliską współpracę z NATO. W 2016 roku stwierdziłem, że Finlandia może, ale nie musi wstąpić do NATO – pozostawiając tę opcję otwartą. Wierzyłem, że udział we wspólnych ćwiczeniach i regularny dialog zapewniają stabilność w regionie Morza Bałtyckiego.
Jak postrzegał Pan rolę Stanów Zjednoczonych w bezpieczeństwie regionu bałtyckiego?
Konsekwentnie twierdziłem, że obecność USA w regionie Morza Bałtyckiego ma efekt stabilizujący. Amerykańskie zaangażowanie jest kluczowe dla utrzymania bezpieczeństwa i równowagi w Europie – niezależnie od tego, kto zasiada w Białym Domu.
Poza Rosją – czy wskazywał Pan inne zagrożenia dla bezpieczeństwa Finlandii lub Europy?
Tak. Migracja i terroryzm również stanowią istotne zagrożenia. Ostrzegałem, że niekontrolowana migracja może być wykorzystywana przez sieci terrorystyczne. Ryzyka te wymagają skoordynowanej europejskiej odpowiedzi.
Arktyka zyskuje na znaczeniu. Niezwykle ważne jest, aby Unia Europejska i NATO poświęcały Arktyce więcej uwagi i zaangażowania – w kwestiach klimatycznych, obronnych i bezpieczeństwa, łączności oraz bezpieczeństwa żeglugi.
Jak oceniał Pan strategiczne znaczenie Morza Bałtyckiego?
Po Krymie Rosja zwiększyła aktywność wojskową. Opowiadałem się za silniejszą współpracą z NATO i UE przy jednoczesnym utrzymaniu wysokiej gotowości narodowej. Morze Bałtyckie to nie tylko teatr regionalny, lecz strategiczny obszar dla Europy i NATO.
Morze Bałtyckie jest wewnętrznym morzem Sojuszu, a wszystko, co się na nim dzieje, silnie oddziałuje na otaczające je państwa.
Na koniec – jakie wartości powinny kierować europejską obronnością i jednością?
Nie ma społeczeństwa bez wartości. Demokracja z Grecji, sprawiedliwość z Rzymu i wiara z Jerozolimy – to nasze korzenie. Bez nich nie ma wzrostu, sukcesu ani takiej obrony, o którą warto się starać.
Musimy ufać naszym obywatelom i włączać wszystkich do wspólnoty – to gwarantuje, że będą zainteresowani dobrem wspólnym, co jest kluczowe dla naszej demokracji.


















